zoja.pl
24.04.12, 17:51
Wróciłam do domu i mąż miał strasznie poważną minę. Wiedziałam że stało się coś złego. Usiadłam i powiedział mi że nasza córka (6 l), ok. godz. 13:00 wyszła z przedszkola razem z koleżanką i poszły do tej koleżanki do domu. Same, kilka przecznic. Podobno po chwili wszyscy w przedszkolu ich szukali i wokół przedszkola też. Dziewczynki doszły do mieszkania tej koleżanki, w którym była babcia z niemowlakiem. Skończyło się tak że babcia zadzwoniła po rodziców tej dziewczynki i oni odprowadzili dzieci do przedszkola. Mój mąż jak poszedł do przedszkola po córkę dowiedział się o wszystkim od wychowawczyni. Rozmawiał też z dyrektorką. Nasza córka mówi że to tamta koleżanka to wymyśliła. Zaplanowała to podobno już 1-1,5 h wcześniej i namówiła ją. Niestety mam powody aby w to wierzyć, bo już wcześniej dostawałam sygnały od wychowawczyni że ta dziewczynka ma zły wpływ na moją córkę, umie nią manipulować. Oczywiście moja mała też nie jest bez winy, nie powinna się zgadzać na taki pomysł, nawet jeśli bardzo lubi tą koleżankę.
Podobno będą wyciągnięte konsekwencje w stosunku do nauczycieli, nie wiem tylko jakie.
Szczerze mówiąc to byłam przerażona jak tego słuchałam, bo miałam milion myśli na minutę co mogło się złego stać. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale mogło być różnie.
Jak już pisałam - mąż już rozmawiał z nauczycielką, nie wiem czy też powinnam to zrobić i o co pytać. Jutro będę się z nią widziała. Jak wy uważacie - rozmawiać jeszcze?