moonshana
23.12.09, 08:57
zacznę tak: święta zawsze spędzamy u rodziny - jeden dzień u moich rodziców ,
drugi dzień u teściowej. co roku dokladamy się do świąt, tzn. do świąt u
teściowej bo moja mama nie chce o tym słyszeć. dokładamy się tzn. kupujemy
mięsa, soki, alkohol, słodycze, owoce itp. zaręczam że dużo więcej niż
przejemy. ale nie w tym rzecz. ja nikomu pożywienia nie żałuję, i uważałam że
to w porządku - przynajmniej nie szliśmy na tzw. krzywy ryj.
i teraz: mąż ma dużą rodzinę. jego bratowe co roku przynoszą ciasta i głośno
jest o tym mówione która jakie zrobiła. ja ciast nie robię bo nie mam do tego
powołania. poza tym, uważałam że nasz wkład w święta jest więcej niż
wystarczający. jeszcze teściowa zawsze przed swiętami " prosi " nas abyśmy coś
jej przywieźli. a to jeszcze kawałek jakiegoś mięsa, a to 10kg cukru, mąki a
to to, a to tamto. niby mówi że pieniądze odda ale... sami wiecie. dowcip
polega na tym że mieszkamy najdalej z całej rodziny i obydwoje pracujemy
zawodowo. a inni mieszkają tuż obok teściowej i kobiety w tej rodzinie na ogół
prowadzą dom. czyli czasu mają więcej. pieniędzy też.
a teraz dowiedziałam się że bratowe męża owszem , ciasta przynoszą, ale
składniki na te ciasta przynosi im teściowa, względnie daje pieniądze. upssss.
do tej pory myślałam że te ciasta to ich wkład w święta - a tu się okazało że
dooopa. wygląda na to że z rodzeństwa męża - 7 sztuk - tylko my dokładamy się
jakoś do świąt. a cała reszta nie.
kuźwa , dziwnie się z tym czuję. wielokrotnie pytałam męża czemu to my robimy
zakupy teściowej skoro mieszkamy najdalej i mamy najmniej czasu. nie odpowiedział.
a co tam, wściekłam się i tyle. na następne święta poproszę przyjaciółkę aby
upiekła dla mnie ciasto i zaniosę tylko ciasto. przynajmniej sama zapłacę za
produkty, w przeciwieństwie do reszty.
aby było dowcipniej, my jesteśmy najgorzej sytuowani finansowo z całego
rodzeństwa.