Taki problem emocjonalny, choć sieriozny

23.10.12, 18:55
Zwróciła się do mnie - trochę jakby do spowiednika, czy cóś - stara Znajoma, licząc na poradę "od serca". A ja borykam się z problemem i nie wiem co powiedzieć. A było tak.
Dawno, dawno temu w Warszawie pewna pani - nazwijmy ją Panią A - całkiem miła w "wyględna", poszła do łóżka z pewnym panem (do dziś nie ustalonym). Efektem tej schadzki była ciąża, a potem dziecko płci damskiej. Owa pani wówczas żadnego dziecka nie życzyła sobie i do dziś nie wiadomo z jakich powodów nie przerwała ciąży. Na szczęście, czy nieszczęście, pojawiła się w tym momencie inna pani (Pani B), która miała męża i bardzo chciała mieć dziecko, ale jej nie szło w tej kwestii. Panie po cichu porozumiały się i dziecko - ku obustronnej radości - przeszło po cichu z rąk do rąk. Obie panie wyjechały dla niepoznaki w różne strony. Pani A wyjechała za granicę, rozpuszczając plotke o swojej śmierci. Zaś Pani B zarejestrowała u księdza w odległej parafii swoje nowe dziecko, posługując się kłamliwym oświadczeniem dwóch świadków, że to jej córka, a dokumenty urodzenia zginęły w pożarze. Czasy były trudne i numer wyszedł bez pudła. Dziecię rosło, dorosło, wyszło za mąż i ma już od dawna swoje dzieci. Ale - jak w niedobrej bajce - znaleźli się "życzliwi", którzy odgrzebali zamierzchłą historię i donieśl radośnie Znajomej, że jest znajdą, bękartem (pewnie żydowskim), oszustką i kurewskim pomiotem. Łatwo sobie wyobrazić awanturę, która wybuchła pomiędzy Znajomą a jej rodzicami. W końcu wszyscy się wypłakali i pogodzili, dalej jednak idąc w zaparte wobec "wrogich pomówień". Znajomą to jednak drążyło od wewnątrz i nie dając za wygraną, kosztem wielu starań, dokopała się dalszych losów Pani A, która jednak nie umarła, a po powrocie z zagranicy ekspresowo wyszła za mąż, zmieniając nazwisko i zamieszkując w odległym miasteczku. Po długich bojach z własną sobą, Znajoma pojechała tam incognito i po cichu przyjrzała się swojej "oryginalnej" mamuśce i jej trójce nowych potomków, a od sąsiadów wysłuchała jej łzawej i załganej historii. Przez chwilę miała ochotę pójść i nakopać mamuśce w dupę, ale żal jej się zrobiło dzieci, bo sajgon by się z tego zrobił nieziemski. Dość nią to w sumie wstrząsnęło i nigdy już nie próbowała drążyć sprawy, choć po cichu nie mogła się oprzeć, aby nie śledzić po cichu dalszych losów nieznanych krewnych.
No i dochodzimy do sedna problemu, z którym Znajoma przyszła do mnie się wypłakać.
Owa biologiczna mamuśka Znajomej wzięła i zmarła niedawno. I wiadomo gdzie została pochowana. A teraz nadchodzi Świeto Zmarłych i Znajoma boryka się z myślą - co zrobić?
- Pojechać na grób i zapalić świeczkę?
- Pojechać na grób i oszczać go ciepłym moczem?
- Nigdzie nie jechać, upić się i próbować wmówić w siebie, że tego wszystkiego nie było?
Ja nie wiem, co doradzić...
A co Wy byście zrobili?
    • ewa9717 Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 19:08
      Ja zrobiłabym NIC.
    • ploniekocica Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 19:09
      Przepraszam, a co to ma za znaczenie pojedzie, czy nie pojedzie?
      Skoro matka biologiczna i tak martwa w grobie leży.
      Ważniejsze dla mnie jest pytanie, czy jest ta pani gotowa na spotkanie ze swoim rodzeństwem przyrodnim? Czy czuje potrzebę tego? I dalej, czy chce wprowadzić to rodzeństwo w życie swojej rodziny - męża, dzieci, wnuków ewentualnych i rodziców adopcyjnych, jeśli jeszcze żyją? I wreszcie, czy chce to rodzeństwo swe uświadomić w temacie panieńskich dokonań ich matki?
      Jest tu masę problemów etycznych, a zapalenie świeczki to pikuś cziłała li i jedynie.
      • magdolot Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 19:46
        A Znajoma jakąś rodzinę ma i z własnymi bliskimi bliskimi już o sprawie gadała, bo z nimi chyba trzeba najpierw, własnymi mężmi i dziećmi... i może soluszyn by się z tego wykluło?
        Ale do 1 listopada raczej z tym nie zdąży...

