original_hmm
29.04.09, 19:28
Tak mi się w życiu ułożyło, że uczę przedmiotów związanych z szeroko pojętą
informatyką i komputerami, ale nie w politechnice. Z roku na rok obserwuję
rzeczy coraz straszniejsze, a w tym roku dopadł mnie dół straszny i nie wiem,
jak z niego wyjść. Opcją jest odejście z uczelni, ale to żadna opcja, bo
kocham to, co robię. W czym problem? W poziomie...
Wydaje się, że 19-20 latkowie przychodzący na studia są:
a) jako tako obeznani z podstawami obsługi komputera;
b) j.w. z robieniem notatek - gdy się im dyktuje;
c) j.w. z myśleniem, gdy się ich prowadzi za rękę.
I rzeczywiście - wydaje się...
Od końca: 10 zajęcia w semestrze - proszę, by pobrali ze strony www plik XXX
(robili to przez 8 wcześniejszych zajęć). Większość używa IExplorera, który ma
zabezpieczenia - na górze okna pojawia się żółty pasek z informacją o
blokadzie i że trzeba na nim kliknąć, by pobrać plik. Studenci (9 raz) nie
wiedzą, co robić - zamykają okno IE i/lub krzyczą, że im strona nie działa...
Czasem zdarza się, że certyfikat bezpieczeństwa strony wygasa. I przez kilka
tygodni słyszę "proszę pana! ta strona nie działa!" - nikt nie czyta
komunikatów na ekranie, a jak już komuś uda się przeczytać - nie rozumieją, co
czytają... Problem powtarza się co zajęcia, mimo moich tłumaczeń. Czasem mam
ochotę odłączyć myszkę od komputera i w kogoś rzucić...
Notatki. Po 10 razy pytam na zajęciach, czy coś powtórzyć, czy ktoś ma jakieś
pytania. Zapada cisza. W końcu, na 7 spotkaniu udaje mi się ich nauczyć, że
cisza to nie jest odpowiedź. Notatek nadal nikt nie robi (albo 1 osoba na 15
obecnych). Potem mówię, że na zaliczeniu można mieć własne notatki. Wtedy
niektórzy próbują je robić, ale to wymaga ode mnie wooolneeego dyktowania i
podkreślania, co trzeba zapisać, a czego nie.
Jakieś laborki z excela, accessa, podstaw robienia stron internetowych,
e-commerce, czegokolwiek - "ale wie pan, ja tego nie rozumiem", "a ja nie
lubię komputerów", "ale po co nam toooo?" więc pytam - czego byście państwo w
takim razie chcieli się uczyć? "Worda!". Pytam - kto miał worda w szkole?
Reakcje są 2: albo wszyscy, albo nikt. Dobrze, proszę przygotować dokument -
podanie o YYYY. I tu nieważne, czy ktoś miał Worda, czy nie - leżą!
1. gramatyka, ortografia, interpunkcja - ZERO!
2. równanie tekstu, np. data po prawej stronie - SPACJAMI!
3. dlaczego nie ma polskich liter? "a jak się je robi?"
4. proszę wejść na stronę www.www.pl - www.google.pl i wpisują w niego adres
strony (której tam nie ma) "proszę pana, takiej strony nie ma!"
5. proszę wejść na stronę strona.strona.pl - wpisują:
www.strona.strona.pl (serwer tego nie obsługuje) - "proszę pana, takiej strony
nie ma!"
Były święta, widzimy się po dwóch tygodniach. Mógłbym zacząć zajęcia od
pierwszego spotkania...
Gdy wymsknie mi się "iloczyn kartezjański", "złoty podział odcinka", "macierz"
- albo zdziwienie, albo strach w oczach...
Gdy ktoś mi krzyczy, że jest humanistą i na komputerach się nie zna i znać nie
będzie - gdy zrobi jakiś błąd w pisaniu albo w mówieniu - poprawiam go/ją i
słyszę "ale ja mam dysleksję/dysgrafię" albo "ale pan się czepia".
O konsultacjach przypominają sobie po 1. oblanym terminie.
Po latach prowadzenia zajęć zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie pora
zmienić pracę... :( Olać to? Robić zaliczenie z pasjansa? Kazać napisać esej i
nie sprawdzać ortografii, interpunkcji, gramatyki ani wartości merytorycznej?
Bo robienie jakiegoś zaliczenia czy projektu w accessie, excelu, czymkolwiek
to już w ogóle porażka...
Z 100 studentów w tym semestrze, z którymi mam zajęcia, najchętniej wywaliłbym
ze studiów jakieś 70-80 osób :( Czy to moja wina, czy porażka systemu?
Zresztą - nieważne. Doradźcie tylko, proszę, co zrobić by zostać w uczelni, a
mniej się tym przejmować i żyć sobie spokojnie bez stresu.