ford.ka
22.03.09, 19:42
Porozmawiałem ostatnio z moim nieco młodszym kolegom zatrudnionym na
stanowisku lektora (mamy takie, bo dydaktyki sporo, a doktoranci nie
nastarczą), który wytłumaczył mi, dlaczego nie zamierza pisać
doktoratu. Bo razem z żoną odkładają na mieszkanie i za dwa lata
powinni mieć już na wkład własny, a doktorat by to skutecznie
uniemożliwił. Nie mógłby uczyć prywatnie, bo jednak czytanie,
pisanie itd zajmuje czas i środki (lingwista, więc przynajmniej
eksperymentów za wiele nie robi, ale sprzęt, oprogramowanie i trochę
drogich książek potrzebuje), a może zarobić, bo uczy języka i robi
tłumaczenia, potencjalne korzysci z osiągnięcia doktoratu są zaś
śmieszne.
Wydało mi się to dość skrajne, ale popytałem dalej i dowiedziałem
się, że takie podejście jest powszechne. Kwestia mieszkania okazała
się zasadnicza w większej ilości przypadków - kto odziedziczył lub
dostał mieszkanie (a przynajmniej może mieć na to nadzieję), może
rozpatrywać karierę naukową, reszta nie. Mówimy o Warszawie,
zaznaczam, gdzie pensje są najniższe a ceny mieszkań najwyższe.
A potem poszedlem do szefa i dowiedziałem się, że może jednak
dostanę pieniądze na konferencję, bo na około sto (100)
osób "niesamodzielnych" w jednostce należę do czworga (4), które
cokolwiek robią. Nie LF, IF czy jakieś inne F - COKOLWIEK. Reszta
dała sobie spokój.
I tak dotarło do mnie, że możemy sobie dyskutować o reformie, bronić
habilitacji (a nikt tak pięknie nie pogrąża habilitacji jak jej
obrońcy vide prof. Tazbir, więc nawet atakować nie warto) ale już
jest po herbacie. Przyszło pokolenie, które żyje na wolnym rynku,
gdzie satysfakcję można kłaść na tej samej szali co dochód. Oni
przyglądają się nam w czasie studiów i mogą nawet przezimować kryzys
na studiach doktoranckich, ale nic więcej, bo to nie ma sensu. Tam
gdzie da się żyć poza nauką, żyje się poza nauką, uczelnia ma sens
głównie dlatego, że płaci ZUS, jeśli jeszcze płaci. Godziny pracy są
elastyczne, co cenią sobie młode matki. Innych zalet brak. Być może
nie dotyczy tych, dla których trwanie w nauce jest jedynym sposobem
na życie, bo poza nauką mogą zatrudnić się jako kasjerki w Tesco
czyli filologów klasycznych czy fizyków jądrowych.
Moment kiedy, pracując w nauce, osiąga się poziom minimum dorosłego
człowieka(można założyć rodzinę, kupić mieszkanie, spłacać kredyt,
płacić rachunki i zostaje na jedzenie - w DUŻYM MIEŚCIE, bo tylko w
takich są uniwersytety) jest odsunięty w czasie tak daleko, że
faktycznie nie istnieje z punktu widzenia dwudziestokilkulatka.
Habilitacja przed czterdziestką? I wtedy już będzie można wyjechać z
dziećmi na wakacje albo wymienić okna? A nie, bo trzeba będzie
jeszcze dwa lata poczekać na etat profesora, a i wtedy dostaje się
nieco większą zapomogę. Co więcej warunki jego osiągnięcia są tak
niejasne i niekonkretne, że normalnie myślący człowiek w ogóle nie
będzie w to wchodził. Bo i po co?
Od ponad roku trwa debata nad zlikwidowaniem habilitacji. Jak to
zwykle w Polsce po jednej stronie mamy dinozaury broniące świętej
sowieckiej tradycji, po drugiej nieudolnych adiunktów, którzy chcą
jeszcze bardziej nic nie robić, bo tak się postrzegają obie strony.
A ja się zastanawiam już tylko nad tym, kiedy będzie można zgasić
światło i zamknąć cały ten kramik.
Tak mi przyszło do głowy, bo siedzę sobie wśród stosów ciekawych
książek w zielonym UK i w końcu mogę myśleć i pisać, a nie biegać z
kąta w kąt, i dotarło do mnie, że moi młodsi koledzy tu nigdy nie
przyjadą. Nie dlatego, że nie potrzebują. Nie dlatego, że nie
potrafią jak ja się zaprzeć i wyprodukować dorobek, który pozwala na
zdobycie stypendium. Bo ja z dwóch etatów adiunkta mogłem uskrobać
tyle, żeby płacić za mieszkanie i tu i tam (stypendium na takie
fanaberie nie pozwala, a przecież mieszkania na trzy miesiące nie
sprzedam), bo ja mam etaty i mam dokąd wrócić, a oni kiedy
zrezygnują ze swoich kursów, mogą ich nie odzyskać. Zresztą i tak
jest to stan przejściowy, bo pani minister chce mi właśnie ten drugi
etat odebrać, ale nie wspomniała nawet słowem o tym, że spłaci mój
kredyt. "To są moje prywatne sprawy, prywatne zobowiązania",
nieprawdaż?
To ja już przepraszam i znikam.