Spojrzenie z boku...

10.10.09, 17:47
Witam. Debiutuję na tym forum szukając porady, nowego spojrzenia,
bądź też utwierdzenia we własnych opiniach. Sam "doszedłem do
ściany" w próbach uzdrowienia (uratowania) swego małżeństwa.
Jesteśmy ponad dziesięc lat po ślubie, mamy potomstwo. Pierwsze
zgrzyty zaczęły się właściwie od dnia ślubu. Dotyczyły spraw
łóżkowych. Żona, będąc jeszcze narzeczoną postawiła sprawę jasno -
seks po ślubie, uszanowałem to (nie kryjąc oczekiwań - prawiczkiem
nie byłem). Zaznaczę, że nic nie wskazywało, iż po tej magicznej
dacie będzie równie sucho. A było; tylko na moją wraźną inicjatywę i
bez zbytniego zaangażowania. Po prostu seksu mogłoby nie być. A
jeśli już był to bez spontaniczności, raczej z koniecznej
przyzwoitości. Jakoś odsunąłem to w świadomości na 10 lat, bo
obiektywnie muszę przyznać, ze od jakiegoś czasu żona zdobyła się na
inicjowanie zbliżeń, choć polotu w tym brak, a emocji niewiele. Mimo
to od czasu do czasu wraca, zwłaszcza, że poprawa nastąpiła po
podsunięciu przeze mnie do pocztania forum Gazety "Brak seksu w
małżeństwie", a gdy ja o tym mówiłem to jakoś spływało, a wręcz żona
miała do mnie pretensje, bo co Ona ma zrobić jak nie chce, nie umie.
Moja potrzeba, mój problem. Fakt, gdy inicjowałem nie odtrącała
mnie, ale no żesz dla mnie to było przede wszystkim frustrujące i
pozostwiające poczucie niespełnienia przede wszystkim emocjonalnego.
Również dość szybko dotarło do mnie, że żona nie potrafi rozmawiać
na drażliwe tematy. Wszelkie moje sygnały i sugestie, że coś mi nie
pasuje były przemilczane lub skwitowane, że się czepiam (moim
zdaniem wyniesione z domu rodzinnego, gdzie jak po czasie
zaobserwowałem panuje system zadaniowo-rozdzielczy). Taka osobowość,
problemy zamiata się pod dywan, nie rozwiązuje tylko wycisza. I tak
upłynęło kilka lat, aż pojawiło się dziecko poprzedzone o dziwo
intensywnymi spotkaniami łóżkowymi włącznie z inicjacją żony.
Nastąpiło przyporządkowanie wszystkich pozytywnych uczuć i emocji
krążących w ognisku domowym koalicji matka-dziecko. Ja kumulowałem
te emocje złe. Nie dość się w opinii żony angażowałem, nie dość
litowłem się nad jej zmęczeniem, nie dość nadskakiwałem. Przy czym
muszę wspomnieć, że gdy interesowałem się co i jak pomóc nie
uzyskiwałem konkretnej odpowiedzi, a jakieś ogólniki, po których
nadal byłem głupi. Poza tym bolało odstawienie na "boczny tor".
Jakoś się kręciło, jakoś była nadzieja na lepsze jutro. Ale to w
bajkach. W rzeczywistości było coraz gorzej. Coraz mniejsze
drobiazgi powodowały scysje. Na początku były próby rozmów, które
chwilowo łagodziły problemy, ale ich nie rozwiązywały. Nie
potrafiłem nakłonić żony do rzeczowej rozmowy z konkretną
argumentacją i przedstawieniem własnego stanowiska prowadzącej do
wypracowania jakiegoś kompromisu, żona jest osobą kumulującą w sobie
negatywne uczucia,a niepotrafiącą o nich rozmawiać. Gdy emocje wezmą
górę następuje erupcja z archeologią, "a 10 lat temu, a wtedy, a ty,
itd, takie odbijanie piłeczki) Próbowałem nauczyć Ją mówić "nie
podoba mie się to i to...", "chciałabym tak...". Kurcze, nauczyła
się ale w trybie roszczeniowym, a nie otwierającym dyskusję. W tej
chwili owo "chciałabym" znaczy dosłownie to co znaczy, nie ma trybu
odwoławczego. Jakakolwiek moja argumentacja jest agresywnie ucinana,
wyśmiewana i co najważniejsze nie ma kontrargumentacji, ewentualnie
stwierdzenie, że ja chciałbym rządzić.
I tym konczą się wszelkie moje próby porozumienia. Od dłuższego
czasu to ja inicjuję jakies próby porozumienia,rozmowy. A teraz po
prostu obiektywnie doszedłem do wniosku, że nic więcej nie potrafię.
Być może trudno sobie wyobrazić komuś, kto tego nie doświadczył, ale
tak jest. Każde słowo, zdanie, które wypowiem, jest interpretowane
