tojajurek
23.10.12, 18:55
Zwróciła się do mnie - trochę jakby do spowiednika, czy cóś - stara Znajoma, licząc na poradę "od serca". A ja borykam się z problemem i nie wiem co powiedzieć. A było tak.
Dawno, dawno temu w Warszawie pewna pani - nazwijmy ją Panią A - całkiem miła w "wyględna", poszła do łóżka z pewnym panem (do dziś nie ustalonym). Efektem tej schadzki była ciąża, a potem dziecko płci damskiej. Owa pani wówczas żadnego dziecka nie życzyła sobie i do dziś nie wiadomo z jakich powodów nie przerwała ciąży. Na szczęście, czy nieszczęście, pojawiła się w tym momencie inna pani (Pani B), która miała męża i bardzo chciała mieć dziecko, ale jej nie szło w tej kwestii. Panie po cichu porozumiały się i dziecko - ku obustronnej radości - przeszło po cichu z rąk do rąk. Obie panie wyjechały dla niepoznaki w różne strony. Pani A wyjechała za granicę, rozpuszczając plotke o swojej śmierci. Zaś Pani B zarejestrowała u księdza w odległej parafii swoje nowe dziecko, posługując się kłamliwym oświadczeniem dwóch świadków, że to jej córka, a dokumenty urodzenia zginęły w pożarze. Czasy były trudne i numer wyszedł bez pudła. Dziecię rosło, dorosło, wyszło za mąż i ma już od dawna swoje dzieci. Ale - jak w niedobrej bajce - znaleźli się "życzliwi", którzy odgrzebali zamierzchłą historię i donieśl radośnie Znajomej, że jest znajdą, bękartem (pewnie żydowskim), oszustką i kurewskim pomiotem. Łatwo sobie wyobrazić awanturę, która wybuchła pomiędzy Znajomą a jej rodzicami. W końcu wszyscy się wypłakali i pogodzili, dalej jednak idąc w zaparte wobec "wrogich pomówień". Znajomą to jednak drążyło od wewnątrz i nie dając za wygraną, kosztem wielu starań, dokopała się dalszych losów Pani A, która jednak nie umarła, a po powrocie z zagranicy ekspresowo wyszła za mąż, zmieniając nazwisko i zamieszkując w odległym miasteczku. Po długich bojach z własną sobą, Znajoma pojechała tam incognito i po cichu przyjrzała się swojej "oryginalnej" mamuśce i jej trójce nowych potomków, a od sąsiadów wysłuchała jej łzawej i załganej historii. Przez chwilę miała ochotę pójść i nakopać mamuśce w dupę, ale żal jej się zrobiło dzieci, bo sajgon by się z tego zrobił nieziemski. Dość nią to w sumie wstrząsnęło i nigdy już nie próbowała drążyć sprawy, choć po cichu nie mogła się oprzeć, aby nie śledzić po cichu dalszych losów nieznanych krewnych.
No i dochodzimy do sedna problemu, z którym Znajoma przyszła do mnie się wypłakać.
Owa biologiczna mamuśka Znajomej wzięła i zmarła niedawno. I wiadomo gdzie została pochowana. A teraz nadchodzi Świeto Zmarłych i Znajoma boryka się z myślą - co zrobić?
- Pojechać na grób i zapalić świeczkę?
- Pojechać na grób i oszczać go ciepłym moczem?
- Nigdzie nie jechać, upić się i próbować wmówić w siebie, że tego wszystkiego nie było?
Ja nie wiem, co doradzić...
A co Wy byście zrobili?