sqro
08.11.12, 12:11
Kiedyś już wałkowaliśmy tu temat p.t. niedole w walce z biurokracja.
Jak dla mnie działania molocha biurokracji uczelnianej (ponoć mającej pomagać w składaniu i prowadzeniu projektów) okazały się być całkowicie przeciwskuteczne. Nie widzę sensu ani celowości w tyraniu po nocach naukowo a za dnia użerania sie z biurwami i kretyńskimi przepisami za 1000 zł brutto. Teoretycznie jestem kurde inżynier naukowiec, mam jakieś tam pomysły i nawet umiejętności ich realizacji i... widzę że nie ma to znaczenia bo mam być biurokratą i przerzucać papierki a nie być kreatywnym (fuj co za słowo)
Tylko już od jakiego czasu tak sobie tenteguje w głowie o co tutaj chodzi i wydaje mi sie że jest to po prostu część szerszego problemu - przypadłości na która choruje polskie państwo a która prywatnie na swój użytek nazywam 'mentalne dziedzictwo kultury prawnej wschodu (zaboru rosyjskiego)' (no offence). To kwestia przyjęcia założenia że o obywatel z definicji jest podejrzany.
Dziś główny temat w nagłówku wyborczej jest taki sam: Bariery, biurokracja, czyli biznes po polsku i jest tak wypowiedź Bochniarzowej, którą zacytuję:
- U polityków nie ma przekonania, że z przedsiębiorcami, zwłaszcza w kryzysie, warto rozmawiać - twierdzi Bochniarz. - Wielu szczyci się wręcz tym, że nie ma kontaktów ze światem biznesu, bo to może być podejrzane. To jest kwestia fundamentalnej filozofii wyznawanej przez państwo. Takiego założenia, że obywatel, przedsiębiorca, podatnik na pewno będą chcieli coś przekręcić, pokombinować.
A to info z pierwszej ręki od znajomej pracującej swego w urzedzie na poziomie wojewódzkim na wszelkie próby racjonalizacji i unowocześnienia podejścia do interesantów szefostwo w postaci urzednika który z racji wieku zaczynał jeszcze urzedniczyć w PRLu padała jeden nieobalalny argument 'ale to jest urząd...' - i to jest chyba ta chora mentalność, którą nawet insiderzy widzą.
Tylko co z tym kurna zrobić?