przez żonę w negatywnym kontekście. Nie próbuje sprecyzować co
miałem na myśli tylko z gruntu przyjmuje najbardziej negatywny
kontekst wypowiedzi. Ma do mnie wściekłą niechęć, żal i nie wiem co
jeszcze. Nie wiem, bo nigdy nie dała mi szansy zastanowioenia się
nie mówiąc o co konkretnie chodzi, powinienem chyba czytać w
myślach, a z drugiej strony moje mówienie generowało kłótnie i moje
frustracje, że bliska osoba nie jest zainteresowana moimi
odczuciami. O terapi małżeńskiej owszem myślałem, lecz mam w pamięci
wysuwane sugestie o wizycie u seksuologa, która nigdy się nie
odbyła. Istotnym również są relacje na linii my - teściowie. Są złe
z racji różnic mentalności wiejsko-miejskich i nie tylko, ale to już
inny temat. I tak rozpisałem się strasznie przedstawiając swój punkt
widzenia, oczywiście subiektywnie czego mam świadomość.
Jeśli ktoś dotarł szczęśliwie do końca to proszę o wyważone opinie i
sugestie.
    • marzeka1 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 18:58
      Współczuję sytuacji, naprawdę, bo udane życie intymne bardzo zbliża i cementuje
      związek, a tu wygląda to tak, jakbyś miał tylko zadanie zapłodnić i koniec. W
      sumie chyba nie pasujecie do siebie, a szkoda życia, by tak miało zawsze
      wyglądać, z twojego postu przebija frustracja, której chyba się nie dziwię.Może
      warto zaproponować terapię małżeńską, ale w odpowiedni sposób, np. nie chcę, by
      nasze życie tak wyglądało, nie możemy porozumieć się w zbyt wielu sprawach, nie
      chcę tak żyć, zaczynam myśleć o rozwodzie, ale wolałbym spróbować poukładać to,
      co jest między nami (coś w tym stylu).
    • kati1973 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 19:05
      NIe koncz na sugestiach, znajdz, umow i podaj termin i udaj razem z
      malzonka.
      Kto ma to zrobic, ona nie ma ochoty, bo ma taki charakter jak ma, to
      co pozostaje, Ty. Jak chce sie cos zrobic, to sie to robi, zmienia,
      a nie czeka, az sie zmieni samo 10 lat, Nie zmieni sie, musi pomoc
      ktos z zewnatrz. Nie wierze w to, ze zona nie pojdzie na terapie,
      jak Was umowisz Pozdrawiam i zacietosci zycze.
    • tusia04 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 20:09
      Witam. Chciałabym dodać parę słów od strony żony. Ja w chwili
      obecnej też jestem na ostrym zakręcie życiowym. Mam
      kilkunastoletniu staż małżeński, dzieci. Jesli chodzi o strefę
      intymną to nie było problemu może poza częstotiwoscią ( stosowanie
      NPR). Dopiero teraz widzę ,że wielki probl;em w naszym
      małżeństwie to byłam ja - też nie potrafiłam rozmawiać,
      przyjmoiwać argumentacji, okazać uczucia. Mój mąż wielokrotnie
      starał się rozwiązać problem omawiając go na spokojnie- ja z
      reguły krzykiem lub unikaniem rozmowy. Po wielu zawirowaniach
      dociera to do mnie. W tej chwili stramy się to jakoś naprawić -
      to trudne wymaga pracy, rozmowy , zaufania. Po drodze pojawiły
      się jakieś inne problemy - flirty, zwierzania się innym kobietom.
      To wszystko trudne. W tej chwili nie mieszkamy razem - ale chcemy
      naprawiać ile się da. Piszę aby dodać Ci otuchy , że do twojej
      żony może dotrzeć , że nie jesteś szczęśliwy i chcesz cos
      zmienić . To prawda bolesna i trudna - musisz o nią walczyć
      na spokojnie, rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Pozdrawiam
      • tom2oo9 Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 08:37
        tymekoo> jakbyś pisał o mnie, zero pozytywnych uczuć do mnie po
        urodzeniu dziecka, same negatywne i rozczenia, niecheć do seksu i do
        psychologów którzy śmieli sugerować że problem siedzi w niej i
        relacjami z jej despotyczną matką i wdrukowanej nienawiści do ojca

