gdzie te upadki?

20.12.10, 21:16
co jakiś czas na forum pojawia się leitmotiv u rychłym upadku uczelni z powodu niżu
tymczasem ja jakoś o tym nie słyszę, a upadki powinny już się zacząć
nawet systematycznie atakowana ahe kwitnie i tworzy wciąż nowe filie
co wy na to?
    • darek12345 Re: gdzie te upadki? 20.12.10, 22:26


      > co jakiś czas na forum pojawia się leitmotiv u rychłym upadku uczelni z powodu
      > niżu
      > tymczasem ja jakoś o tym nie słyszę, a upadki powinny już się zacząć
      > nawet systematycznie atakowana ahe kwitnie i tworzy wciąż nowe filie
      > co wy na to?

      Prawdziwy niż to dopiero nadchodzi:
      www.e-mentor.edu.pl/artykul/index/numer/32/id/698
      Dopiero za ok. 12 lat będzie najmniejsza liczba osób w wieku 19 lat. Ale pewnie poważne problemy uczelnie, zwłaszcza prywatne, będą mieć pewnie za ok. 5 lat.
      • flamengista spokojnie 21.12.10, 15:54
        zaciskanie pasa się już zaczęło.

        U nas na kierunku w tym roku już nie ruszyły wieczorowe, są tylko zaoczni. I to mniej, niż wcześniej.

        Na razie tą malejącą liczbę płacących próbują nam podebrać prywatne. Często skutecznie, bo tną czesne do granic opłacalności. Dla nich to być albo nie być.

        Za chwilę zacznie się (albo już zaczęło) przerzucanie kosztów na wykładowców, obniżka stawek za godziny ponadwymiarowe. Również na uczelniach państwowych.

        1-2 lata zaciskania pasa może pozwoli niektórym przetrwać, problem w tym że będzie tylko gorzej. Liczba studentów nadal będzie malała.

        Więc generalnie nie ma innego wyjścia, jak bankructwo sporej części państwowych uczelni. Ciekawe, kto rozpocznie. Potem już będzie efekt domina.
        • tocqueville Re: spokojnie 21.12.10, 16:21
          generalnie nie ma innego wyjścia, jak bankructwo sporej części państwowych uczelni

          ? państwowych?
          • flamengista miało być 21.12.10, 16:29
            państwowych i prywatnych. Sorki, ostatni dzień zajęć przed świętami i padam na nos ze zmęczenia.

            Oczywiście bankructwa państwowych będzie się nazywało "konsolidacją", a zwalnianie personelu "optymalizacją zatrudnienia", ale na jedno wychodzi.

            Kto z państwowych upadnie? Pewnie PWSZty i część uczelni tworzonych na siłę w peryferyjnych ośrodkach.

            Natomiast z prywatnych - głównie te pośrodku. Najlepsze i najgorsze pozostaną. Najlepsze przyciągać będą jakością, najgorsze - ceną.
    • zenobia44 Re: gdzie te upadki? 21.12.10, 22:33
      hmm, upadku prawdziwego katastrofalnego jeszcze nie ma,
      nie wiem czy o tym było już na forum, ale np. po raz pierwszy od ho-ho na dziennych studiach na UWr był nabór jeszcze we wrześniu i było to na kierunku historia:)
      nie ma chętnych:/
      na prywatnych uczelniach prywatnych, z którymi mam kontakt godzin drastycznie mniej, słyszę o kolejnych doktorantach i doktorach (bez etatu), którzy nagle zostali z pustym garnkiem, bo ten swój grosik do grosika zbierali rąbiąc na zlecenie po te 200 godzin u prywaciarzy, a teraz tych godzin nie ma, bo nie ma kogo uczyć, więc chyba jest to znaczna różnica?
      kierunki "michałkowe" na prywatnych uczelniach w tym roku często w ogóle nie wystartowały, bo nabór na 1 rok był tak kiepski, to jeszcze nie upadek, ale chyba jakiś znak?
      tak samo na podyplomowych,
      np. w zeszłym roku w WSB nabór na wielu kierunkach się kończył na początku września po wypełnieniu nawet listy rezerwowych, w tym roku było tak kiepsko, że niektórych kierunków w ogóle nie otwarto,
      upadek to nie jest, ale może - jeszcze nie
      • flamengista potwierdzam 22.12.10, 09:21
        Prywatne biorą każdego z ulicy, a i tak jest za mało. Cięcia kadrowe zaczęły się już w zeszłym roku w słabszych uczelniach niepublicznych. Na razie zwalnia się osoby spoza minimum kadrowego i ogranicza godziny zlecone. Ale takie działania pomagają jedynie na krótką metę.

