realy22
09.09.09, 14:35
Witam
Mam 27 lat i 3 dzieci (8 lat, 3 lata i 1 rok). Jestem po raz drugi w
związku małżeńskim. Najstarsze dziecko jest z pierwszego małżeństwa.
Drugie małżeństwo w sumie mam udane. Jest jeden szkopuł, który zburza
nasze więzi. Mianowicie od 2 lat mieszkamy z teściami. Czekamy na
przydział mieszkania komunalnego. I wszystko jakoś by się tam toczyło
gdyby nie to, że teściowa zachorowała na nowotwór. Jej stan jest już
bardzo ciężki. Jest pod opieką hospicjum domowego. No i tu zaczyna
się mój koszmar.
Teściowie są rodziną zastępczą dla 2 swoich wnuków. Matka męża przez
chorobę nie może się nimi zajmować, a ojciec męża też przez chorobę
ma problemy z alkoholem i też nie umie zająć się dziećmi. Dzieci w
tej chwili zaczęły naukę w 3 i 5 klasie podstawówki. Nie muszę chyba
dodawać, że wszystko spadło na mnie. Dzieci, dom i teściowa. Mąż
pracuje od rana do wieczora. A mój dzień wygląda tak:
Rano wyszykować 3 dzieci do szkoły a jedno do przedszkola. Najmłodsze
siedzi ze mną w domu. Odprowadzam ich do szkoły i przedszkola. Wracam
do domu sprzątam pobojowisko i zajmuję się teściową. Ugotuję obiad i
idę po dzieci do szkoły i przedszkola. Później w domu podaję obiad i
odrabiam z nimi lekcje. Kończę wieczorem. Szykuję ubrania na następny
dzień do szkoły, pakuję im plecaki i padam ze zmęczenia spać.
Cały czas jestem załamana i rozgoryczona. Wiecznie nie mam humoru.
Denerwuje mnie wszystko. Nawet płacz najmłodszego dziecka (które
teraz też mi płacze za plecami).
Problem mam największy z mężem, który cały czas wydaje mi tylko
polecenia. Jak dzwoni do mnie to pyta tylko o mamę. Nie interesuje go
co ja robiłam, co robiły dzieci....
Dzisiaj chciałam jechać i załatwić pewną sprawę. Od rana nie miałam
zbyt dobrego humoru ale zachowywałam się normalnie. Jak byłam w
drodze na przystanek zadzwonił mąż z pretensjami, że zostawiłam
teściową samą, bo teść się nią nie zajmie. Dodam tylko, że prawie w
ogóle nigdzie nie wychodzę bo siedzę w domu i się nią zajmuję. Do
tego powiedział mi, że mama się poskarżyła, że od rana chodziłam
nadęta. No i coś we mnie pękło. mam wrażenie, że teściowa specjalnie
próbuje nas ze sobą skłócić. Żal jej dupę ściska jak między nami jest
dobrze. No i na tym się skończyło, że po telefonie męża wróciłam do
domu z łzami w oczach. Z teściową nie chcę rozmawiać bo wiem, że się
z nią pokłócę. Teraz naprawdę siedzę nadęta i zamknięta w swoim
pokoju. Nie mam ochoty jej w niczym dzisiaj pomagać.
Czuję się jak posługaczka do zajmowania się dziećmi, prowadzenia
domu, zajmowania się teściową. Mój mąż traktuje to jak mój obowiązek.
A ja znowu uważam, że jest to tylko moja dobra wola. Mieszkamy w
osobnych pokojach. Moim obowiązkiem jest moje terytorium i moje
dzieci. Wielokrotnie usłyszałam wiele epitetów pod swoim adresem od
mojego męża jak teściowa się na mnie poskarżyła. Tylko ja wciąż nie
wiem na co bo wydaje mi się, że opieka nad teściową i jej dziećmi nie
jest moim obowiązkiem :(
Nie mam w ogóle czasu dla siebie. Zapomniałam już co to jest wyjść z
domu, pójść do kina czy fryzjera. Zapomniałam już jak wygląda
większość moich znajomych. Nie mówiąc już o tym, że jesteśmy 3 lata
po ślubie a traktujemy się jak najwięksi wrogowie. Nie raz usłyszałam
od męża: "Twoim obowiązkiem jest robienie tego wszystkiego bo ty tu
mieszkasz...". Ale ja owszem i robię. Uważam jednak, że nie jestem do
tego zobowiązana. I chciałabym choć trochę uznania ze strony męża a
nie tekstów w stylu: "Ty k.... jak nie zajmiesz się matką to wezmę
urlop z pracy albo się zwolnię i wtedy zobaczysz jak ci będzie fajnie
jak nie będziesz miała co do garnka włożyć". Ja wtedy mu odpowiadam,
że z miłą chęcią niech się zwalnia. Siedzi w domu z dziećmi i
teściową a ja pójdę do pracy i napewno zarobię tyle co i on!
Nie mam już siły. Czuję się jak szmata i popychadło...