        tusia04> faktycznie doskonale zauważylaś że kluczem są relacje z
        innymi kobietami i świadomość że przyszla taka chwila ze jak się nic
        nie zrobi to się męża utraci. Dobroć, zaangazowanie w dzieci, ciągłe
        rozmowy, uleganie wybaczanie, nawet psychlogowie i straszenie
        rozwodem i nic nie zmienią jeśli nie pojawi się prawdziwa motywacja
        do zmiany. Inna bardzo zainteresowana kobieta. Tak było i w moim
        przypadku...
        • natalilulululou Re: Spojrzenie z boku... 19.10.09, 12:38
          Inna bardzo zainteresowana kobieta
          tzw. suka, która interesuje się zajętymi facetami.
    • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 20:38
      Serdecznie dziękiuję za opinie i oczywiście proszę o następne.
      Frustracja, która przewija się w postach to chyba najbardziej
      adekwatne słowo, które opisuje me odczucia. Bo nie życzę
      największemu wrogowi podobnej sytuacji, gdy oczekuję rozmowy i
      wzajemnego rozwiązania problemów (a mam świadomość, że wśród dwojga
      ludzi takowe zawsze się rodzą)otrzymuję ignorancję i ironię.
      Zastanawiam się co ze mną nie tak i najczęściej odpowiadam sam
      sobie, że przecież dwoje inteligentnych ludzi powinno się w ten czy
      inny sposób porozumieć. A ja nie wiem co ze mną "nie tak". Po prostu
      nie wiem, bo żona nie ma chęci, umiejętności, woli, by to nazwać.
      Idąc dalej tym tokiem rozumowania, skoro nawet nie podejmuje prób to
      co ??? No dla mnie odpowiedź jest prosta, tylko póki co wypieram ją
      ze świadomości. Pozdrawiam wszystkich czytających i komentującyvj.
      • doro.ta28 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 21:26
        witam.Pro po spraw intymnych byc może żona miała jakieś problemy w
        dzieciństwie,ja np.byłam molestowana i też miałam problemy łóżkowe
        dlamnie sex mógł nie istniec wcale nie miałam na to ochoty,na szczęście
        partner był wyrozumiały.A co do rozmów to znowu mój partner nie umiał
        rozmawiac przez co narastały konflikty.już od roku nie jesteśmy razem
        nie umiałam dłużej znieśc kłótni,niedomówień i nieporozumień.Wniczym ci
        nie doradziłam ale chciałam się wygadac.Jesli kochasz żone to ratuj
        wasz związek,może się żona przełamie i zacznie rozmawiac.Pozdrawiam.
    • kicia031 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 21:10
      Wiesz, a dla mnie to wyglada przygnebiajaco. Nie masz wrazenia, ze ty i zona
      jestescie z 2 roznych swiatow - takze jesli chodzi o samoswiadomosc, stawianie
      czola problemom, umiejetnosci komunikacyjne. Do tego dochodzi jakis uraz w
      kwestii seksualnej, najpewniej wyniesiony z domu. W ogole jawi mi sie ona tak
      naprawde jako ososba gleboko nieszczesliwa, neizgolna do odczuwania codziennych
      radosci, caly czas skupiona na krzywdach, nieszczesciach, zawodach... i tym
      zaraza wszystkich wokol siebie.

