mathiola
23.10.09, 21:52
Tydzień temu moje dziecko z okazji ślubowania miało wycieczkę klasową do kina.
Przyszedł ze szkoły ze łzami w oczach.... bo pani powiedziała... że po
kinie... oni pojadą do makdonaldaaaaa.... a tam jest niezdrowe jedzenieee....
O fak - pomyślałam - chyba przegięliśmy z indoktrynacją

Wytłumaczyłam, że nie musi brać jakiś zestawów z colą (nie pije), może kupić
sobie sok, frytki, ciastko.
Po powrocie moje dziecko zapytało mnie ze łzami w oczach, czy możemy pojechać
do makdonalda i kupić zestaw jakiś tam, bo do niego dodawana była zabawka,
wszystkie dzieci kupiły sobie ten zestaw, a on kupił sobie ciastko i frytki i
sok i nie dostał zabawkiiiiii..... Kurwa mać - pomyślałam - tym razem to
Makdonald przegiął z indoktrynacją.
Obiecałam, że pojedziemy, kupimy ten jebany zestaw z tą cholerną zabawką,
chociaż wiem, że ja ten zestaw zjem, albo wyrzucę do kosza, ale ta pierdolona
zabawka, którą mają wszystkie dzieci a on nie!
Jakim prawem pieprzona amerykańska korporacja stawia mnie w takim położeniu?
Bo posiadanie zabawki z zestawu jest cool i nieposiadanie jej wiąże się z
ostracyzmem szkolnym?
I jakim prawem szkoła stawia mnie w takim położeniu? Co to za atrakcja
turystyczna - makdonalds?