tojajurek
18.08.12, 19:28
Stoję ja sobie jak ten głupek przy płocie hacjendy i macham pędzlem. Pewnie kilka dni tak mi zejdzie na tym machaniu, bo płot długi, pędzel mały, a znikąd ratunku. Rozglądam się ja nawet z nieśmiałą nadzieją, że ktoś mi zaoferuję szklaną kulkę, albo nawet żabę, za możliwość pomachania pędzlem, ale nikogo nie widać, tylko jakaś młoda sójka gapi się na mnie z gałęzi jak sroka w gnat i cośtam pomrukuje po swojemu.
Takie durnowate zajęcie nie angażuje aparatu myślenia (cokolwiek to jest), więc różności przychodzą człowiekowi do głowy, a zwłaszcza rozmaite spostrzeżenia światopoglądowe i konstatacje transcendentalne.
Postaram się nimi dzielić, pod warunkiem nie parskania zbyt głośnego.
Wczoraj zastanawiałem się nad życiem wiecznym, na razie czysto teoretycznie. Pojawiające się ostatnio dość często i nasilające się spazmatycznie ataki maniaków religijnych i ich politycznych protektorów, skłaniają do zastanowienia nad istotą sprawy. Sprowadza się ona w gruncie rzeczy do refleksji, czy warto zawrzeć umowę ubezpieczeniową z Panbukiem, w myśl której ja będę w niego wierzył i na niego łożył, a On - po moim zejściu, rzecz jasna - zabierze mnie do Nieba, o ile uprzednio oceni, że zachowywałem się zgodnie z wytycznymi Jego funkcjonariuszy.
Otóż, oceniwszy chłodno tę ofertę, uznałem, że na nią nie reflektuję. Koszty są zbyt wysokie, warunki trudne do spełnienia, a otrzymanie końcowej premii nazbyt uznaniowe i w ogóle wątpliwe. Przede wszystkim zaś oferta przebywania w nieskończoność w Niebie wyraźnie wiązałaby się z nieustannym obcowaniem z setkami osobników, na widok których już dziś sama noga mi się podnosi.
Dziękuję i proszę o nienagabywanie.