tocqueville
27.04.09, 22:12
Rafał Ziemkiewicz:
Film Ryszarda Bugajskiego o generale „Nilu” Fieldorfie jest skandaliczny.
Jednostronny w natrętnie narzucanych widzowi ocenach, jątrzący i antysemicki.
Trudno zrozumieć, jakim sposobem w półtora roku po zdecydowanym odrzuceniu
przez społeczeństwo dekomunizacyjnych szaleństw Kaczyńskich pozwolono, aby za
publiczne pieniądze powstał film tak głęboko pisowski, propagujący wersję
historii rodem z cuchnących archiwów IPN.
Tym bardziej to bolesne, że zmarnowano szansę na dzieło wielkie – na dzieło,
które zamiast dzielić Polaków, łączyłoby by ich. Zabrakło Bugajskiemu
scenarzysty na miarę Stefana Chwina, który pokazałby współczesnemu widzowi, że
każdy z nas mógł znaleźć się na miejscu Różańskiego, Radkiewicza czy Bieruta,
każdy z nas mógł wydać wyrok na Fieldorfa i wyrywać paznokcie świadkom z jego
procesu. Reżyser bez powodzenia usiłuje teraz zatrzeć złe wrażenie,
opowiadając „Gazecie Wyborczej” jakoby przesłaniem jego filmu ma być iż „to
my, Polacy, zabiliśmy Fieldorfa” − co jest słuszne i równie oczywiste, jak
polska odpowiedzialność za Katyń albo wypadki na Wołyniu, ale, niestety, tego
deklarowanego przesłania zupełnie w filmie nie widać. Przeciwnie, w sposób
zupełnie skandaliczny eksponuje reżyser żydowskie pochodzenie prokurator
oskarżającej generała oraz sędziów. W stereotypowy, komiksowy sposób
przedstawia też Rosjan (oczywiście wiecznie pijanych), których groteskowe
mowy, kierowane do dygnitarzy PRL podkreślać mają wasalny stosunek władzy
ludowej wobec NKWD i jej rzekome wyalienowanie ze „zdrowego”, polskiego
społeczeństwa, reprezentowanego w filmie przez nieznośnie ubrązowionych
AK-owców, głoszących, że „Żydzi wykańczają polskich patriotów”.
Widz, który chciałby czerpać z „dzieła” Bugajskiego wiedzę o PRL nie dowie
się, że było to jedyne państwo polskie, jakie w owych warunkach historycznych
mogło powstać, nie zrozumie, na czym polegał fenomen władzy ludowej, która,
mimo oczywistych niedostatków demokracji, spełniła jednak aspiracje szerokich
mas społeczeństwa, umożliwiając masowy awans dzieciom robotniczym i chłopskim.
Nie zrozumie tym bardziej procesu dorastania peerelowskich elit do
demokratyzacji i transformacji ustrojowej. A przecież temat dawał na to
szansę. Zamiast kończyć opowieść śmiercią „Nila”, co słabo się dramaturgicznie
tłumaczy, należało centralnym jej punktem uczynić proces rehabilitacyjny w
marcu 1989 roku. Aż prosiło się o wprowadzenie do filmu postaci zabiegającego
o tę rehabilitację opozycjonisty − dziecka któregoś ze stalinowskich
prokuratorów lub sędziów, który przez marzec 1968, działalność opozycyjną w
KOR i podziemnych pismach dochodzi do Okrągłego Stołu, zarazem rewidując swe
młodzieńcze zauroczenie marzeniem o świecie bez klas i rasowej nienawiści, jak
i pozostając mu jednak wierny − i odkupując w ten sposób stalinowskie
zaangażowanie swych rodziców. Proszę, oto był wielki temat na arcydzieło o
polskich losach. Niestety, do realizacji filmu zabrali się ludzie o zbyt
ciasnych horyzontach.
Zamiast wyważonego, obiektywnego sądu mamy tu czarno białą, agresywną
emocjonalnie propagandę i hagiografię Armii Krajowej. No i, rzecz, nad którą
nie sposób przejść do porządku dziennego − film, którego akcja rozgrywa się na
ziemiach polskich podczas II wojny światowej i zaraz po niej, a w którym w
ogóle nie ma słowa o zagładzie Żydów! Bugajski najwyraźniej chce przekonać
swych widzów, iż holocaustu w ogóle nie było, względnie, że było to wydarzenie
nieistotne, mniej ważne, niż potyczki polskich nacjonalistów z Niemcami i
represje, jakie ich potem spotykały! A to znaczy, że wysłanie tego
patriotycznego zakalca na jakikolwiek pokaz zagraniczny skończyć się musi
zrozumiałym skandalem i kompromitacją naszego kraju.
Fakt, że ten niepotrzebny, szkodliwy, a w kwestii Zagłady wręcz
negacjonistyczny film w ogóle powstał, jest wielkim skandalem i trzeba się
stanowczo domagać, by premier i Minister Kultury wyciągnęli za jego powstanie
surowe konsekwencje wobec IPN.
www.rp.pl/artykul/9158,292925_Kto_odpowie_za_ten_skandal__.html