liwilla1
17.08.09, 08:00
czyli scena z lubiatowskiej plazy, a dokladnie z lesnej drogi prowadzacej do
wejscia nr 38. owa droga, zreszta wyjatkowo urocza, byla niemozliwie obsrana.
znaczy sie sama droga nie, ale pobocze i przyleglosci naszpikowane bylo
gownami jak chinskie pole minowe. szlam z malzem i moim trzylatkiem, dzieciak
rwal sie do lasu, natomiast mnie wzdrygala sama mysl o wyskrobywaniu czyjegos
łajna z markowych i drogich (zaznaczam tutaj, ze nie chodzi mi o chwalenie
sie, ale o fakt, ze tanie buty po prostu bym wyrzucila) sandalow dzieciaka.
smyk wiec idzie za reke, nieszczesliwy i maudny, ja wkurwiona, malz rowniez.
mijamy starsza pare z calkiem pokaznym wlochatym kundlem i na moich oczach
tenze pies zwala olgrzymiego kloca tuz na samym poboczu drogi (ktora dziennie
maszeruje przynajmniej kilkanascie setek turystow z dziecmi), moze jakies
20/30 cm od koleiny. i co? wlasciciele zero reakcji. to nic, ze pies zasral mi
widok. no to ja sie pytam grzecznie, czy zamierzaja posprzatac. a babsko na
mnie wsiadlo, ze to las przeciez, ze moje dziecko tez kupe robi i ciekawe czy
ja sprzatam (ZAWSZE). moj malz na mnie syczy, ze scene robie, ale tak mnie
babka wkurzyla, ze pierwszy raz w zyciu tak odpyskowalam do osoby starszej. w
koncu tamtej maz wzial kupsko i posprzatal.
i tak jak ta kobieta powiedziala - tam byl las, mieli mnostwo miejsca by pojsc
z pieskiem na bok i elegancko sprawe zalatwic, nie wiem, dolek wykopac, liscmi
przykryc albo mchem, cokolwiek.
a malz mial jeszcze do mnie pretensje, ze bez sensu wdaje sie w awantury, bo i
tak caly las jest obsrany...