lineczkaa
18.10.09, 20:13
Takie właśnie zdanie usłyszałam od męża pewnej pani siedząc na ławce przy placu zabaw na plaży. Wcześniej owa żona powiedziała, że plac zabaw jest dla dzieci a nie dla psów. No i się tak zastanawiam, czy to już nadgorliwość, czy to ja "złamałam prawo".
Wyglądało to tak. Duży plac zabaw na plaży, dookoła placu drewniane podesty i ławki, żeby po piachu nie łazić, wózek gdzie postawić itd. Poszłam sobie wybiegać psa i dzieciaka nad morze. Nie chciało nam się jeszcze wracać do domu, więc z części "dzikiej" poszłyśmy na publiczną. Jak to zwykle na takich spacerach bywa, pada informacje, że bardzo chce się siku. No to przywiązałam psa do latarni za placem zabaw i poszłam wysikać towarzystwo do pobliskiej knajpki. Tam dziecko otrzymało zestaw plażowy w postaci plastikowych kubeczków, łyżeczek i słomek. Szczęśliwe rzuciło się do pierwszej piaskownicy robiąc koktajle. No ale trzeba wrócić po psa, który jak nie jest w odległości kilku metrów od dziecka, to się stresuje, że nie może dziecięcia pilnować. Idąc rakiem, żeby nie tracić z oczy dziecka przechodzę przez cały plac po psa. Jeśli bym szła z powrotem drewnianymi podestami, straciłabym z oczu dziecko, więc zdecydowałam, że pójdę przez plac. No i dochodząc do podestu i ławki obok piaskownicy z moim dzieckiem usłyszałam przytoczone wyżej słowa. Powiedziałam, że przeszłam przez plac, bo chciałam jednocześnie pilnować dziecka. "To i tak za dużo" usłyszałam w odpowiedzi.
Pies na smyczy i w kagańcu. Wyszkolony.
No i dalej nie wiem o co kaman. Ani się na tym placu pies nie załatwił, ani zagrożenia swymi zębami nie stanowił. Ani nie latał między dziećmi. Szedł blisko przy nadze na krótkiej smyczy w kagańcu. Został przywiązany do ławki i od razu się pod ławką położył, na której ja usiadłam.