        Jeśli na naszym kierunku na licencjacie było standardowo 4 grupy zaocznych i 2-3 grupy wieczorowych, a w tym roku zostały uruchomione jedynie 2 grupy zaocznych, to różnica jest wyraźna.

        Przy czym nas ratują (tzn. ratują finanse uczelni, nie nas - bo to są naprawdę słabi studenci) jeszcze studia magisterskie - jest wyraźny wzrost niestacjonarnych na II poziomie. No i mamy jeszcze doktoranckie.

        A na wielu prywatnych mają tylko licencjat - ci pójdą pierwsi do odstrzału.
    • bumcykcyk2 Re: gdzie te upadki? 22.12.10, 01:41
      AHE leży i kwiczy, a nie kwitnie. Wypłaca tylko minimalne etaty, nie słyszałem ani o spłacie długów z umów o dzieło z IPT, ani o zawieraniu nowych. To praca dla kompletnych straceńców. Zresztą Makary myśli tylko o tym jak opchnąć swoje nieruchomości w całej Polsce , nawija ludziom makaron na uszy, że będzie z tego spłacał długi w wynagrodzeniach - kto głupi, ten wierzy.

      Uczelnie wyższe to nie sklepiki z dopalaczami, które można sobie zamknąć z dnia na dzień. To jest proces i ten proces trwa oraz jest jak najbardziej widoczny.

      W Monitorze Polskim są publikowane sprawozdania finansowe uczelni i tam doskonale już widać kto pływa nago (parafrazując Buffeta).

      Prywatni podejmą walkę na maczety, bo to jest ich 'być albo nie być'. Na pewno przetrwają wśród nich ci najgorsi, którzy jeszcze bardziej na potęgę będą drukować dyplomy, dopóki ich ktoś nie zamknie (a zamknie? śmiem wątpić). Czy przetrwają najlepsze prywatne uczelnie? Najwyżej kilka, przy czym osiągnięte będzie to kosztem nieuchronnej konsolidacji i jednak postawienia na masowość ze wszystkimi tego konsekwencjami. W skrócie - to będą szkoły bardziej zawodowe niż uniwersyteckie. Inaczej się po prostu nie da.

      Jeśli przejdzie jednoetatowość (w rozumieniu koniecznej zgody rektora na drugi etat), prywatni będą kusić wysokimi zarobkami. Te zarobki będą wypłacane nawet przy ryzyku bankructwa - to jest ich jedyny atut. Myślę, że wiele osób po habilitacji się skusi, bo ci niewiele ryzykują, gorzej z adiunktami dla których będzie to raczej one way ticket czy jak kto woli skok na główkę do akwenu o nieznanej głębokości.

      Państwowe w mojej branży mają takie przerosty zatrudnienia, że muszą dokonać zwolnień grupowych albo paść na pysk. To będzie rzeź, które nadejdzie w ciągu najbliższych 2-5 lat.

      A skoro tocqueville pytasz o szczegółowy harmonogram zwały to odpowiem ci na przykładzie antycypacji wydarzeń w moim małym światku:

      1. Lato 2011. Wchodzi nowa ustawa i Rektorzy UW, UJ, UAM, UWr itp itd. -podburzeni przez zawistnych ścisłowców w senatach- natychmiast blokują drugie etaty swoich pracowników. Centralnie i bez wyjątku.

      2. Prywatni wyczuwają szansę korzystnych transferów i kuszą wysokim pierwszym etatem u siebie dotychczasowych drugoetatowców (z dotychczasowych dwóch pensji zaproponują jedną)

      3. W branży jest mały zamiąch, ale większość zostaje na państwowym "bo to Panie co prawda mało, ale pewne jak w banku".

      4. Rok akademicki 2012/13 i rok akademicki 2013/14. Niż demograficzny dusi coraz bardziej, nie daje się uruchomić kolejnych kierunków na państwowym, zwłaszcza nabory na płatne studia z których te uczelnie naprawdę żyją wyglądają fatalnie. Co prywatni, którzy jeszcze dychają, kuszą darmowymi laptopami i Bóg wie czym, a czarne owce całego sektora prywatnego kuszą na wielką skalę rozdawnictwem dyplomów szkół gotowania na gazie.

