u Was też tak jest?

02.11.10, 23:37
Robiłem czystki na służbowej skrzynce i zauważyłem, ze w tym roku o kilkaset procent wzrosła liczba maili od szefostwa wydziału zlecających adiunktom robić różnego typu rzeczy nic nie mające wspólnego z praca naukową czy dydaktyczną za to zajmujące czas na te dwie rzeczy potrzebne.

Zaczynam się zastanawiać nad tym, ze te wszystkie "konieczne" i "niezbędnie potrzebne" audyty, przeglądy, spisy, wytyczne, przygotowania, dezyderaty, opracowania które mamy przygotowywać tak naprawdę są po to żeby adiunkci na uczelni państwowej nie zastanawiali się nad tym, ze to kolejny rok bez podwyżek, że nadgodziny jeśli są to nie są płatne, ze zwiększa się liczebność grup a korytarze przeładowane za to zaczyna brakować pensum, że zlikwidowano jakikolwiek układ uczeń-mistrz a wybór promotora pracy zastępuje się masówką pseudo projektu inżynierskiego (wliczanego w pensum).

Jaki specjalista od inżynierii społecznej tym akademickim społeczeństwem zaczyna machlować, bo chyba przez przypadek tylu różnych durnych zarządzeń akurat w tym roku to bym się nie spodziewał...
    • flamengista podobnie, a jednak inaczej 03.11.10, 08:30
      Owszem, wzrosła liczba obowiązków. Przy czym robota papierkowa to akurat mniejszy problem - troszkę tego doszło, ale nie tak wiele.

      Natomiast pojawiła się bardzo niepokojąca tendencja do wciskania nam obowiązków nie mających z naszą pracą nic wspólnego. Owszem, można raz do roku przyjść na dzień otwarty i porozmawiać z przyszłymi studentami godzinę-dwie na stoisku.

      Ale już nie reklamować uczelnię po krakowskich liceach w ramach obowiązków (czyli: za friko).

      Przy czym u nas trend ten jest spowodowany przyrostem etatów w administracji. Osiągnęliśmy niezwykły współczynnik - na jednego nauczyciela akademickiego przypada 1 pracownik administracji. Im ich więcej, tym gorzej działa administracja i próbuje wrzucić nam swoje obowiązki. Nasza praca staje się coraz trudniejsza. Zamówienie książek wymaga przeprowadzenia kosztownej procedury - wcześniej w ramach grantu wystarczyło wziąć fakturę na uczelnię. Umowy o dzieło wymagają rozpisania przetargu (!) - w rezultacie na pieniądze z grantu czekam już pół roku. To tylko 2 z wielu przykładów.

      A skąd przyrost etatów w administracji? Wiadomo - jak mamy kryzys, rośnie zainteresowanie stabilnym miejscem pracy w urzędach i na państwowych uczelniach...
      • mr.mud Re: podobnie, a jednak inaczej 03.11.10, 11:50
        top fakt, w tym roku w ramach promocji już mam około tygodnia "w plecy" inna sprawa to siedzenie w tzw. komisji rekrutacyjnej, na przeciwko komisji mam piękny widok na sekretariaty i krew się gotuje jak widzę, że w trakcie walki z papierami panie z adm. zaliczają kolejne kawki. Inne obowiązki administracyjno - zamówieniowe to już standard od lat.
        • flamengista no właśnie 03.11.10, 14:25
          Kolega - ekspert od zarządzania - właśnie stwierdził, że redukcja zatrudnienia w administracji o 50% nie zmieniłaby nic w funkcjonowaniu uczelni, ba - może nawet by usprawniła pracę.

          Problem w tym, że na państwowym trudno się zwalnia. Nie tylko ze względu na przepisy, ale na zwyczaje.

          Tymczasem rosnąca administracja musi jakoś uzasadnić swoje istnienie, więc mnoży procedury biurokratyczne by mieć co robić. Jeszcze niedawno, za dobrych czasów gdy samemu można było kupić książkę procedura rozliczania wyglądała następująco:
          1. Kupowałem książkę i brałem fakturę
          2. Szef podbijał fakturę pieczątką katedry, podpisywał i pisał z jakich środków to finansujemy
          3. Fakturę zanosiłem do specjalnego działu, gdzie ważna persona z marsową miną ją oglądała i dowalała 2-3 pieczątki
          4. Faktura trafiała do naszej sekretarki, a ja po miesiącu miałem pieniądze na koncie

          Teraz wygląda to identycznie, tyle że zamiast pkt. 1 jest specjalny formularz, który trzeba wypełnić a książki kupuje biblioteka. Czyli trzeba było pewnie stworzyć dodatkowe 2-3 etaty do zakupu książek.