      Umow was do terapeuty - moze cos do niej dotrze, bo zmarnuje zycia i sobie i tobie.
      • pipsia5 Re: Spojrzenie z boku... 10.10.09, 22:19
        Doskonale Cię rozumiem. Tylko, że u mnie tą osobą która nie chce rozmawiać jest
        mój mąż. Ileż ja łez wypłakałam, natłumaczyłam się i nic. Mąż też "wyniósł" to z
        domu. Moi teście też nie umieją ze sobą rozmawiać, tylko sobie coś komunikują i
        tyle. Czasem jest lepiej a czasem gorzej. Widzę jednak, że nie za bardzo zmienię
        męża, to jest jego charakter :( Nie poddawaj się jednak. POstaw czasem na swoim
        i nie pozwól żonie sobą dyrygować. Bądź stanowczy jeśli coś postanowisz, np.
        wspólną terapię. Pozdrawiam.
    • joanna35 Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 10:13
      Patrząc z boku nie mogę zrozumieć dlaczego nie złożyłeś jak dotąd
      pozwu o rozwód?
      • tom2oo9 Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 10:34
        Dziwne pytanie, bo podobno panowie to te bardziej nieczułe
        osobniki...
        Miłość potrzebuje czasu by zatruwana i nieodżywiana przestała
        istnieć.
        • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 11:35
          przez ostatnią godzinę zastanawiałem się jak odpisać na pytanie
          dlaczego się nie rozwiodłem...tom2oo9 zrobił to lepiej ode mnie.
          Zaistniałem na forum, by rozważyć z Waszą pomocą czy miłość
          przestała istnieć. Pozdrawiam.
          • rapunzel1 Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 13:15
            A co cię kiedyś w żonie pociągało (nie tylko erotycznie)
            Dlaczego to właśnie ją wybrałeś na żonę, choć były inne?
            • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 17:01
              Zastanawiam się nad odpowiedzią. W obecnej sytuacji trudno mi się
              wczuć w uczucia, które wtedy mną kierowały. Na pewno nie było to
              punktowanie, w stylu to i to mnie pociągało, a to mi nie pasuje, ale
              przeżyję. Zobaczyłem i zakochałem się, zadziałał na pewno urok
              osobisty, podejście do życia podobne do mojego, stostowany system
              wartości ważnych w życiu. Ten system wartościowania chyba się nie
              zmienił aż tak bardzo, a jednak .... chociaż...przemyślę to.
              Zastanowiło mnie teraz czy tutaj nie ma miejsca jakieś
              przewartościowanie własnej tożsamości względem małżeństwa. Czy
              ważniejsze "ja", czy "my". Od razu uprzedzę, że na 99% nie wchodzi w
              grę ktoś inny, chyba że platonicznie, w stylu jakiś wyidealiwany
              obraz mężczyzny kiedyś znanego, bądź teraz znanego. Tutaj nie ręczę
              • rapunzel1 Re: Spojrzenie z boku... 11.10.09, 18:43
                "... przewartościowanie własnej tożsamości względem małżeństwa... "

                tymekoo wyrażasz się tak uczenie że trudno cię zrozumieć. Rzuć jakieś konkrety np. lubiliśmy to i to, planowaliśmy, że ...

                Choć archeologia i stostowany system wartości są super :D
        • joanna35 Re: Spojrzenie z boku... 12.10.09, 10:33
          Jak niezwykle wrażliwy osobnik pewnie odpowiesz mi na pytanie czy
          reaktywowałeś miłość w swoim małżeństwie tylko przez niewinny flirt,
          żeby wywołać w żonie zazdrość i poczucie zagrożenia czy też
          posunąłeś się dalej z ową inna kobietą, o której pisałeś wcześniej.
    • brittas tylko psychoterapia!!! 12.10.09, 11:40
      z tego co opisujesz twoja żona ma po prostu jakieś problemy
      emocjonalne, wyniesione z domu rodzinnego. pomóc jej może tylko
      psychterapia. prawdopodbnie jest DDD i naprawdę potrzebuje pomocy,
      żeby odnaleźć siebie. pokaż jej może strony na ten temat i spróbuj
      namówić na wizytę u psychologa. powodzenia!
      • tymekoo Re: tylko psychoterapia!!! 12.10.09, 18:16
        "... przewartościowanie własnej tożsamości względem małżeństwa... "
        hmmm...faktycznie się zagalopowałem...;-)Miałem na myśli sytuację,
        gdy jedno z małżonków czuje się naciskane, czuje, że traci własną
        osobowość na rzecz małżeństwa. Jednym przychodzi to łatwo, innym
        trudniej. Można udawać, że wszystko jest ok, aż tama pęka. I pojawia
        się niechęć i agresja. Tyle tytułem wyjaśnienia toku mych myśli.
        A teraz informacje pomyślne. Zaintrygowałem żonę i przeczytała
        Wasze wypowiedzi. Pojawiło się światełko w tunelu (znów pomogło
        forum, to pewna rysa, że dopiero opinie obcych w sumie osób
        skłaniają do przemyśleń), ale odbyliśmy pierwszą od dłuższego czasu
        poważną, normalną rozmowę i jest lepiej. Oby to światełko to nie był
        pociąg nadjeżdżający z przeciwka. Za to trzymajcie kciuki. Dziękuję
        wszystkim...;-)
    • ignacowa Re: Spojrzenie z boku... 12.10.09, 18:53
      Co oznacza skrót DDD użyty powyżej.
      • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 12.10.09, 19:22
        Dorosłe Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych
    • kicia031 Re: Spojrzenie z boku... 12.10.09, 20:32
      Prawda jest taka, ze to ty te zone wybrales i ze bycia w ztaka ososba tez tobie
      cos zalatwia.