        Właśni powinni wiedzieć na bank, a reszta? Jak za życia mamusi kroku nie wykonała, to co jej może dać ten krok? Chce zapytać rodzeństwo, czy mamusia po nocach nie płakała, czy nie wyglądała jakby winna czuła się, czy nie opowiadała jakichś dziwnych rzeczy? A jak nie?

        Jakbym była rozdarta między paleniem świeczki a olewaniem moczem, to może bym spróbowała nad tą mogiłką stanąć i zobaczyć co z tego wyniknie. Bo można utknąć na etapie tłumaczenia dziwacznej wycieczki rodzinie, można nie zdołać do pociągu dojść, a można nad taką mogiłką doznać jakiejś kropki nad i... Coś zakończyć albo coś rozpocząć.
        • tojajurek Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 20:04
          O ogólnym roztrząsaniu historii raczej nie ma mowy. O wszystkim tylko wie mąż i oczywiście rodzice. Bo jak to teraz po latach rozgłosić? Opowiedzieć dzieciom, że nazwisko mamy to lipa, a dziadkowie to zupełnie obce osoby? A tamtej rodzinie walnąć między oczy, że żona i mamuśka to puszczalska, co sprzedała włąsne dziecko? To by tylko zraniło mnóstwo niewinnych osób bez potrzeby. Chyba lepiej sprawę pogrzebać, tylko jak samemu sie z nią uporać?
          • ploniekocica Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 20:42
            Nie wiem. Ja chyba w to weszłabym. Znaczy chciałabym wiedzieć i znać. Jako jedna i druga strona też. Bo przecież to, że ona adoptowana to nie wstyd wobec dzieci żaden, ani to, że dziadkowie adoptowali. A tamci? Co to znaczy puszczalska i czym to krzywdzi dorosłe jej dzieci ta wiadomość?
            Tak naprawdę jedyną pokrzywdzoną w pewien sposób jest Twoja Znajoma, ale ona sobie z tym dała radę to dlaczego inni nie mogą? Co my wiemy o decyzji tej sprzed wielu wielu lat, żeby ja jednoznacznie oceniać.

            Ciekawie o podobnym problemie opowiadała Anna Grodzka.
            Pani była ich jedynym dzieckiem?
            Anna Grodzka: Jedynym, adoptowanym. O czym dowiedziałam się, będąc już dorosłą. Chciałam zmienić płeć prawną, a proces korekty płci trzeba przeprowadzać poprzez sąd. Musiałam złożyć pełny akt urodzenia. Poszłam wziąć dokument i zobaczyłam, że był wystawiony 18 lat po moim urodzeniu. Naprowadził mnie na ślad mojego pochodzenia. Widniało tam też nazwisko mojej biologicznej matki i adres, pod którym mieszkała pięćdziesiąt parę lat temu. Moi rodzice już nie żyli, a ja weszłam jakby w drugie życie. Pojechałam na Podlasie, odnalazłam moją mamę, jeszcze jako mężczyzna. Okazało się, że mam trzy młodsze siostry. To im pierwszym powiedziałam o moim transseksualizmie. Mamie potem. Ale w pełni mnie zaakceptowała jako córkę pierworodną. Szybko nawiązałyśmy bardzo bliską więź emocjonalną. Myślę, że było jej ciężko żyć ze świadomością, że nie wiadomo co stało się z jej dzieckiem. Jest dobrą, uczuciową osobą. Oddała mnie do adopcji, bo w tamtych czasach nie mogła wrócić na wieś z nieślubnym dzieckiem. Ludzie transseksualni często zmieniają środowisko, uciekają, chowają się, zrywają korzenie z rodziną. Nie mają odwagi, by po skorygowaniu płci żyć wśród tych samych ludzi. Natomiast ze mną było odwrotnie. Ja zyskałam rodzinę, nie ukrywałam się.
    • ave.duce Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 23.10.12, 21:50
      Wybrałabym opcję nr 3, aczkolwiek zmodyfikowaną:

      - Nigdzie nie jechać.