      5. Sektor państwowy zaczyna się walić, bo nie daje się uzbierać pensum dla wszystkich zatrudnionych. Zaczynają się zwolnienia, tym łatwiejsze, że poza nieruchawymi karpiami stawowymi, czyli profesorami-belwederami, w myśl nowej ustawy nikt nie ma mianowania i można zwalniać kogo popadnie. Jak w każdej państwowej instytucji zwalnia się nie tych co potrzeba, bo wszystko idzie układami i znajomościami, a nie rzetelną oceną merytoryczną.

      6. Rok 2013-2016. Z uczelni państwowych wypadają całe tabuny pracowników naukowych, którzy lądują na bruku, bo uczelnie prywatne nie biorą już nikogo. Mają własną pierwszoetatową kadrę, która wrosła i zapuściła korzenie. Nie potrzebują ludzi zwalnianych grupowo w atmosferze nieudaczników.

      Ja tak to widzę ....
      • chilly Re: gdzie te upadki? 22.12.10, 09:17
        Podoba mi się ta analiza. uzupełniłbym ją o nowe doniesienie, które może przyspieszyć upadek wielu uczelni - zwłaszcza prywatnych:
        wyborcza.biz/biznes/1,100896,8854542,Czy_60_tys__pracujacych_emerytow_bedzie_musialo_sie.html
        Nie zapominajmy, że z ok. 14 tys. profesorów połowa przekroczyła 70 lat. A zwyczaj pobierania emerytury i pracy na dwóch etatach dotyczy też habów, z których znaczna część także jest w wieku emerytalnym.
        Co prawda, pomysł powyższy wydaje mi się niekonstytucyjny (emerytura to nie renta) i prezydent chyba go zawetuje.
        • pfg Re: gdzie te upadki? 24.12.10, 12:51
          chilly napisał:

          > prezydent chyba go zawetuje.

          Prezydent go chyba nie zawetuje, bo jest to jeden z przepisów ustawy, która wprowadza też inne rzeczy. Prezydent może albo całą ustawę zawetować, albo całą podpisać.
      • matdokt Re: gdzie te upadki? 22.12.10, 12:21
        Do powyższej (całkiem sensownej) analizy dodam tylko, ze w niektórych miejscach jest limit lat na zrobienie habilitacje i zaczęła się rotacja adiunktów. W praktyce to wygląda tak, że różni przeterminowani adiunkci na gwałt składają papiery do habilitacji, co jeszcze rok, dwa lata temu było w ich przypadku zupełnie nie do pomyślenia. Niektórym z nich udaje się zhabilitować, jednak są przypadki 3-4 negatywno-neutralnych recenzji. W najbliższych paru latach tacy ludzie zostaną wyrzuceni z uczelni. Więc może aż takich przerostów w zatrudnieniu nie będzie i niż nie taki straszny.

        W niektórych miejscach ludzie z habilitacją tez podlegają ocenie i mogą być wyrzuceni jeśli nic nie robią naukowo, zwłaszcza w miejscach gdzie nie ma problemu z uprawnieniami i limitami, aczkolwiek o takim przypadku jeszcze nie słyszałem.
        • flamengista no nie wiem 22.12.10, 13:20
          Owszem, u nas też jest ten problem. Za chwilę całej masie adiunktów skończą się umowy, a habilitacji nie ma. Nie ma, bo ci ludzie przez lata boomu edukacyjnego trzepali kasę na prywatnych uczelniach. W skrajnych przypadkach nie mają żadnej publikacji od czasów obrony rozprawy doktorskiej, w wersji częstszej - dorobek mają mizerny.

          Ci najbardziej pracowici i przedsiębiorczy porobią teraz habilitacje. Trochę ich będzie bo przecież ci ludzie pracują na uczelni przez długi okres czasu i dysponują sporym kapitałem społecznym. Więc jakoś się ich przepchnie, byle by napisali "dzieło".

          Co do reszty... Spora część tych starych adiunktów nie jest w stanie nic napisać, bo rozwój naukowy zarzucili z 10 lat temu. Ale... Uczelnie państwowe bardzo nie lubią zwalniać ludzi. A co dopiero 40-50 letnich adiunktów, którzy nie mają innych doświadczeń zawodowych. Każdy z nich ma swojego szefa, który będzie o niego walczył. Każdy ma kolegów/koleżanki, którzy zrobili habilitacje i mają wpływ na politykę uczelni.

          Więc zacznie się moim zdaniem masowe przechodzenie na etat starszego wykładowcy. Dla uczelni będzie to rozwiązanie "bezpieczniejsze" - 2 starszych wykładowców obrobi 3 etaty adiunkta za 2 pensje. Dopiero, jak zajęć dla starszych wykładowców braknie mogą się zacząć zwolnienia.