      Wiem cos o takich sytuacjach...
      • wysoki.brunet Re: Spojrzenie z boku... 13.10.09, 07:11
        kicia031 napisała:

        > Prawda jest taka, ze to ty te zone wybrales i ze bycia w ztaka ososba tez tobie
        > cos zalatwia.

        Żywiciele pasożytów też po coś w przyrodzie istnieją.
    • deela Re: Spojrzenie z boku... 12.10.09, 21:25
      obawiam sie ze potraktowany zostales jak zwierzak - byk rozplodowy + osiol ktory
      na to robi (albo wspolrobi)
      • sebalda Re: Spojrzenie z boku... 13.10.09, 11:31
        deela napisała:

        > obawiam sie ze potraktowany zostales jak zwierzak - byk rozplodowy + osiol ktor
        > y
        > na to robi (albo wspolrobi)

        Jak ja lubię takie podsumowania. Albo takie: kopnij ja w d…, albo ona jest nic
        nie warta. Przecież sprawę znamy tylko z jednej strony i nie jest ona tak
        jednoznaczna, jak sprawy tu najcześciej przedstawiane, w których dochodzi do
        przemocy fizycznej czy psychicznej, czego nic nie usprawiedliwia. Nie znamy
        sytuacji z punktu widzenia żony.
        Kobieta często pozostaje zimna w związku, w którym nie czuje się komfortowo: gdy
        często przeżywa stresy, nie jest szanowana, rozumiana, nie czuje się pewnie.
        Mężczyzna w seksie szuka odreagowania, kobieta często zamyka się na seks, gdy
        jest sfrustrowana, źle potraktowana, obrażona. Może nie każda kobieta tak
        reaguje, ale wiele tak. Toteż mąż, który ma z tym problemy, musi przede
        wszystkim przyjrzeć się swojemu stosunkowi do żony: czy okazuje jej szacunek i
        zrozumienie, czy ich związek jest prawdziwie partnerski i czy on czuje się też
        odpowiedzialny za dom, a nie tylko zona, która w sytuacji konieczności
        prowadzenia samodzielnie domu prędzej czy później poczuje się jak służąca, czy
        mężczyzna zrozumie, że z chwilą pojawienia się dziecka musi na jakiś czas
        odpuścić; kobietę dziecko na początku pochłania całkowicie i zmienianie tego na
        siłę nie przynosi niczego dobrego. Po jakimś czasie wszystko ma szansę wrócić do
        normy, tylko trzeba okazac trochę zrozumienia i cierpliwości. Zazdrość o wlasne
        dzieci jest naprawdę głupia, dowodzi niezrozumienia podstawowych praw natury,
        instynktu macierzyńskiego.
        Do autora: piszesz, że zastanawiasz się, co z Toba nie tak, ale to pytanie
        pozostaje bez odpowiedzi, jest postawione tak bardziej pro forma. Nie napisałeś
        właściwie nic o swoim stosunku do żony, nie masz sobie nic do zarzucenia. To
        jednak trochę podejrzane. Myślę tak, jeśli szanujesz żonę, nie stosowałeś nigdy
        wobec niej przemocy fizycznej czy psychicznej, nie wyzywałeś jej, nie ubliżałeś,
        jeśli Wasz związek jest partnerski i jeśli okazujesz swoje żonie uczucia,
        troskę, zrozumienie, wspierasz ją w różnych poczynaniach, jesteś dla niej
        przyjacielem, a ona odpłaca Ci wyłącznie niechęcią i złością, to rzeczywiście
        cos jest nie tak, natomiast jeśli jedynie żądasz, nic w zamian nie dając, to
        chyba jednak zastanów się jeszcze głębiej nad swoimi postawami.
    • douglas.beauty Rozwod+jak najczestsze kontakty z dziecmi 13.10.09, 14:28
    • pola.cocci Re: Spojrzenie z boku... 13.10.09, 15:15
      Czytajac Twoj post dochodze do wniosku, ze czasami jestem podobna do
      Twojej zony :( i b. Ci wspolczuje. Moj maz jest z kolei podobny do
      Ciebie, tzn. stara sie, proboje rozmawiac, szuka rozwiazania
      problemow z ta roznica, ze robi to do czasu... Tzn. jak naprawde nie
      widzi juz innej mozliwosci dotarcia do mnie to wygarnia mi dobitnie
      co o mnie mysli i jak b. jest mu z tym zle... I wiesz co? To dziala
      na mnie jak terapia szokowa i naprawde dociera do mnie, ze moge
      wszystko stracic z powodu wlasnej glupoty i uporu.