      Co do ciągu dalszego:
      upić się, ale nie w trupa i w miłym towarzystwie
      niczego sobie nie wmawiać > było, co miało być
      cieszyć się SWOIM udanym, mam nadzieję, życiem
    • trusiaa Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 08:46
      Wersja trzecia - chociaż wiadomo, że nigdy Znajoma o sprawie nie zapomni :(

      Na miejscu Znajomej opuściłabym gniazdo żmij, w którym przyszło jej żyć - za wszelką cenę chciałabym zamieszkać z rodziną gdzie indziej, żebyśmy mieli spokój.

      Swoją szosą, jeśli wszystko odbyło się po cichu, to kto doniósł życzliwie?
      Takim padelcom wszystkiego najgorszego życzyć się chce.
    • ploniekocica Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 09:53
      Ja w tej całej historii czegoś nie rozumiem. To znaczy rozumiem problem emocjonalny Znajomej ToJegoJurka i jej żal i pretensje do rodziców, gdy to się wydało. Ale nie rozumiem tego, że to nadal jest ukrywane przed jej dziećmi i przed wszystkimi w ogóle. Może kiedyś tam w jej dzieciństwie trzeba było okłamywać księdza i fabrykować metryki, bo co ludzie powiedzieliby, ale na bogów wszelakich mamy rok 2012 adopcja nie jest żadną hańbą. Dzieci Znajomej powinny wiedzieć, że kiedyś dawno temu ich dziadkowie adoptowali ich matkę i pokochali jak swoją. Ci dziadkowie powinni teraz być dumni z tego, że dali nowe życie i nazwisko niechcianemu dziecku, a argumenty o podrzutku żydowskim to niech sobie źli ludzie w dupę wsadzą. I tyle. Takie rodzinne tajemnice przynoszą żal i pretensje dopóty są tajemnicami, wyjawione przestają być straszne, bo przecież nie ma w nich często nic wstydliwego.
      IMO nie należy umacniać tradycyjnego polskiego parafialnego zakłamania kultywując tego typu zachowania i tajemnice rodzinne. Co jest wstydliwego w adopcji? Co jest szokującego tak dramatycznie dla dorosłej kobiety w rewelacji, że jest bękartem?

      Ludzie zawsze gadają, a ich gadanie trzeba mieć gdzieś. Nie ma na to innego sposobu.
      Pierwsze dziecko urodziłam w środku głębokiej zimy. Moje leciwe sąsiadki nie zakonotowały mojej ciąży, bo przyzwyczajone sunących jak szafy trzydrzwiowe z lustrem ciężarnych, nie wzięły pod uwagę, że można nieduży brzuszek ukryć nieintencjonalnie pod kombinezonem i kurtką oversize (taka była wtedy moda zresztą). No i oczywiście okazało się, że wzięłam dziecko z domu dziecka, bo przecież w ciąży nie chodziłam. I co z tego? Nic.
      Niedementowane na siłę plotki szybko ucichły, bo po cholerę plotkować o czymś, co oplotkowywani mają gdzieś. A dziecku kilka lat później opowiedziałam tę plotkę jako zabawną, przy okazji wyjaśniając problem adopcji jako takiej i to, że gdybym faktycznie je adoptowała to w żaden sposób nie zmieniłoby naszej relacji.