          Ale nie zaczną, bo większość katedr u nas która ma podobny problem sprytnie się zabezpieczyła. I obecnie mają górę nadgodzin, którą w przyszłości zamienią na etaty starszych wykładowców.

          W rezultacie jednak zablokuje się możliwość zatrudniania młodych doktorów na etacie uczelnianym. Ale kto by się tym przejmował, liczy się tu i teraz.

          U nas już teraz zatrudnienie kogoś nowego graniczy z cudem. Jak przychodziłem do pracy, było po 20 konkursów w semestrze, teraz góra 7-8. Przy czym zaledwie połowa to nowe etaty.
          • bumcykcyk2 Re: no nie wiem 23.12.10, 12:08
            Ten scenariusz wydaje mi się mało prawdopodobny. "W starych dobrych czasach" każdego przeterminowanego adiunkta przerabiało się u mnie na starszego wykładowcę (często z opóźnieniem formalnym tj. dopiero po wielu wielu wielu latach). I był z tym potem duży problem, bo nawet w okresie boomu edukacyjnego nie bardzo dawało się wypełnić takiemu osobnikowi rozdęte pensum (360h). Z samych zajęć na dziennych nie było jak, a ze studiów płatnych nie zgadzali się inni - argumentując że to zabieranie im pieniędzy. Więc efekt był taki, że starsi wykładowcy byli permanentnie niedopensowani, jeden taki miał nawet przez 10 lat zaledwie 90h rocznie... i to się robił czysty socjal, który doprowadzał wszystkich do szału. Teraz jak będzie niż i mało zajęć tym bardziej nie widzę szans na pełne wypełnianie pensów dydaktycznych dla starszych wykładowców. Dopiero byłyby boje z innymi pracownikami! Przecież oni walczyliby już nie o kasę, ale o udowodnienie własnej przydatności poprzez pełne pensum (dla nich - w przeciwieństwie do starszego wykładowcy- brak pensum mógłby oznaczać rychłe zwolnienie). Dodam, że próby zmuszenia starszych wykładowców np. do układania siatki zajęć czy przyjmowania papierów od kandydatów na studia kończyły się u mnie tym, że zaraz przynosili zwolnienia lekarskie. Poza tym starszy wykładowca to święta krowa, może odmówić prowadzenia nowego przedmiotu, argumentując że się na tym nie zna i co mu zrobisz? Jak go w ogóle rozliczysz w ocenie okresowej skoro może bezkarnie oddawać czystą kartkę odnośnie publikacji? Studenci jak jest luźny na zajęciach zawsze dadzą mu ocenę celującą...

            Myślę, że każda placówka która ćwiczyła w większym wymiarze zjawisko starszych wykładowców będzie bardzo ostrożna w ich kreowaniu.
            • flamengista Re: no nie wiem 23.12.10, 17:15
              CytatI był z tym potem duży problem, bo nawet w okresie boomu edukacyjnego nie bardzo dawało się wypełnić takiemu osobnikowi rozdęte pensum (360h). Z samych zajęć na dziennych nie było jak, a ze studiów płatnych nie zgadzali się inni - argumentując że to zabieranie im pieniędzy.

              No to u nas jest zupełnie inaczej. Jak pisałem wcześniej: starsi wykładowcy są w katedrach, w których są straszne przerosty godzinowe. Nasi sąsiedzi mają 2 starszych wykładowców, z których każdy wyrabia nawet do 600 godzin rocznie.

              Oni już wcześniej, zapobiegawczo walczyli o każdy kurs i byli ostrożni z zatrudnianiem nowych pracowników. Więc teraz spokojnie przetrwają - nie da się ich zastąpić, w dodatku wyrabiają ilość godzin za 4-5 pracowników. To typowy przykład, nie wyjątek.

              Jasne, że są negatywne strony z kreowaniem kolejnych stanowisk starszych wykładowców. Ale pamiętaj, że uczelnie zachowują się na ogół defensywnie i zachowawczo w obliczu kryzysu. Więc wolą nie zatrudniać młodych, niż zwalniać starych. Szczególnie, że ci starzy to dobrzy koledzy, w dodatku osoby sprawdzone i dyspozycyjne.

              A z młodymi jest różnie. Niestety, my ciągle szukamy i jest permanentny problem ze znalezieniem młodego, dyspozycyjnego doktora. Każdy chętnie etat weźmie, tylko zajęć nie chcą prowadzić. Inne katedry mają podobnie. Przychodzą młodzi adiunkci, po roku-dwóch odchodzą.
              • bumcykcyk2 Re: no nie wiem 23.12.10, 22:44
                Ha! Ale ci z tymi 600 godzinami dostają chyba jakieś nadgodziny? Moi są rozbisurmanieni... choć to ludzie już w poważnym wieku i zdaje się że wkrótce bez pytania wylądują na emeryturach.