      Moze Ty po prostu jestes dla zony "za dobry" i dlatego ona to
      wykorzystuje, nie patrzac na Twoje uczucia i potrzeby.

      Zycze powodzenia.
      • sebalda Re: Spojrzenie z boku... 13.10.09, 15:43
        Nigdy nie moge pojąć jak można być za dobrym, a tym bardziej, jak można byc tak
        głupim/głupią, by nie doceniać dobroci partnerki/partnera. To patologia,
        margines. Jednak najczęściej jest tak, że coś jest na rzeczy, że złe reakcje są
        odpowiedzią na złe traktowanie. Nie mówimy tu znowu o przemocowcach (jednak
        najczęściej mężczyznach), którzy winą za swoje wybuchy agresji obarczają swoje
        kobiety, które w ich mniemaniu nie "chodziły jak w zegarku" i prowokowały te
        wybuchy. Ale to inna bajka. Chyba że tutaj mamy do czynienia z taką własnie
        kobietą, która tylko czeka na pretekst, żeby dokuczyć meżowi. Byłby to pierwszy
        taki przykład na tym forum, gdzie kobieta jest stroną agresywną wobec Bogu ducha
        winnego męża. Hmmmm, tylko dlaczego w takim razie ten mąż nadal się stara i
        cieszy się z tego światełka w tunelu?
        Drogi autorze wątku, czy rzeczywiście jesteś taki "za dobry" i nie widzisz
        żadnych swoich wad?
        • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 13.10.09, 18:22
          Brawo sebalda!!! Jesteś pierwszą, która pomyślała o drugiej stronie.
          W pierwszym poście od razu zaznaczyłem, że to moje subiektywne
          spojrzenie. Mam wady jak każdy.. Przy czym w niczym nie kałamłem.
          Esencją wątku była niemożność dogadania się i zrozumienia. Ja
          tłumaczyłem i chciałem być zrozumiany, żona nie dopytywała i
          roumiała to po swojemu opatrznie. Idziemy dalej, teraz upewniam się,
          czy zostałem zrozumiany tak jakie były moje intencje, bądź żona
          prosi o rozwinięcie tematu. Pozdrawiam.
          • miacasa Re: Spojrzenie z boku... 19.10.09, 13:16
            napisałeś:
            Nastąpiło przyporządkowanie wszystkich pozytywnych uczuć i emocji
            krążących w ognisku domowym koalicji matka-dziecko. Ja kumulowałem
            te emocje złe. Nie dość się w opinii żony angażowałem, nie dość
            litowłem się nad jej zmęczeniem, nie dość nadskakiwałem. Przy czym
            muszę wspomnieć, że gdy interesowałem się co i jak pomóc nie
            uzyskiwałem konkretnej odpowiedzi, a jakieś ogólniki, po których
            nadal byłem głupi. Poza tym bolało odstawienie na "boczny tor".