      Zresztą ja nie rozumiem też powszechnego potępienia matek, które oddają dzieci do adopcji. Dziwka? Puszczalska? Wyrodna? Dlaczego? Biologiczna matka tej Znajomej nie mogła być dla niej w tych okolicznościach matką wydolną więc oddała ją rodzinie, która pragnęła mieć dziecko i nie mogła. Ta rodzina zapewniła jej szczęśliwe dzieciństwo, którego nie mogła zapewnić jej wówczas matka prawdziwa chociażby z powodu nietolerancji społeczeństwa dla bękartów, a pewnie i setek innych powodów także z jej strony emocjonalnych. Postąpiła słusznie, bo skoro sama nie mogła jej kochać dała jej miłość innych ludzi.
      To jest jeden z najokrutniejszych stereotypów - matka oddająca dziecko to znaczy wyrodna matka. Nie! Kłania się to znienawidzone przez Dzidzię patetyczne polskie macierzyństwo!
      • damakier1 Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 10:34
        Od początku tego wątku kłuje mnie ton potępienia tej matki. I raził mnie pogardliwy to, w jakim pisał o nine Jurek (aż pomyślałam, że wie o niej cos więcej niż nam napisał). I zbierałam sie, żeby cos właśnie o tej matce napisać - że może żyła ona z brzemieniem, o którym nie mamy pojęcia i że może kierowała się własnie miłością do tej córki? Tego nie wiadomo, ale mogło tak być. I zbierałam się, żeby to napisać, ale jakoś nie potrafiłam.
        No i napisałaś to, Kociczko, prosto i jasno i mnie wyręczyłaś.
        • trusiaa Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 10:49
          O kurczesz... w pierwszej chwili tego nie zauważyłam, a teraz i do mnie dotarło.
          W żadnym razie za taką decyzję matki biologicznej potępić się nie da.
          • ave.duce Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 12:59
            Też się przyłączam do 3. akapitu.
        • ploniekocica Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 12:51
          Damo, cokolwiek by TenOnJurek nie wiedział złego o biologicznej matce i jakiekolwiek by nie były jej motywacje, to w sumie zrobiła dobrze i Znajoma owa kochającą rodziną obdarzona została.
          Ja kompletnie nie rozumiem tego wiedzenia lepiej, co matka powinna od poczęcia do grobu. Nie porzuciła tego dziecka w lesie, ani na śmietniku, nie oddała do sierocińca, nie zaniedbywała drastycznie, nie katowała, wreszcie nie zabiła więc teksty o "nakopaniu" są po prostu niesprawiedliwe. Macierzyństwo (wybacz Dzidziu) powinno być na każdym etapie radosnym wyborem kobiety, a nie obowiązkiem z serii, "co ludzie powiedzą".
          Ach gdyby matka Madzi odważyła się oddać ją do adopcji!
          • illmatar I jeszcze problem praktyczny 24.10.12, 13:18
            Myślę tak jak Kocica, w całej rozciągłości.
            A problem praktyczny jest taki, że ludzie w trakcie, oby jak najdłuższego życia, zapadają na choroby. I w naszych czasach dużo można dzięki genetyce. Ale nie jest dobrze, gdy daje się próbki od niebiologicznej rodziny, nic o tym nie wiedząc. Można sporo stracić, nawet życie. Te dzieci pani Znajomej może by wolały same zarządzać własnym zdrowiem.
          • damakier1 Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 13:29
            Damo, cokolwiek by TenOnJurek nie wiedział złego o biologicznej matce i jakiekolwiek by nie były jej motywacje, to w sumie zrobiła dobrze i Znajoma owa kochającą rodziną obdarzona została.

            Wcale nie musisz mnie przekonywać, Kociczko, bo tak samo uważam. Napisałam tak z potrzeby szukania jakiegoś wytłumaczenia dla ToJaJurka.
            • tojajurek Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 18:19
              Ba! Można całą sprawę zracjonalizować, domyślać się ukrytych motywów usprawiedliwiających postępowanie Pani A. Znacznie trudniej przekonać do tego osobę, którą to wszystko emocjonalnie przerosło i w której zbudziło się przekonanie, że ją sprzedano jak ślepe kocię, bo nie było w pobliżu stawu, żeby je utopić. A argumentów usprawiedliwiających oddanie dziecka jest tyle samo, co na bezduszność, egoizm i obojętność. Zwłaszcza, że nic nie wskazuje na to, by biologiczna rodzicielka zainteresowała się kiedykolwiek przez parędziesiąt lat czy jej pierworodna córa w ogóle żyje. W mojej opinii zadra Znajomej jest w pełni zrozumiała.
              • ploniekocica Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 18:35
                Tylko problem jest taki, że tej Twojej Znajomej nikt nie każe kochać tamtej wyrodnej matki.
                Jest dorosłą osobą, miała swój komplet kochających rodziców i kochający dom i dawno już powinna przepracować ten problem, bo jej zadry i inne takie rzutują źle na nią i jej rodzinę, a tamta wyrodna już nic nie może, bo nie żyje.
                Moim zdaniem to powinna ona mieć pretensje do adopcyjnych rodziców, że nie potrafili sprawić, żeby dorosła.
              • damakier1 Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 24.10.12, 18:36
                Zadra Znajomej jest zrozumiała, a nawet Twoje nastawienie do, jak piszesz "mamuśki" jest zrozumiałe, bo dla Ciebie to sprawa konkretna, którą w dodatku niejako oglądasz oczyma swej Znajomej. To, czy biologiczna matka zainteresowała sie kiedykolwiek losem córki, czy nie trudno stwierdzić. Moze nie, a może, skoro założeniem było, że córka nigdy prawdy nie pozna i swych adopcyjnych rodzicow uznawać będzie za własnych, śledziła z daleka losy z należytą dyskrecją? Ja tej konkretnej sprawy nie znam i nie wykluczam, że matka zachowała sie podle, ale nie mogę sie zgodzić, że każde oddanie dziecka jest niegodziwością.
                Jeden wniosek, jaki dla mnie z tego wypływa, jest oczywisty: dziecku adoptowanemu jego adopcyjni rodzice powinni powiedzieć prawdę o jego pochodzeniu. W stosownym momencie i tak, by zbudować w nim poczucie, że żyje w swojej rodzinie, w której jest chciane i kochane.
                Bo mam wrażenie, że w tej całej historii najgorszy jest sposób, w jaki sie Twoja Znajoma o wszystki dowiedziała.
                • magdolot Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 25.10.12, 14:56
                  Panie Jajurku, świadome hodowanie tabu?!