                Cytat> A z młodymi jest różnie. Niestety, my ciągle szukamy i jest permanentny problem
                > ze znalezieniem młodego, dyspozycyjnego doktora. Każdy chętnie etat weźmie, ty
                > lko zajęć nie chcą prowadzić. Inne katedry mają podobnie. Przychodzą młodzi adi
                > unkci, po roku-dwóch odchodzą.


                No, tak jak już pisałem, w tej sprawie u mnie jest IDENTYCZNIE. Dlatego śmieszą mnie głosy (również na tym forum) mówiące o tym, że tłum chętnych tylko przebiera nogami, żeby pracować na uczelni. Owszem - ale na chwilę! To tak jak z niektórymi pięknymi kobietami, które każdy facet chce przelecieć, ale na długotrwały związek to już jakoś chętnych nie ma ... Bo to, Panie, i codzienne koszty duże i wraża konkurencja czyha... a do tego ona maluje się przed wyjściem 4 godziny i nie umie zrobić nawet jajecznicy :)
                Największe demotywatory -chyba się zgodzisz- to odbywanie zajęć w weekendy i późne wieczory oraz konieczność prowadzenia różnych przedmiotów, nie tylko tych związanych ze swoją wąską specjalnością. Na tym zazwyczaj nasze młode orły-sokoły padają :)

                • flamengista oczywiście 23.12.10, 23:54
                  Dostają nadgodziny, a jakże. Niemniej patrząc przez pryzmat krótkookresowych korzyści, uczelnia dzięki nim sporo oszczędza. 2 osoby wyrabiają z 1000 godzin (i więcej), a więc etat ok. 4 osób.

                  Co do nowych pracowników. No tak - praca w weekendy be, ale to i tak mniejszy problem. Najgorsze jest oczekiwanie, że się będzie prowadziło 2, góra 3 kursy i to najlepiej dokładnie ze swojej działki badawczej (czyli po prostu opowiadam o swoich badaniach i gotowe;). Innych prowadzić nie zamierzają, "bo ja się na tym nie znam" (lol).

                  Studentów z resztą traktowali najczęściej jako zło konieczne, ew. jako współproducentów własnych zajęć (tzn. niech zrobią prezentacje na wykładzie na poczet egzaminu).

                  Mieliśmy już także osoby, które niemal zatrudnione oświadczały, że "one tu przychodzą uprawiać naukę" i absolutnie nie zamierzają zniżać się do uwłaczającej ich godności pracy dydaktycznej.

                  Przy czym praca naukowa też oznaczać miałaby jedynie dłubanie we własnej działce - zero pracy na rzecz wspólnych projektów, nawet udział w badaniach statutowych traktowany był jako Dopust Boży (choć oczywiście kasę, sprzęt i książki łaskawie przyjmowali).

                  Najbardziej jednak rozwaliła mnie pewna osóbka, która pytała ile uczelnia zapłaci za artykuł, który wyprodukuje. Rozumiem, że miało być to dzieło epokowe, wytyczające na wieki standardy w swojej dziedzinie. Dlatego ubolewam, że podałem stawkę - dzieło ostatecznie nie powstało, wraz z nim przepadła szansa na kolejny - po Curie-Skłodowskiej - Nobel dla Polskiej nauki. [dodam, że osoba ta przez x lat pracy u nas wyprodukowała 1 tekst]
                • niewyspany77 Re: no nie wiem 24.12.10, 00:04
                  Biorę etat. Nie ma znaczenia, kiedy zajęcia, piątek wieczór, sobota, niedziela - spoko. nowe kursy ok.

                  Nie tylko ja, znam co najmniej 2 takich z mojej subdyscypliny. Chętni, gotowi, z dorobkiem. No i? Nie ma godzin, bo panie mają po 700h rocznie plus 100 dyplomantów. C.uj z tym, jedna z tych 2 osób właśnie puściła tekst na LF, przyjęty, no ale to szczegół.
                  • flamengista no właśnie 24.12.10, 12:02
                    tocq ma rację - to wynika ze specyfiki dyscypliny. W ekonomii tak wielu chętnych do pracy naukowo-dydaktycznej nie ma. W pedagogice - jest więcej chętnych, niż miejsc.

