kfiatuszkowa
04.06.13, 12:38
Jest wykończona... Młodą od wczoraj coś bierze, wczoraj miała tylko katar i leciuteńko podwyższoną temperaturę, z okazji czego nie dostała nic oprócz kropli na noc żeby oddychać mogła... Już przy samych kroplach było larmo. Okej... Tatuś młodej zamiast ją uspokoić, dodać jej otuchy to kurwa jak zwykle zaczął jej jojczeć, współczuć, kizimiziać, jaka to ona biedna, a tej w to mi graj, zaczęła ryczeć jak opętana, bo przecież TAKA szkoda się jej wyrządziła. Całą noc co kilka minut się przebudzała, kładłam się do niej. Potem pan mąż zakomenderował coby młodą do łóżka naszego dać. I co? WYŁA jakby ją kto ze skóry darł, piszczała jak wściekła, chyba z powodu nieswojego łóżka. Co się stary do niej odezwał, jeszcze większy alarm podnosiła. Chuj, najpierw oświeciłam światło, bo po ciemku nie szło dojść z nią do porozumienia, pogadałam, trochę się uspokoiła. Poszłyśmy do jej łóżka, usnęła. Na chwilę. Mimo że ciągle z nią leżałam ryczała, trochę mi się ją udało uspokoić. I tak całą noc aż do 4 było spanie na zmianę z rykiem... Ja połamana cała bo już brzuszysko mam dość duże, cała jestem duża, źle mi się tam leżało. Wyszłam do naszego łóżka. I co? GÓWNO. Nie usnęłam bo ten zaczął chrapać jak opętany, jak stary knur... Proszę, błagam, dugam, obróć się na bok, całą noc leżał rozpierdolony na całym łóżku sam praktycznie, ja już byłam jak zombie i nic, za każdym razem odpowiadał "no już już" i dalej chrapał na plecach... Poszłam sobie stamtąd, siedziałam w gościnnym bo usnąć już nie umiałam bo sie oczywiście już z nerwów poryczałam, dopiero jak ten wyszedł o wpółdo 7 się do roboty zbierać poszłam do łóżka i zasnęłam... Miałam to szczęście, że młoda przyszła o 9 i dała się zagadać i zasnęła koło mnie bo też na pewno nie wyspana była. Do prawie 12 spałyśmy... Łeb mi chce rozerwać, paskudnie się czuję, w dodatku ta pogoda...