            To chyba sam sobie wiele spraw wyjaśniłeś, część powodów stanu rzeczy jest Ci
            znana ale nie uporałeś się z nimi i zbierasz teraz plony zasiane w tamtym
            okresie. Partnerstwo jest tu słowem kluczem, gdzieś przez skórę czujesz, że
            transformacja z niezależnej kobiety w żonę i matkę bez wystarczającego (choćby
            subiektywnie) wsparcia z Twojej strony nie przebiegła zbyt pomyślnie, utrwalając
            zniechęcenie żony do dzielenia życia z Tobą.
    • rapunzel1 Re: Spojrzenie z boku... 15.10.09, 09:24
      Może trzeba więcej niż jednego pocałunku aby obudzić twoją królewnę
      • ewcikm Re: Spojrzenie z boku... 16.10.09, 10:08
        Tymekoo, napisałeś, że z żoną mieliście, nadal macie podobny system
        wartości i myślę, ze to bardzo ważne. Macie problemy łózkowe i
        komunikacyjne. Nie wiem na ile te problemy łóżkowe wynikają z
        problemów komunikacyjnych. Ja bym się najpierw zajęła komunikacją w
        związku i poszła na terapię, ale taką, żebyście się nie "grzebali" w
        przeszłości, tylko nauczyli ze sobą rozmawiać. A następnie
        moglibyście się zająć seksem, choć być może dużo wyjaśnilibyście
        sobie dzięki lepszej komunikacji.
        Szukasz pomocy na forum, więc rozumiem, że zależy Ci na żonie.
        Niestety takie trwanie w zawieszeniu, kiedy nawet tylko jednej
        osobie jest źle (nie wiem, czy Twoja żona czuje się dobrze w Waszym
        związku)moze się skończyć rozpadem, bo oddalacie się od siebie. Te
        flirty, zeby wzbudzić w żonie zazdrość, nie wiem na ile są
        skuteczne. Powiedz szczerze, żonie, że Ci zależy i dlatego chcesz
        pójść z nią na terapię. Oddalacie się od siebie i niedługo może się
        okazać, że już nikomu nie zależy na tym związku (albo tylko Tobie
        nie zależy) i na terapię będzie za późno, bo bez chęci i uczuć u
        obojga partnerów terapia nie ma sensu. Poszukajcie terapeuty, który
        każdemu z Was będzie odpowiadał i do dzieła. Nie ma na co czekać,
        szkoda życia i męki wynikającej głownie z wzajemnego niezrozumienia.
        • tymekoo Re: Spojrzenie z boku... 26.10.09, 20:16
          No i było dwa tygodnie spokoju. Aż do dzisiaj. Wybuchło znów,
          oczywiście na tle teściowie. Poktótce to, co na tapecie: mamy
          niby "do dyspozycji" pokój w domu rodzinnym żony, z którego
          korzystamy dosyć często wyjeżdżając na weekendy. I wszystko było
          fajnie do momentu gdy zauważyłem, że teść podczas naszej
          nieobecności tam buszuje. Przegrzebane nasze rzeczy, poprzestawiane
          przedmioty, także zakręcony kaloryfer, przez co gdy zajechaliśmy
          pewnego razu w pokoju było 10 st.C. Przyznam, że poczułem się trochę
          nieswojo. Niestety mój wrdny charakter zbuntował się na tak jawne
          nieposznowanie prywatności i poprosiłem żonę o zabranie klucza,
          czyli dostępu do naszych rzeczy. Teść znów za jakiś czas poprosił o
          oddanie klucza, co też żona pomimo mych protestów uczyniła. I od
          tamtej sytuacji sprawa wisi, bo no cóż ja stwierdziłem, że na takich
          warunkach korzystać z tego pokoju nie będę, co żona mam mi za złe.
          Mam za dużo lat, by nie wymagać poszanowania dla mej intymności i
          prywatności. To znów wybuchło przy najmniejszej okazji. Nie wiem czy
          obiektywnie, czy subiektywnie, a wszystko mi jedno...
          • basia9989 Re: Spojrzenie z boku... 27.10.09, 19:32
            Witajcie.Przeczytałam wszystkie odpowiedzi zgadzam się co z niektórymi lecz uwage zwróciłam na ostatnia wypowiedz woja tymekoo.Poprostu tak by postapił moj maż jak ty postapiłes.On też nie lubi jak cos robi sie za jego plecami.Hmmm moja rada porozmawiaj szczerze z zona bo juz wiecej do rodzicow cię nie wezmie:)Taki troche żart z mojej strony.Pozdrawiam
Inne wątki na temat:
Pełna wersja