                    W każdym razie jak będziemy potrzebować specjalisty od pedagogiki, wiem już gdzie szukać:)
                • tocqueville Re: no nie wiem 24.12.10, 07:50

                  gadki na ten temat jak wójta z sołtysem
                  kazdy opiera sie na wlasnych obserwacjach
                  a to przecie zalezy od dyscypliny
                  są takie gdzie naprawde tlumy przebiraja nogami aby je zatrudnic (historia, pedagogika, socjologia itd.)
                  • tocqueville Re: no nie wiem 24.12.10, 07:50
                    mialo byc filozofia zamiast socjologia, ale ta chyba tez sie zalapie
                    • salzburg Re: no nie wiem 24.12.10, 10:52
                      Wszędzie także na ekonomicznych przebieraja nogami. Sa tam tabuny ludzi na studiach doktoramckich dziennych i zaocznych i tylko niewielki procent ma szanse na etat.
                      Problem jest inny - ci którzy się zatrudnią są rzeczywiscie mało dyspozycyjni, bo szukaja dodatkowego zatrudnienia - jako doradcy, prezesi, główni specjalisci itd, I rzeczywiscie wśród nich jest spora rotacja (bo jak po 4 latach na etacie adiunkta prawie nic nie robią to rezygnuja bo szans na habilitacje nie ma).
                      Co do starszych wykładowców zazwyczaj ich liczbe reguluje statut. U mnie to jest maksymalnie 20% składu katedry.
                      • flamengista ależ to zupełnie coś innego! 24.12.10, 12:13
                        Owszem, zgłoszeń na każdy konkurs jest pełno. Ale to są zgłoszenia do niczego!

                        Szef szukał dyspozycyjnego doktoranta do projektu, dając 2-letnią umowę o pracę i bardzo przyzwoite wynagrodzenie. Zgłosiło się pełno osób, m.in. kilku menedżerów wysokiego szczebla, robiących u nas doktorat. Przecież chodziło o gościa do roboty, a nie gwiazdora który łaskawie przyjmie dodatkowe pieniądze, a profesor odwali za niego robotę...

                        Każdy chce pracować na uczelni, ale traktuje to jako dodatkową fuchę. Która zapłaci ZUSy, da prestiż (tak, ciągle praca na uczelni daje etykietę "eksperta") i kontakty.

                        Zgadzam się z tobą, chętnych jest mnóstwo. Tylko robić nie ma komu;)

                        Dlatego my mamy serdecznie dosyć kolejnych "gwiazd", które oczekują że będziemy za nich pracować, oni zaś łaskawie wpadną na kawę raz w tygodniu, poprowadzą 1 wykładzik i wezmą (niemałą) pensję. Bo mają ważniejsze rzeczy do robienia: firmę, fundację, NGOsa, urząd, inną uczelnię etc.

                        Uwierz mi, jak pojawia się naukowiec/badaczka z prawdziwego zdarzenia: pracowity/a, sumienny/a, dyspozycyjny/a, zdolny/a, szybko uczący/a się - to na ogół od razu dostaje propozycję pozostania na uczelni. Tacy są na wagę złota, tylko że często wybierają biznes.
                        • matdokt Re: ależ to zupełnie coś innego! 24.12.10, 13:27
                          Znam parę jednostek w Polsce, w których ogłoszono konkurs na adiunkta, ale nie wypełniono wszystkich miejsc (chyba zatrudniono asystentów). Nie dlatego, że nie było chętnych, bo był cały tabun, tylko był warunek, że kandydat ma mieć wyraźne perspektywy habilitacyjne. Z tego co wiem, to cały czas tam szukają kogoś do pracy, z pensją powyżej średniej krajowej.
                        • bumcykcyk2 Re: ależ to zupełnie coś innego! 25.12.10, 03:08
                          Ja mam podobnie.

                          a) Doktoranci pchają się na kopy, bo po prostu jeszcze nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Poza tym zazwyczaj nie mają żadnego pomysłu na własne życie, a etatowa praca na uczelni wydaje im się fajnym przedłużeniem studiów. Jak przychodzi co do czego i okazuje się, że trzeba opanować nieznane sobie przedmioty do prowadzenia, zajęcia są często w weekendy, kasa ogólnie nie za duża i jeszcze wymagają pisania prac naukowych z różnych działek wiedzy, no to nadmuchany balon pęka i nadęta paniusia/chłoptaś uciekaja gdzie pieprz rośnie.