          Oczywiście nie ma mowy o rozliczaniu książek z antykwariatów, Amazonu - co kiedyś dało się zrobić. Ba, nie ma nawet możliwości rozliczenia książek, które kupuję w promocji. Np. z Oxford University Press dostałem kiedyś bon na 25 funtów. Kupiłem książkę za 15 funtów z wysyłką, która normalnie kosztuje 35 funtów. Czyli te 25 funtów uczelnia by oszczędziła. Niestety, nie dało się więc książkę trzymam w domu.

          Z komputerami sprawa wygląda identycznie. W specyfikacji nie da się już podać przykładowego modelu notebooka, więc istnieje zagrożenie że uczelnia kupi ci perełkę rodzaju California Access albo Acera, która po roku padnie. Ale za to będzie najtańszy.
          • chilly Re: no właśnie 03.11.10, 14:32
            Fla, nie do końca rozumiem te nostalgię za dawnymi, pięknymi chwilami. Bo wg mnie powinno to wyglądać tak: kupuje książkę, biorę fakturę, opisuję ja na odwrocie, ew. biorę podpis szefa zakładu i oddaję sekretarce. Od tej pory sprawa mnie nie interesuje, a po tygodniu oczekuję zwrotu pieniędzy na konto. Rozumiem jednak, że zbyt dalecy jesteśmy od tego ideału.
            • flamengista tak było kiedyś 03.11.10, 14:53
              Obecnie sekretarka mówi mi, że się nie da.

              PS. Jak ona mówi, że się nie da to naprawdę się nie da, bo to b. dobra sekretarka.
          • charioteer1 Re: no właśnie 03.11.10, 14:54
            Taka procedura wlasnie mnie trafiala przy ostatnim grancie. Nie wiem, co biblioteka kupila. Nie wiem, ile pieniedzy na to poszlo. Dowiem sie, jak faktura z biblioteki przez kilka kolejnych instancji splynie do kwestury, czyli w najlepszym razie za kilka tygodni. A tymczasem nie wiem, ile mi zostalo jeszcze pieniedzy do wydania.
            • flamengista są lepsze kwiatki 03.11.10, 14:59
              jeden z naszych grantów ma zapisany w umowie warunek, że musimy w ciągu pierwszego pół roku wydać min. 20% kwoty, w przeciwnym wypadku nie dostaniemy kolejnej transzy z UE.

              W grancie na wyjazdy, organizację konferencji przeznaczono stosunkowo niewiele, większość to wypłaty. No i na realizację mojej umowy o dzieło czekam właśnie 6 miesiąc. Nie pomaga informowanie, że kasa po prostu przepadnie jak jej nie wydamy. No i pewnie przepadnie;)
              • matdokt Re: są lepsze kwiatki 07.11.10, 19:43
                flamengista napisał:

                > jeden z naszych grantów ma zapisany w umowie warunek, że musimy w ciągu pierwsz
                > ego pół roku wydać min. 20% kwoty, w przeciwnym wypadku nie dostaniemy kolejnej
                > transzy z UE.

                Ciekawy warunek. Ja z kolei spotkałem się z zastrzeżeniem, że jeśli w ramach całego grantu z 7PR wyda się mniej niż 80% przyznanych środków, to EU może zażądać zwrotu części funduszy.
                W moim przypadku problematyczne jest wydawanie środków na konferencję, bo okazało się, że tutaj gdzie jestem administracja nie wie co to są "diety" i na wszystko potrzebne są rachunki. W sensie efektywności i uczciwości jest to jak najbardziej prawidłowe. Jednak z praktycznego punktu widzenia trudne do uzyskania (np. rachunek za kanapke/napoj z automatu na stacji kolejowej).
                • flamengista czad! 07.11.10, 20:37
                  Cytattutaj gdzie jestem administracja nie wie co to są "diety" i na wszystko potrzebne są rachunki

                  Przecież to jakieś szaleństwo. W takiej sytuacji miły wyjazd na konferencję zamienia się w koszmar! Nie mówiąc o nudnych i trudnych wyjazdach w związku z projektami.

                  CytatW sensie efektywności i uczciwości jest to jak najbardziej prawidłowe.

                  Otóż nie. To jest kompletna głupota, w dodatku delegowany pracownik zamiast koncentrować się na projekcie, nawiązywaniu kontaktów, wykładzie, sesji konferencyjnej - ciągle myśli o księgowości.

                  Mało tego, to jest żenujące. Wyobraź sobie sytuację następującą: z hotelu jedziemy taksówką na miejsce obrad z 3 innymi uczestnikami projektu, każdy z innego kraju. Taksówka kosztuje 10 €. Normalnie jedna osoba płaci, a reszta zwraca mu po 2,5, najczęściej po prostu macha się na to ręką - raz płacę ja, innym razem oni. W przypadku konieczności rozliczeń z kwesturą - każdy musi mieć rachunek! Więc robi się kopie rachunku i przeprowadza skrupulatne obliczenia. Przecież takie liczykrupstwo jest ośmieszające i skreśla cię w oczach zachodniego partnera - widzi w tobie biednego Borata, który musi się rozliczyć z każdego euro.
Pełna wersja