tocqueville
20.07.10, 23:12
zawsze deklarowałem się jako przeciwnik zmuszania studentów do
chodzenia na wykłady. Na pierwszych zajęciach oznajmiałem, że jeśli
chcą to niech chodzą, nie chcą - to nie, ale wiedzę przekazywaną
muszą uzyskać samodzielnie. Że wykład ma im pomóc w przygotowaniu się
do egzaminu, a jeśli uważają że się bez niego obejdą to ich sprawa.
Po obecnej sesji zastanawiam się czy takie podejście nie jest błędne.
Wyniki są bardzo słabe. Wypowiedzi pełne sloganów, stereotypowych
ujęć rodem ze ściąga.pl. Ogólnie brak refleksji nad najbardziej
fundamentalnymi pytaniami z najnowszej historii. A przedmiot
kierowany jest do studentów kierunku, w którym kluczowa jest
orientacja w kwestiach stanowiących przedmiot żywych debat
publicznych.
I teraz - teoretycznie winę za złe wyniki mógłbym wziąć częściowo na
siebie. Ale praktycznie jest to niemożliwe, ponieważ nie miałem
realnego wpływu na proces przygotowań do egzaminu dla ok. 3/4
studentów - którzy po prostu na wykłady nie przychodzili.
(od razu uprzedzając uwagi - wykłady były ciekawe, solidnie
przygotowane, przeplatane multimediami, z naciskiem na korektę mitów,
pokazujące różne punkty widzenia na dane wydarzenia, ogólnie
pozytywnie odbierane przez tych, którzy się na nich zjawiali,
wywołujące dyskusje itd. - w tej kwestii nie mam sobie wiele do
zarzucenia)
Mam wrażenie, że gdyby jednak chodzenie było obligatoryjne to
studenci byliby lepiej przygotowani do egzaminu, wiedzieliby więcej,
ich interpretacje byłyby b. pogłębione, a wyniki lepsze.
Trochę rzeczywistość dała w pysk i poszła. I teraz muszę się nad tym
zastanowić.
Fundamentalne pytanie: czy przymus nie jest jednak lepszą metodą
edukacyjną? :)