mathiola
27.12.09, 23:11
Bo ja już siły nie mam.
Niemal dzień w dzień w dzień mam tą samą sytuację.
Dzieci idą bawić się do swojego pokoju. Jak to przy zabawie - zrobią trochę
bałaganu. Potem chcą robić co innego - nie wiem, rysowanie i inne takie. Mówię
jak chłopu na miedzy: posprzątajcie zabawki, które wyjęłyście i możecie zrobić
to coś tam następne. I one sprzątają. Sprzątają 10 minut, 20, 30. Co wejdę, to
siedzą i się bawią, sterta nie zmniejsza się. Po jakimś czasie wchodzę i padam
na ryj od progu - pierdolnik taki, że ludzkie pojęcie przechodzi - wszystko co
może być wywalone jest wywalone, łącznie z ciuchami z szafek i pościelą z
łóżek, a ta pościel jeszcze wybebeszona z powłoczek. I one w tym wszystkim
uhahane, szczęśliwe, że "haaaaaaa, aleee zrobiłyśmy bałagaaaan!".
Efekt jest taki, że potem ten pierdolnik sprzątają same, ja się wkurwiam, one
sprzątają 4 godziny, jęczą, płaczą, bo one siiiiłyyy nie mają. No, ale koniec
końców zawsze posprzątają. Potem jest wspólne poprawianie, uładzanie,
pogadanka o tym, że się nie opłaca tak bałaganić, bo potem jest dużo pracy,
tak, tak, mamusiu, my już tak nie będziemy, i po co było tak płakać, prawda? -
po czym na drugi dzień sytuacja powtarza się. Tak, jakby chciały mi pokazać że
mogę im naskoczyć i jak będą chciały, to i tak popsują...
Ja już wymiękam.
Dzisiaj miały TYLKO pozbierać koraliki i znaki drogowe, które porozrzucały,
naprawdę mało tego było. Dostały kubeczki, jedna zielony, drugi pomarańczowy -
pozbieracie, przynieście na dół i będzie obiad. I poszłam robić ten obiad. Jak
wróciłam po 15 minutach, przewróciłam się w progu i umarłam na zawał. Wszystko
wyjebane, łącznie z pościelą....
Czy one są nienormalne??
Czy coś próbują mi przekazać a ja spałam na tej lekcji z psychologii???