tymekoo
10.10.09, 17:47
Witam. Debiutuję na tym forum szukając porady, nowego spojrzenia,
bądź też utwierdzenia we własnych opiniach. Sam "doszedłem do
ściany" w próbach uzdrowienia (uratowania) swego małżeństwa.
Jesteśmy ponad dziesięc lat po ślubie, mamy potomstwo. Pierwsze
zgrzyty zaczęły się właściwie od dnia ślubu. Dotyczyły spraw
łóżkowych. Żona, będąc jeszcze narzeczoną postawiła sprawę jasno -
seks po ślubie, uszanowałem to (nie kryjąc oczekiwań - prawiczkiem
nie byłem). Zaznaczę, że nic nie wskazywało, iż po tej magicznej
dacie będzie równie sucho. A było; tylko na moją wraźną inicjatywę i
bez zbytniego zaangażowania. Po prostu seksu mogłoby nie być. A
jeśli już był to bez spontaniczności, raczej z koniecznej
przyzwoitości. Jakoś odsunąłem to w świadomości na 10 lat, bo
obiektywnie muszę przyznać, ze od jakiegoś czasu żona zdobyła się na
inicjowanie zbliżeń, choć polotu w tym brak, a emocji niewiele. Mimo
to od czasu do czasu wraca, zwłaszcza, że poprawa nastąpiła po
podsunięciu przeze mnie do pocztania forum Gazety "Brak seksu w
małżeństwie", a gdy ja o tym mówiłem to jakoś spływało, a wręcz żona
miała do mnie pretensje, bo co Ona ma zrobić jak nie chce, nie umie.
Moja potrzeba, mój problem. Fakt, gdy inicjowałem nie odtrącała
mnie, ale no żesz dla mnie to było przede wszystkim frustrujące i
pozostwiające poczucie niespełnienia przede wszystkim emocjonalnego.
Również dość szybko dotarło do mnie, że żona nie potrafi rozmawiać
na drażliwe tematy. Wszelkie moje sygnały i sugestie, że coś mi nie
pasuje były przemilczane lub skwitowane, że się czepiam (moim
zdaniem wyniesione z domu rodzinnego, gdzie jak po czasie
zaobserwowałem panuje system zadaniowo-rozdzielczy). Taka osobowość,
problemy zamiata się pod dywan, nie rozwiązuje tylko wycisza. I tak
upłynęło kilka lat, aż pojawiło się dziecko poprzedzone o dziwo
intensywnymi spotkaniami łóżkowymi włącznie z inicjacją żony.
Nastąpiło przyporządkowanie wszystkich pozytywnych uczuć i emocji
krążących w ognisku domowym koalicji matka-dziecko. Ja kumulowałem
te emocje złe. Nie dość się w opinii żony angażowałem, nie dość
litowłem się nad jej zmęczeniem, nie dość nadskakiwałem. Przy czym
muszę wspomnieć, że gdy interesowałem się co i jak pomóc nie
uzyskiwałem konkretnej odpowiedzi, a jakieś ogólniki, po których
nadal byłem głupi. