CZYTELNIA

21.03.09, 17:53
www.scribd.com/doc/3764774/J-M-Bocheski-Porcznik-mdroci-tego-wiata
Pewnie dla większości z Was jest to pozycja znana,
ale może ktoś nie zna?. Uważam, że naprawdę warto.
Nawet (zwłaszcza?) po to, żeby się z czymś nie zgodzić.
    • ave.duce Re: CZYTELNIA > Erystyka 21.03.09, 18:11
      www.scribd.com/doc/3510985/Schopenhauer-Erystyka
      :p
    • who.is.who Re: CZYTELNIA - Etyka 22.03.09, 01:15
      www.scribd.com/doc/8337188/Etyka-zarys
      Na dobry poczatek ;-)
    • ave.duce Re: CZYTELNIA > Apokryf wg Judasza 22.03.09, 09:42
      https://www.lideria.pl/img_big/158582.jpg

      :p
    • 4wilk Re: CZYTELNIA 24.03.09, 20:14
      Nie znałem. Pobieżnie poznałem. Uważasz, ze warto poznać dokładnie, więc ją
      dobrze znasz. Skoryguj mnie więc jeśli się mylę.

      Na początku mi się podobała, hedonizm, może nawet taoizm.

      Niestety, potem okazało się, że inni są z definicji głupi, o ile nie udowodnią,
      że jest inaczej.

      Na końcu (tego co doczytałem) inni liczą się tylko na tyle, na ile mogą nam
      sprawić przyjemność.
      Czyli - pasożytnictwo.
      Może to i mądre, ale bardzo nie Tao.

      No i właśnie, "moja" lektura na ten wątek:

      „Słowa nie dają pojęcia o rzeczywistości,
      W pismach nie znajdziesz tego, co najważniejsze.
      Kto lgnie do słów, jest stracony,
      Kto upiera się przy pismach, grzęźnie w niewiedzy.”

      Dobry wieczór
    • ave.duce > Richard Bach - Jonathan Livingston Seagull 30.03.09, 23:52
      www.scribd.com/doc/7180100/Richard-Bach-Jonathan-Livingston-Seagull5
      Niestety, bez fotografii Russella Munsona >


      www.russellmunson.com/JLSeagull.htm

      :p
    • sclavus Re: CZYTELNIA - Szczególnie dla wątpiących... 08.04.09, 16:21
      Właśnie zauważyłem, że jest polskie tłumaczenie "Traktatu
      ateologicznego" Michela Onfray'a
      Polecam!
      www.polityka.pl/pochwala-ateizmu/Lead30,955,286501,18/
    • vargtimmen L. Kołakowski - Opowieści biblijne 17.04.09, 22:53
      (Klucz niebieski albo Opowieści budujące z historii świętej zebrane ku pouczeniu
      i przestrodze)

      Bardzo zabawne!

      www.religia.yoyo.pl/kolakowski.html
      Na zachętę:

      4. Noe czyli Pokusy solidarności

      Kiedy Bóg pożałował wreszcie poniewczasie, że stworzył był ludzki gatunek, i
      przerażony skutkami własnej lekkomyślności postanowił potopić nieudane swoje
      podobizny, uznał, jak wiadomo, Noego za jedyną figurę godną ocalenia. Popełnił
      przy tym jedną nierozwagę i jedną niesprawiedliwość. Nierozwagę – bo mógł byl
      już na tyle znać ludzi, aby przewidzieć, że jeśli choć jedna para ludzka
      zostanie na ziemi, wszystko się zacznie od nowa i po paru latach wrócą wszystkie
      kłopoty. Niesprawiedliwość – bo zezłościły go tylko ludzkie zbrodnie, więc po co
      przy okazji wytępił wszystkie zwierzęta, które w końcu nie były winne.

      Ale nie wdawajmy się w te roztrząsania. Chodzi o co innego. Chodzi o Noego.

      Noe był lizusem bez miary. Jeżeli nauczyciel, o którym skądinąd wiadomo, że jest
      nader popędliwy, zawistny, mściwy i skłonny do złości, rzuca gromy na całą
      klasę, a tylko jednego ucznia obsypuje pochwałami, można się domyślać bez trudu,
      jakich rozmiarów sięga służalcze lizusostwo tak uprzywilejowanego wychowanka.
      Ale i Noe miał iskrę uczciwości w sercu. Dopóki zatargi z Panem kończyły się
      tylko na krzyku i pogróżkach, wkradał się w jego łaski, nadskakiwał mu i
      pochlebiał. Ale wreszcie zobaczył, że rzecz przybiera obrót poważny – chodziło
      już o życie ludzkości. Noe rozmyślał długo nad swoją sytuacją: z jednej strony
      elementarna solidarność ludzka nie pozwalała mu odcinać się od swoich braci i
      sióstr zagrożonych zagładą i korzystać z opieki tego samego tyrana, który
      niszczy całą jego rodzinę i przyjaciół. „Człowiek uczciwy –mówił sobie –
      powinien w tej sytuacji pójść razem ze skazanymi i podzielić ich los zamiast
      przyjmować służbę u prześladowcy. Jeśli nawet byli winni, jest nieprzyzwoitością
      opuszczać ich wszystkich w nieszczęściu i ratować własną skórę. Mimo wszystko –
      myślał – jestem bardziej człowiekiem niż bogiem i obowiązuje mnie solidarność
      ludzka. Ale z drugiej strony – ja właśnie teraz jestem jedyną szansą odrodzenia
      ludzkości”. Bóg mu bowiem oznajmił wyraźnie, że nie zamierza nikogo prócz niego
      i jego najbliższej rodziny (jednak z wyłączeniem braci i sióstr) pozostawić z
      pogromu. „Wobec tego – mówił sobie Noe – jeśli zdecyduję się na śmierć
      dobrowolną w imię braterstwa ludzkiego, zniszczę jedyną możliwość odrodzenia
      świata; a przecież, jeśli nie jest to świat najlepiej urządzony, to jednak
      warto, żeby istniał” Oto więc dylemat Noego – popełnić zdradę lub spowodować
      koniec świata. Nikt jeszcze nie stał wobec tak okrutnego wyboru; nikomu nie
      przytrafiła się sytuacja taka, iż los ludzkości leży dosłownie w jego mocy, a
      zarazem iż ocalić ludzkość może on tylko własnym pohańbieniem moralnym. „Co
      prawda – myślał Noe – jeśli zdecyduję się w końcu na śmierć dla ocalenia przed
      sobą samym własnej twarzy – nikt nie będzie więcej cierpiał, bo przecież nie
      miałoby sensu powiedzieć, że wyrządzam krzywdę swoim nie istniejącym potomkom z
      tej racji, że nigdy nie zaistnieją, a w roku 1749 od stworzenia świata (taka
      jest dokładna data potopu), czyli ściśle, w roku 2011 przed narodzeniem
      Chrystusa, byłoby naiwnością sądzić, że czynię coś złego tylko dlatego, że w
      roku 1957 po narodzeniu Chrystusa, to znaczy za lat 3968, nie będzie nikogo, kto
      by mógł opowiedzieć o moim bohaterstwie. Właściwie więc najlepiej będzie
      zachować się przyzwoicie i zarazem skończyć już raz z tą awanturą źle
      przemyślaną. Ale z drugiej strony – nie mogę się pozbyć myśli, że istnienie
      świata jest czymś wartościowym, celem, który sam w sobie jest wart starań; nie
      umiem tego uzasadnić i żadne rozsądne argumenty nie przychodzą mi do głowy, jest
      to jednak przekonanie tak we mnie zakorzenione, że nie mam sposobu, aby się go
      wyrzec”.

      Po długich wahaniach Noe postanowił, że weźmie na siebie hańbę totalnej zdrady
      ludzkości, jeśli tylko przez to ludzkość może być ocalona. W tym czasie, po
      długich refleksjach, był człowiekiem zupełnie odmienionym. Wstydził się dawnej
      postawy lizusowskiej i dobrze rozumiał błędy i niegodziwości tamtego życia.
      Dlatego myślał szczerze: „O ileż chętniej zgodziłbym się na hańbę dla ocalenia
      świata, gdyby nie to, że ocalam świat w swojej własnej osobie i że odnoszę
      korzyść ze swego czynu. Przecież nie uwierzy mi nikt, że działam z innych
      pobudek niż dla ratowania samego siebie – tym bardziej przy zasłużonej opinii,
      jaką sobie wyrobiłem”. Postawa Noego była naprawdę bohaterska – zgodził się
      pogłębić swoją hańbę, tym razem świadomie. Kiedy oznajmił znajomym o swojej
      decyzji, wszyscy odwrócili się od niego z pogardą i uważali, że Noe po prostu
      pozostał takim, jakim go znali – niepoprawnym lizusem. Nikomu nie przyszło do
      głowy, jak bardzo dramatyczna była jego decyzja. Noe zniósł to w pokorze.
      Postanowił sobie tylko, że zemści się na Tyranie: wychowa swoje dzieci w ten
      sposób, że już po kilku pokoleniach wszystkie bunty i nieprawości poprzedniej
      epoki zbledną w oczach despoty wobec nowych wydarzeń; jego potomkowie będą bandą
      krnąbrnych i niepoprawnych rebeliantów, notorycznych szyderców i staną się
      wieczną udręką możnowładcy. Tak się też stało, chociaż Noe już tego nie widział.

      Tymczasem wsiadł na okręt, zdradził przyjaciół, ojczyznę i braci... Morał: wolno
      czasem ulegać służalczo możnym i zdradzać dla nich własnych przyjaciół – ale
      tylko wtedy, gdy wiemy na pewno i bez niejasności, że jest to jedyny sposób
      ocalenia całej ludzkości. Jak dotąd, Noe był jedynym, który stanął wobec takiego
      dylematu.
    • vargtimmen Sto pociech - W. Szymborska 19.04.09, 00:29

      Sto pociech

      Zachciało mu się szczęścia,
      Zachciało mu się prawdy,
      Zachciało mu się wieczności,
      Patrzcie go!

      Ledwie rozróżnił sen od jawy,
      Ledwie domyślił się, że to on,
      Ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
      Krzesiwo i rakietę,
      Łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
      Za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
      Oczami tylko widzi,
      Uszami tylko słyszy,
      Rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
      Rozumem gani rozum,
      Słowem: prawie nikt,
      Ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
      Poza niemądrym mięsem, patrzcie go!

      Bo przecież chyba jest
      Naprawdę się wydarzył
      Pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
      Na swój sposób żywotny i wcale nie ruchliwy.

      Jak na marnego wyrodka kryształu-
      Dość poważnie zdziwiony.
      Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada-
      Nieźle już poszczególny.
      Patrzcie go!

      Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
      Bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
      Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
      Czym będzie , skoro jest.
      A jest- zawzięty.

      Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
      Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
      Sto pociech, bądź co bądź.
      Niebożę.
      Istny człowiek.

      wiersze.bfcior.pl/wislawa-szymborska.php?show=sto_pociech
    • kwadrydurka Anna Kamieńska - LEKARSTWA 19.04.09, 09:43
      LEKARSTWA

      Kim jesteś
      rozebrany z samochodu
      ze szkła plastyku
      foteli luster i pieniędzy
      rozebrany aż do człowieczeństwa
      sam w ludzkiej skórze
      sam na sam ze sobą
      i z groźnym życiem
      które ma granice
      w jaskini snu pierworodnego
      z maczugą żądzy
      przy ogniu pragnienia
      drżący od chłodu
      w skórze brata zwierza
      z bosą ziemią i z bosym morzem
      pod stopami

      Kim jesteś
      kiedy nagim ciałem dotykasz nocy
      wszystko co rodzi ziemia
      leczy lub uśmierca
      dotkniesz kamienia
      kamień wejdzie w ciebie
      jeśli nie zdołasz
      przelać w kamień siebie
      ciało zanurzasz w wodę i powracasz
      w płodowe morze
      rodzisz się lub giniesz
      tylko te dwa bieguny
      są ci przyzwolone

      Kim jesteś
      jakich szukasz leków
      znasz korzeń od zębów bolenia
      trunek od niemiłości
      ziele od wątroby
      skórę młodego węża
      przykładasz do brzucha
      zewłok jaszczurki kieł tygrysa
      i szczękę rekina
      zachłannie ciało otwierasz
      na ciało przyrody
      wiesz jeszcze to że
      miłość tylko miłością się leczy
      a śmierć samą tylko śmiercią

      Kim jesteś
      który znając wszelkie leki
      nie możesz znaleźć zielska
      na boleść istnienia
      na mrowisko w sobie
      na otwartą ranę
      którą wycieka co tylko ukochasz
      na ten nóż w tobie
      który dzieli wszystko po połowie
      na noc i dzień
      na jasno ciemno
      na zło i dobro
      rozpacz i nadzieję

      Kim jesteś
      który rozdwojony w sobie
      w swej podwójności
      szukasz podwójności świata
      i który czekasz zawsze
      przy rozstajnych drogach
      aż przyjdzie ten
      co zmiesza ślinę z kurzem ziemi
      dotknie twych powiek
      i wzrok ci przywróci
      na niewidoczną
      druga stronę świata
    • vargtimmen Miłosz, "Traktat moralny" 01.05.09, 22:47

      basiaacappella.wordpress.com/traktat-moralny/

      Miłosz, Traktat moralny

      „Gdzież jest, poeto, o c a l e n i e ?
      Czy coś ocalić może ziemię?
      Cóż dał tak zwany świt pokoju?
      Ruinom trochę dał powojów,
      Nadziejom gorycz, sercom skrytość,
      A wątpię, czy obudził litość”.

      Więc tak się moja rzecz zaczyna:
      Potrzebna tobie dyscyplina
      Eliminacji. Po teorie
      Nie sięgaj grzecznie i pokornie.
      Zmieni się zespół zdań najrzadszy
      Gdy zmienisz punkt, z którego patrzysz:
      Islandzkie przeglądając sagi
      Pełnej nie dajesz im powagi,
      W staroindyjskie wątpisz mity,
      Obca ci wiedza Atlantydy,
      Totemy prymitywnych plemion
      Zwyczajów twoich nie odmienią
      (Zresztą szacunek im należny
      Co dzień, jak trzeba , w hołdzie nieśmy),
      Tak na dzisiejsze spojrzyj baśnie.
      Trochę z ukosa.Choć poważnie.

      Biedna Hypatia, z której zdarli
      Suknie na placu Aleksandrii,
      I czarownice w mieście Salem
      Szły na śmierć (pewnie z wielkim żalem),
      Skyles, od Scytów za to ścięty,
      Że greckim bogom dał prezenty,
      Trutki w więzieniach połykane
      I krótki miecz szarpiący ranę.
      Jeżeli wiesz, co było potem,
      To dziwnie ci nad Herodotem,
      Mając znajomość z nocy kresem
      Zasiadaj nad Tukidydesem
      I purpurowy sok destyluj,
      Aż palcem dotkniesz ziarna stylu
      I szukaj, jaki wtedy będzie
      Ślad stopy ludzkiej na legendzie.

      Podobnie w nasze dni zamglone,
      S t y l e m zasnute jak kokonem,
      Sięgaj i przędzę bierz za przędzą,
      Aż kruche nitki się rozkręcą
      I na dnie z wolna się ukaże
      Poczwarka nietykalna zdarzeń.
      I przędzę zwiń. I z pełną wiedzą,
      Że tylko przez nią oczy śledzą
      Tę gwiazdę przeobrażeń wrzącą –
      Czyń, póki dni ci się nie skończą.

      M e t o d a jednak nie wystarczy,
      Nim ludzki ród nie będzie starszy
      I wiedzą, rzekłbym że muzyczną,
      Osiągnie jakąś wielką styczną,
      To znaczy mądrość tak ruchomą,
      Jak sam mistrzowski sapiens homo.

      Tymczasem każdy w i a r y pragnie,
      Prosi, by wskazać mu poradnię,
      Krzyczą: jest tak, bo prorok twierdzi,
      Cytują go expressis verbis,
      Odstępców straszą celą ciemną,
      Śpiewają w prasie pieśń wojenną,
      Ogniste ogłaszają wici
      Sztandarem słów bez definicji
      I w garnek tom encyklopedii
      Kładą: że niby będą jedli.

      Epoka nasza czyli zgon,
      Ogromna Die Likwidation,
      Jak długo rzec nie umiem potrwa,
      O jakich usłyszymy łotrach.
      Ceń ją, bo przez nią świat się zmienia
      Budzący lekkie zastrzeżenia.

      Żywot grabarza jest wesoły.
      Grzebie systemy, wiary, szkoły,
      Ubija nad tym ziemię gładko
      Piórem, naganem czy łopatką,
      Pełen nadziei, że o wiośnie
      Cudny w tym miejscu kwiat wyrośnie.
      A wiosny nima. Zawsze grudzień.
      Nie rozpraszajmy jednak złudzeń.

      Ciebie zapraszam dziś do arki,
      Która przez czasu potok wartki
      Na nowe brzegi nas poniesie.
      Lądujesz w zatopionym lesie,
      Mgły opadają, w górze tęcza
      I gołąb liść zielony wręcza.
      Za sto a może za lat dwieście,
      Gdzieś w Taorminie, może w Trieście,
      We Francji (Chinach Europy),

      Czy tam, gdzie dzisiaj stolic groby -
      Maleńkie centrum nauk błyśnie
      I hasło nowej da ojczyźnie.
      Patrz, jak zmieniona perspektywa:
      Już nie to wielkim się nazywa,
      Co się nam wielkim wydawało.
      Kroniki są już kartą białą.
      Ci, którzy dzisiaj dzieje tworzą,
      Pod darń trawników głowę złożą,
      Wnuk barbarzyńców zamyślony
      W słońcu tam czyta stare tomy,
      Dawny mu wawrzyn czoło pali,
      Myśli o tych, co zachowali
      I poprzez ciemność skarb przenieśli,
      O którym znów się składa pieśni.

      Lecz nie jest moim to zamiarem
      Przyszłość otaczać złudnym czarem.
      Po przyszłościowej cóż iluzji,
      Jeżeli dniom codziennym bluźni
      I ufność nie po równi dzieli
      Pomiędzy współobywateli.
      Żyjesz tu, teraz. Hic et nunc.
      Masz jedno życie, jeden punkt.
      Co zdążysz zrobić, to zostanie,
      Choćby ktoś inne mógł mieć zdanie,
      Nowa k o n w e n c j a już się tworzy,
      Nie mów: konwencja długich noży.
      Nie wątpię, że jest bardzo zła,
      Lecz wynalazłem ją nie ja.
      Oskarżaj, jeśli masz ochotę
      W weneckich bankach sztaby złote,
      Elżbietę, Lutra, kres Armady,
      Wersalskie bale, defilady,
      Tatarów, że nas najechali,
      Wojnę Stuletnią - i tak dalej.
      Choćbyś zazdrościł psom i ptakom,
      Musisz ją przyjąć j a k o t a k ą,
      A więc po prostu jak zdarzenie
      Na naszej obrotowej scenie –
      I płyniesz w tym społecznym fakcie,
      Jak orzech w Nilu katarakcie.
      Nie jesteś jednak tak bezwolny,
      A choćbyś był jak kamień polny,
      Lawina bieg od tego zmienia,
      Po jakich toczy się kamieniach.
      I, jak zwykł mawiać już ktoś inny,
      Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny.
      Łagodź jej dzikość, okrucieństwo,
      Do tego też potrzebne męstwo,
      A chociaż nowoczesne państwo
      Na służbę grzmi samarytańską,
      Zbyt wieleśmy widzieli zbrodni,
      Byśmy się dobra wyrzec mogli
      I mówiąc: krew jest dzisiaj tania –
      Zasiąść spokojnie do śniadania,
      Albo konieczność widząc bredni
      Uznawać je za chleb powszedni.
      A więc pamiętaj – w trudną porę
      Marzeń masz być ambasadorem,
      Tych marzeń sennych z głębi mroku,
      Co mają pulchną twarz baroku,
      Albo spokojny żart etruski
      W powiekach jak sosnowe łuski.
      I trzy tysiące lat się wplata
      W twój sen i przeszłość opowiada,
      A politycznym twym wybiegom
      Wtóruje rechot Rabelais’go

      Wiem, jaka czeka nas pokusa
      Już nowy pochód żwawo rusza,
      Pośmiertna czkawka Heidelbergu,
      Pociecha zrozpaczonych klerków.
      Pomimo wszystko Ding an Sich
      Wciąż jeszcze pokutuje w nich
      Więc zagubieni wśród chaosu
      Za nowy się chwycili sposób
      I chcąc mieć coś, co jednak trwa,
      Znaleźli to: Être pour Soi.
      Chętnie bym dał im sławy palmę,
      Lecz rzeczy to nieosiągalne,
      Bo nikt z konwencji (czy formacji)
      Na którejś nie wysiądzie stacji,
      Ażeby się zabawiać mile
      Siatką na Être czy an motyle.
      Chowając dzieci, tworząc prawa,
      Człowiek przed Wszechmogącym stawa,
      Działaniem z chwili czyni wieczność
      I obca mu sartrowska sprzeczność.
      (A lepiej nawet żyć bez Trwogi,
      Niż wpaść w pułapki ontologii).

      Nie mówię tu o całej aurze,
      W której się właśnie Paryż babrze.
      Znów na bulwarze Saint-Michel
      Niemalże mit, niemal Sorel,
      I Bergson znów, elan vital,
      Naprawdę przykro jest i żal.

      Po tym, co rzekłem już na wstępie,
      Nie myśl, że głupstw tych nie potępię.
      Sceptycyzm mój pojemnie mieści
      Pęd ku metodzie, żart dla treści,
      Podczas, gdy ci irracjonalni
      Świat widzą na kształt wielkiej balii,
      A każdy grzebie się tam w magmie,
      No i wybiera to co pragnie.
      Z moich słów, proszę, żadnych wniosków
      Nie chciej wyciągać po żakowsku.
      Ze niby Sartre’a rzuć pod szafę,
      Że urządź małe autodafe,
      Przeciwnie, bo w mojej teorii
      Herezja w wielkiej chodzi glorii.
      Bo sól epoki jest w herezji,
      Zwłaszcza, gdy to pisarze nieźli.

      Na obcych zresztą bardzo nie licz
      U nas ciekawy był Witkiewicz.
      Umysł drapieżny. Jego książek
      Nie czytać – prawie obowiązek.
      W ciągu najbliższych stu lat chyba
      Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
      Aż ta formacja co go znała,
      Stanie się już niezrozumiała,
      I jaka była w nim trucizna
      Najlepszy spec się już nie wyzna.

      Wiersz mój chce chronić od rozpaczy,
      Tej właśnie, jaką miał Witkacy,
      Kiedy część prawdy widząc trafnie
      Sam w swoje własne wpadł zapadnie
      I w owym wrześniu pełnym żalu,
      Potężną dozą weronalu
      Śmierć uznał za rzecz tak zaszczytną,
      Że to, co zaczął, skończył brzytwą.
      Balzak na niego jest odtrutką:
      Wszystko co trzyma ciebie krótko
      I rozszerzając ludzki gmach
      Budzi n a m i ę t n o ś ć l u d z k i c h s p r a w.

      Dosyć o książkach. L u d z i e ważni.
      Trzeba nie lada wyobraźni,
      Żeby ich dziś oceniać celnie,
      W rozwadze chodząc niby w hełmie.
      Poważnie ciebie ostrzec muszę:
      Łatwiej, niż sądzisz zgubić duszę
      Przez niewłaściwe towarzystwo,
      Bo jesteś gąbką – wchłaniasz wszystko.
      Zasada musi być surowa,
      Niech się nic w próbie nie uchowa,
      Wzrok masz jak promień mieć Roentgena
      (Nie jest to nazbyt miła scena).
      Lepiej byś miał się wydać oschły,
      Byleby ciebie nie obrosły
      Mchy tropikalne dusz niemytych,
      Straszliwej nocy stalaktyty.
      Metodą moją ludzi zlicz-no:
      Najściślej arystokratyczną.