                          b) Osoby z zewnątrz to w 95% właśnie owi "gwiazdorzy", a w zasadzie oślizgłe przebrzydłe mendy. Pieczeniarze z różnych urzędów centralnych, eksperci-biznesmeni za dychę od lewych fundacji i "instytutów" badania c.h.u.j. wie czego, 'naukowcy' -latający Holendrzy ze specjalnością pisania trzy kartkowych wstępów do prac zbiorowych i inni oszuści węszący za łatwą kasą i prestiżem w cv potrzebnym do szukania kolejnej synekury. Przysyłanie własnych sekretarek do prowadzenia zajęć albo zlecanie wypełniania bez ładu i składu jakiś urzędowych nieaktualnych druków jako pomysł na ćwiczenia, to tylko niektóre kwiatki tej menażerii.

                          > Zgadzam się z tobą, chętnych jest mnóstwo. Tylko robić nie ma komu;)

                          Nic dodać nic ująć. 100%
                          • flamengista no, ale ci podpadli:) 26.12.10, 11:30
                            Cytat oślizgłe przebrzydłe mendy. Pieczeniarze z różnych urzędów centralnych, eksperci-biznesmeni za dychę od lewych fundacji i "instytutów" badania c.h.u.j. wie czego, 'naukowcy' -latający Holendrzy ze specjalnością pisania trzy kartkowych wstępów do prac zbiorowych i inni oszuści węszący za łatwą kasą i prestiżem w cv potrzebnym do szukania kolejnej synekury.

                            Widać niejeden u Was gościł i mocno zaszedł za skórę, skoro w Święta tak ciepło o nich piszesz:)

                            Może opis nieco przesadzony, ale niestety się zgadza z moimi obserwacjami. Przy czym zdaję sobie sprawę, że tacy "pracownicy" są kuriozum obecnym jedynie na niektórych uczelniach (głównie ekonomicznych) i niektórych kierunkach.
                          • zenobia44 Re: ależ to zupełnie coś innego! 26.12.10, 23:21
                            > b) Osoby z zewnątrz to w 95% właśnie owi "gwiazdorzy", a w zasadzie oślizgłe pr
                            > zebrzydłe mendy. Pieczeniarze z różnych urzędów centralnych, eksperci-biznesmen
                            > i za dychę od lewych fundacji i "instytutów" badania c.h.u.j. wie czego, 'nauko
                            > wcy' -latający Holendrzy ze specjalnością pisania trzy kartkowych wstępów do pr
                            > ac zbiorowych i inni oszuści węszący za łatwą kasą i prestiżem w cv potrzebnym
                            > do szukania kolejnej synekury. Przysyłanie własnych sekretarek do prowadzenia z
                            > ajęć albo zlecanie wypełniania bez ładu i składu jakiś urzędowych nieaktualnych
                            > druków jako pomysł na ćwiczenia, to tylko niektóre kwiatki tej menażerii.

                            jak bum-cyk-cyk bardzo trafny opis:)
                            niesamowite, a ja myślałam, że tylko ja mam pecha i że to tylko ja przyciągam mendy...
                            • flamengista z ciekawości... 27.12.10, 13:15
                              jaka działka? Czyżby też szeroko pojęta ekonomia?
                    • flamengista załapie 24.12.10, 12:05
                      Znajomy na czołowej polskiej uczelni nie może zatrudnić na stanowisku adiunkta dr socjologii z super-dorobkiem i super CV (roczny staż badawczy na czołowej amerykańskiej uczelni).

                      Etat jest, ale dla specjalisty z innej dziedziny, bo taki potrzebny do uprawnień.

                      A młodych doktorów-socjologów jest sporo, tylko nie ma dla nich pracy.
                      • oluuu Re: załapie 25.12.10, 18:40
                        Niestety, kwestia dawania uprawnień psuje całą wolność zatrudnienia kogoś naprawdę dobrego. Uczelnia, a w konsekwencji wydział i kierunek ma spełniać minima kadrowe, czyli nazbierać wystarczającą liczbę osób, które dadzą uprawnia. Kwestie merytoryczne są trzeciorzędne.
                        Nauka polska.
                        • flamengista i tak źle, i tak niedobrze 26.12.10, 11:36
                          Uprawnienia powodują często to, że Iksiński choć beznadziejny w każdej dziedzinie aktywności (naukowej, dydaktycznej, organizacyjnej) jest nieusuwalny, bo niezbędny. Daje bowiem osławione uprawnienia. Tymczasem nie da się zatrudnić świetnych naukowców, a także dydaktyków - bo Iksińscy blokują stołki.