                  Paranoje zdarzają się. Koleżanka przyjaciółki odkryła przy okazji sprawy spadkowej po ojcu, że on Żydem był i stracił poprzednią rodzinę w warszawskim getcie. Mechanicznie nad wyraz - sprawdzano spadkobierców.
                  Znajome istoty przez lata otwartym tekstem były posądzane o niepełne siostrzeństwo... Matula na łożu śmierci wyznała prawdę starszej, w trosce o biedną młodszą, o wiele bardziej kochaną i to był cholerny cios poniżej pasa. Do dziś się nie pozbierały z... morderczej formy tej treści.

                  Historyjka dla znajomej.
                  Biologiczny ojciec mojej pani wnuczki w połowie ciąży wsionk zostawiwszy liścik, że za bardzo się boi a w nim trochę kaski. Uciek on do mamusi; jego tatko też kiedyś przed nim zwiał. Potem nastał tatuś numer dwa, a teraz numer trzeci, nad wyraz udany. Dziecię sporo zyskało, bo tatuś numer trzy zmobilizował drugiego do fajniejszych kontaktów, których mu nikt nie broni ani nie ogranicza. Z nastaniem tatusia nr. 3 matka dziecka postanowiła tatusia nr. 1 mu przybliżyć nieco i opowiedziała o jego istnieniu w ramach uporządkowania dziecięciu sprawy tatusiów. Rezolutna sześciolatka zinterpretowała to tak, że był taki tatuś, który ją spłodził, a po drodze do szpitala znikł.
                  A kilka dni po sprawie wieźli koleżankę z klasy i odbył się między dziećmi dialog od którego początku matce dziecka zrobiło się niedobrze, a potem jakoś lżej.
                  - A ja mam trzech tatusiów!
                  Chwila ciszy i pełna zachwytu odpowiedź koleżanki:
                  - To zupełnie jak w "Mamma mia"!!!
                  • magdolot Re: Taki problem emocjonalny, choć sieriozny 26.10.12, 02:55
                    Ja chyba rozumiem Znajomą i jej rozterkę i napisałam to skrótem myślowym niejasnym w pierwszym poście.
                    Zadra do matki - tak. Zrozumiała. I zrozumiałe też to, że chęć kontaktu to nie tylko chęć "nakopania do dupy" wyrodnej macierzy, to także potrzeba poznania jej powodów, dowiedzenia się czegoś o ojcu i palące pragnienie, żeby się okazało że matce było brak najstarszego dziecka, że się cieszy że takie wyrosło wspaniałe. Że oddała ją z dobrych powodów i dla jej dobra. Wypowiedzieć swe żale, zostać wysłuchaną, przeproszoną, przytuloną do serca. Cicha nadzieja, że sprawę można odkręcić tak, jak się stało w przypadku Anny Grodzkiej. I strach przed odrzuceniem. Przed tym, że jednak nie znaczyła nic.

                    I strach przeważył. Pewnie po rozmowie z owymi ludźmi z sąsiedztwa. I może ta matka brła w kłamstwa i to jeszcze we łzawe, żeby ludzie nad nią użalali się, bo tego potrzebowała, bo jednak cierpiała, a nie mogła podawać prawdziwego powodu... A może nie.
                    Może też mąż jej odradzał sprawdzenie całej sprawy w trosce o jej uczucia... Nie dziwię się. [Moja przyjaciółka wydymana przez matkę alkoholiczkę wielokrotnie, teraz ratuje ją. Matka jest w bardzo złym stanie, nie pije, mówi że kocha i będzie miała bardzo poważną operację... a ja się modlę po cichu, żeby jej nie spotkał kolejny zawód, żeby już raczej matka umarła na stole z miłością na ustach, niż miała się pozbierać i jeszcze raz ją odrzucić.]