      Strzeż się wariatów. Ci są
      • vargtimmen Re: Miłosz, "Traktat moralny" 01.05.09, 22:48
        Nie czas na kpinki, bo się pleni
        Szczególny rodzaj schizofrenii.
        Jeżeli wierzę w finis terrae,
        To nie, że środki są niezmierne,
        I że zrobiono B Atomic,
        Lecz że się zjawił katatonik
        Jako społeczna pewna postać
        I on ma postępowi sprostać.
        Psychologiczna stąd wymowa,
        Jaką ma sprawa atomowa,
        A Babel na ostatniej cegle
        Kładzie dwie klęski równolegle.

        Bo schizofrenia – rozdwojenie
        Istoty na kwiat i korzenie,
        Poczucie, że te moje czyny
        S p e ł n i a m n i e j a, a l e k t o ś i n n y.
        Kark skręcić komuś jest drobnostką,
        Potem Komedię czytać Boską,
        Czy stary oklaskiwać kwartet,
        Lub dyskutować awangardę.
        Na mniejszą skalę to codziennie,
        Ktoś mówi: zło jest bezimienne,
        A nas użyto jak narzędzi.
        Ma rację. I ku zgubie pędzi.

        Fenomen ten, jak nam się jawi,
        Jest skutkiem naciskania lawin
        Na glebę, gdzie złożyły wieki
        Mocno osiadły kult etyki.
        Jeżeli tutaj ktoś pozwoli
        Ponownie użyć paraboli,
        Na pomoc fizyków pomysłom
        Inne rozbicie jądra przyszło.

        Jak ich rozpoznać? Wykrój powiek
        Mają nie ten, co zwykły człowiek,
        I w oczach mętny błysk owadzi –
        Ten ich najczęściej nagle zdradzi.
        Cała ta wizja mi nieobca:
        Widziałem to już w gestapowcach,
        U Hieronima także Boscha,
        Gdzie diabli na piekielnych noszach,
        Wsadzają w potępieńców widły.
        Więc widok swojski, choć obrzydły.
        Umieją się maskować zresztą,
        Więc z pewnym przybliżeniem bierz to.

        Nie sądź poza tym zbyt pochopnie,
        Bo różne są obłędu stopnie
        I z chęcią czy też mimo chęci,
        Wszyscy jesteśmy nim objęci.
        Tak się ten przykry sens odsłania:
        Obłęd dziś ceną jest działania
        I chyba tylko eremita,
        Co w wieży Augustyna czyta,
        Sądzi, że umknąć mu się uda.
        Wątpliwa jednak to zasługa.
        Myśl, co uważasz za stosowne,
        Ja tutaj tylko ci przypomnę,
        Że diabeł, jak z lektury wiem,
        Jest séparé de lui-même.

        Unikaj tych, co w swoim gronie
        Pograwszy w polityczne konie,
        Gdy na kominku ogień trzaska,
        Wołają: lud a szepczą: miazga,
        Wołają: naród, szepczą: gie.
        Myślę, że robią bardzo źle,
        Bo upajają się pozorem.
        Sami są tylko meteorem
        I lata ich czekają długie,
        Gdy ich obracać będą pługiem,
        I dużo wody minie w Wiśle,
        Nim o nich znowu ktoś gdzieś piśnie.

        Bynajmniej tobie nie doradzam,
        Ażebyś w komitywie chadzał
        Z tymi, co są jak ślepe krety
        W jaskrawym wieku pełnym krzepy.
        Chcieliby w swojej żyć parafii,
        W ogródkach siedzieć malw i szałwii
        I czasem w amarantach wojsko
        Widzieć jadące drogą polską.
        Chcieliby, żeby kołowrotki
        Furczały w takt prapolskiej zwrotki
        I żeby u nas było sielsko
        (Jak choćby nad Zatoką Perską).
        Tak z tym sarmackim animuszem
        Kraj zamieszkują m ę t n y c h w z r u s z e ń
        I jest to coś na kształt bagniska:
        Traf tam, a coraz głębiej wciska.