                          Natomiast z drugiej strony uprawnienia blokują powstanie totalnej patologii, również w uczelniach państwowych. Bez tych wymogów na dowolnych stanowiskach można by zatrudniać pracowników o dowolnych kompetencjach. Profesorem uczelnianym i kierownikiem katedry, ba - dziekanem - mógłby zostać mgr Ypsylon, syn-nieudacznik miejscowego rektora. Dziś tacy też są zatrudniani, ale muszą przynajmniej zrobić doktorat, a czasem i habilitację.
                          • oluuu Re: i tak źle, i tak niedobrze 26.12.10, 17:38
                            Fakt, że są pewne zalety uprawnień.
                            Problem jednak jest głęboko w strukturze uczelni (właściwie wszystkich). Przecież kierownikiem katedry mógłby być spokojnie jakiś dr z doświadczeniem menedżerskim. Ktoś z zewnątrz miałby więcej swobody działania, a na pewno większe umiejętności. Podobnie jest z innymi stanowiskami, które są pełnione przez specjalistów (prof), tylko najczęściej nie z tej dziedziny, z jakiej jest ich praca przez te 4 lata.
                          • choh Re: i tak źle, i tak niedobrze 31.01.11, 01:32
                            > kierownikiem katedry, ba - dziekanem - mógłby zostać mgr Ypsylon, syn-nieudacz
                            > nik miejscowego rektora. Dziś tacy też są zatrudniani, ale muszą przynajmniej z
                            > robić doktorat, a czasem i habilitację.

                            Dziekanami bywają magistrzy BEZ żadnych ambicji naukowych. Ot, mają i tak zostają, bo nic nie muszą. Mgr Ypsylon bywa i dziekanem i kanclerzem i wieloma innymi cennymi decydentami. Magister rulez na wielu uczelniach, prywatnych. Strach sprawdzać. Magister przyjmuje i zwalnia naukowca, decyduje o jego losie, gdy jest zbyt pilny i ambitny, i nie realizuje planów finansowych magistra oblewając studenta i narażając na ew. szwank spokój i bezpieczeństwo Magistra. Magister, to cenniejszy towar od doktora, gdy los doktora zależy od Magistra. Skąd wiem? Pożegnałam się z Magistrem :) Nie podobało mi się, że mój los zależał od jego widzimisię.

                            • niewyspana123 Re: i tak źle, i tak niedobrze 31.01.11, 11:49
                              a nie ma wymogów bycia samodzielnym do pełnienia funkcji dziekana czy kierownika? Z doświadczenia na uczelni prywatnej mogę powiedzieć, że dr może być p.o. kierownika, ale nie kierownikiem, o dziekanie już nie mówiąc....
                              • tocqueville Re: i tak źle, i tak niedobrze 31.01.11, 11:54
                                > a nie ma wymogów bycia samodzielnym do pełnienia funkcji dziekana czy kierownik
                                > a? Z doświadczenia na uczelni prywatnej mogę powiedzieć, że dr może być p.o. ki
                                > erownika, ale nie kierownikiem, o dziekanie już nie mówiąc....


                                to jakieś dziwne doswiadczenia
                                nie ma takich wymogów
                              • adept44_ltd Re: i tak źle, i tak niedobrze 31.01.11, 12:55
                                na prywatnej to doktor i profesorem może być, w czym nie widziałbym zresztą nic zlego, gdyby nie obserwowane przeze mnie konkretne przypadki
                                • ford.ka Re: i tak źle, i tak niedobrze 31.01.11, 13:06
                                  Na państwowej też doktor sporo może, tak naprawdę zależy to od ilości habów. Jak się snują bez pożytku, to zajmują wszystkie stanowiska, "bo im się należą". Jak brakuje, to nagle wychodzi, że doktor może wszystko (z recenzowanie doktoratów włącznie, jeśli CK go o to poprosi z braku habilitowanych kandydatów).
                              • h_hornblower bywa różnie 31.01.11, 13:40
                                niewyspana123 napisała:

                                > a nie ma wymogów bycia samodzielnym do pełnienia funkcji dziekana czy kierownik
                                > a? Z doświadczenia na uczelni prywatnej mogę powiedzieć, że dr może być p.o. ki
                                > erownika, ale nie kierownikiem, o dziekanie już nie mówiąc....

                                Bywa różnie. Przykładowo poniżej: rektor - doktor, prorektor - magister. Przy czym ta Pani mgr Prorektor ds. Organizacyjnych jest podobno akurat bardzo kompetentna.

                                www.uczelniawarszawska.pl/Wladze-Uczelni,,160.html
                                pzdr
                                horny
Pełna wersja