                    Ale jednak dopóki matka żyła, pozostawała możliwość ruchu, mała szczelinka na nadzieję. Czasem się nie ma dość siły, żeby nadziei urwać łeb i ją skutecznie zadeptać. Czasem boimy się sprawdzić coś, bo stracimy tę resztkę i dopóki się da spychać gdzieś w przyszłość decyzję o sprawdzeniu, ten promyczek ciągle się tli. Teraz już się tak nie da, bo matka nie żyje. Skoro Znajoma nie zdecydowała się porozmawiać z matką, to z rodzeństwem chyba też nie porozmawia. A jeśli nawet, to niewiele się dowie, a o ojcu - raczej nic. Można uderzyć do księdza po tajemnicę spowiedzi, jeśli to mała miejscowość i jakiś matuzalem tam jest, a jak jeszcze jest mądry, to ją przynajmniej pogłaszcze. Nie znam się na klerze i na spowiedziach...

                    I ja tę domniemaną świeczkę odczuwam jako chęć pożegnania z nadzieją, naocznego przekonania się, że to jej kres, że od teraz już jest skazana na wieczne gdybanie. Już nigdy nie dowie się na pewno, jak Izaak... I ta ewentualna świeczka jest początkiem godzenia się z tym. Symbolicznym. Rytuał przejścia. Kamyk Turmsa od Miki Waltariego.

                    Nie wiem, co bym zrobiła na miejscu Znajomej. Nie wiem, czy bym się odważyła na kontakt z matką, na sprawdzenie tego. Gdybym się odważyła, to pewnie z nadzieją, że poznam i może odzyskam przyrodnie rodzeństwo, ale raczej za jej pośrednictwem. [To też może być straszne. Słyszałam historię dziecka, co przyjechało na święta do rodziców i dowiedziało się nagle, że za godzinę nadejdzie przyrodnie rodzeństwo do pokochania... po ponad 30 latach... choć nigdy nie wyrażało takiej chęci i nikt go nie zapytał o zdanie w tej sprawie. W ramach nowego małżeństwa matka dymnęła 2 sztuki, a ojciec 3 i nigdy ich ze sobą nie poznali, a jak już poznali, to z dziwacznym wdziękiem...]

                    Ale własnej rodzinie chyba bym powiedziała, choćby dlatego że ludzie lubią kłapać dziobem. I dlatego, że to żaden wstyd, co wyłuszczyła już Kocica bardzo ładnie. I dlatego, że to sporo wyjaśnia, bo takiego problemu i takich emocji nie da się dobrze ukryć przed bliskimi. O wiele za mocne są. I dlatego, że się zyskuje wsparcie kochających ludzi. To jest wielka rzecz i to nie musi być ciężar zwalony na czyjeś barki. Znajomej dorośli czegoś oszczędzili... prawdy... zdecydowali za nią dla jej dobra... i chyba ma o to straszny żal. Czy warto dzieciom robić to samo? Chyba nie. Czy warto usłyszeć, że to wszystko niczego nie zmienia w ich uczuciach do mamy, do dziadków? A jeśli już zmienia, to raczej na plus? Warto - odpowiadam z mocą. A cała sprawa nie musi się stać publiczna, bo Znajoma ma wpływ na to, co komu i w jakim skrócie. I zawsze może odmówić odpowiedzi na zbyt nachalne pytania.
                    To jest cholernie trudne, ale przynosi ulgę, jak już się człek odważy. A wór z tajemnicą staje się coraz cięższy i coraz trudniej go taszczyć, nawet we dwóch. Może zapytać rodziców, czy jednak poczuli ulgę jak sprawa się rypła? Chyba tak... mimo formy.

                    I nie da się nie pokochać maleńkiego dziecka, wychowanego jak własne. Tato nr.2 kocha moją wnuczkę naprawdę, prawdziwie i mocno. To jego jedyne dziecko. I ciągle jego dziecko, choć wychowywał je niecałe 6 lat. I przy rozstaniu najbardziej bał się tego, że nie ma do małej żadnych praw na papierze, prawnie. I że zostanie z tej małej wyzuty. Wariował od tego. Na szczęście moja córka jest mądra.
                    Krew nie woda - to straszne bzdury są! Znajoma ma najprawdziwszych na świecie rodziców. Howgh.

                    Współczuję i trzymam kciuki za taką narrację, z którą łatwiej żyć.

Inne wątki na temat:
Pełna wersja