maria.francesca
23.03.11, 20:43
... i przyjęłam drugi etat na uczelni prywatnej. Zaczynam od zaraz (umowa o dzieło), a od września na etat. I gdzieś mam "etos naukowca". I krytykę, że "chałturzę". Do niedawna jeszcze uważałam, że to nieetyczne. Dawałam z siebie wszystko na mojej alma mater. Poza tym, że rzetelnie starałam się wypełniać obowiązki naukowo-dydaktyczne, brałam mnóstwo dodatkowej roboty, za którą nie dostałam nawet złamanego grosza (np. pisanie wniosków, tłumaczenia artykułów dla szefa - na zasadzie polecenia "potrafisz to zrób", a ja głupia nie potrafiłam odmawiać...). Starałam się być dobrym naukowcem. Zdobywałam granty i publikowałam w czasopismach zagranicznych. I mam teraz za swoje. A co mam? Niecałe 1800 zł pensji adiunkta. Granty które piszę ja, ale które realizuję wspólnie z szefem, i z których mam jakieś 5%. Resztę wypłaca sobie szef jako swoje honorarium. A ja za te 5% kupuję książki i tonery. Mam jeszcze to, że właśnie się dowiedziałam, że po kilku latach ciężkiej pracy nie mam zdolności kredytowej i nie mogę kupić nawet niewielkiego mieszkanka. Mieszkam w kawalerce daleko od centrum (bo taniej), i muszę dojeżdżać na uczelnię z przesiadką autobusem i tramwajem, co mi zajmuje codziennie 1,5 godziny. Samochodem byłoby pewnie jakieś pół godziny. Ale nie stać mnie na samochód i muszę się poruszać komunikacją miejską, podczas gdy moi studenci jeżdżą "wypasionymi" brykami. I właśnie powiedziałam sobie: dość. Uczelnia prywatna zaoferowała mi dużo wyższą stawkę nawet na drugim etacie. A po habilitacji, kto wie, może nawet przejdę tam na pierwszy etat. I gdzieś mam "polską naukę". Wolę wygodne życie. Przepraszam, ale musiałam wylać swoje żale. Tak właśnie proszę Państwa żyje przeciętny polski pracownik naukowy... W Polsce "naukowiec" to synonim słowa "dziad". Czy ktoś jeszcze chętny do pracy na uczelni...?