        A zresztą intuicją wsparty,
        A także porcją zdrowej wzgardy,
        Lepiej odnajdziesz dobrą drogę,
        Niżeli tobie wskazać mogę.
        A że stanowczo nie wypada
        Rzucać kamieniem na sąsiada,
        Kiedy artystów w tym pominę,
        To słuszną będę miał przyczynę.
        Chcąc służyć jednak ci wskazówką
        Ęnigmatyczne powiem słówko:
        Obojętności wstrętna skaza
        Po stokroć w sztuce się pomnaża.
        Jeżeli wiersz i proza więdną,
        Nie szukaj przyczyn a patrz w sedno.
        Kto w smutnym znalazł smak cynizmie,
        Ten się losowi nie wyśliźnie.
        A z dobrą miną do złej gry
        Na pewno nie chadzają lwy.

        Zwróciłeś pewnie już uwagę:
        Nacisk na sposób życia kładę.
        Masę masz zrobić na tym polu,
        Pomówmy więc o a l k o h o l u.

        Pośród żarcików, anegdotek,
        Szlachecki wspominając miodek,
        Chyli się Polska w trudne czasy
        Przed bóstwem wódki i kiełbasy.
        I przed płaczami i po płaczach
        Po prasłowiańsku się zatacza,
        I z czkawką licząc swe ubóstwo
        Racji do chluby widzi mnóstwo.

        Zjawisko wódki jest ciekawe,
        Warto poświęcić mu rozprawę,
        Ze wszystkich trunków ona jedna
        Dymom zagłady jest pokrewna.
        W niej miast płonących widać migot,
        Przez cienkie szkło skazańcy idą,
        A kiedy w nocy domy syczą
        I w oknach pożar jest źrenicą,
        Nad litrem z osowiałą twarzą
        Zasiedli bracia Karamazow.
        Jak nad mrowiskiem w letnim cieple
        Zapach mrówczego kwasu krzepnie,
        Tak odór nad nieszczęsnym krajem
        Z dala podróżnym sygnał daje:
        „Cywilizacja krwi i łez
        La civilisation des punaises”.
        I choć się tobie wyda dziwne,
        Że na to zło (fakultatywne)
        Marnuję cenne ciało wiersza –
        Kwestia jest ważna, choć nie pierwsza.

        Żegnaj mi. Z rąk do rąk podajmy
        Skromnej mądrości dar zwyczajny.
        Jak widzisz, nie mam ja recepty,
        Do żadnej nie należę sekty,
        A ocalenie tylko w tobie.
        Jest to po prostu może zdrowie
        Umysłu, serca równowaga,
        Bo czasem prosty lek pomaga,
        A lekarz kiedy jest znużony
        Odpowiadaniem na androny
        I szarlataństwa mu dopieką –
        Zaleca befsztyk, rosół, mleko.
        Oto twój świat na ostrzu miecza:
        Zrywa się wiatr, na trawie wznieca
        Uschniętych liści małe wiry,
        Gołębie się nad daszek wzbiły.
        Zaszczekał pies, przybiegło dziecko,
        Ktoś komuś daje znak chusteczką.
        Oto twój świat. On jest na szali.
        Politycy grę już przegrali,
        Triumfy ich tylko pozorne
        Jak błyskawice są wieczorne,
        Choć nikt z nich nigdy nie utraci
        Ufności w moc indoktrynacji,
        Która wyznawców da kohorty.
        Społeczne jednak są retorty
        Bardziej złożone, a pierwiastki
        Jak nieodkryte płyną gwiazdy.
        Nowy pierwiastek dodawany
        Nieraz pracowni burzy ściany,
        A to, co z góry teraz leci,
        Na likwor sypie się stuleci
        I wynik będzie całkiem różny
        Że w końcu dobry, tak załóżmy.
        Jeżeli wzrok masz przenikliwy,
        Obce dla innych widzisz dziwy,
        Tak promień ultrafioletowy
        Obraz nam ukazuje nowy
        I przez materii biegnąc skręty
        Składniki obce i pigmenty
        W zwykłych przedmiotach nam odsłania:
        To godne zwykle jest badania.
        Na dziś nie daję ci nadziei,
        Nie czekaj darmo treuga Dei,
        Bo z życia które tobie dano,
        Magiczną nie uciekniesz bramą.
        Idźmy w pokoju, ludzie prości.
        Przed nami jest
        - „Jądro ciemności”.

        Washington D.C., 1947
Pełna wersja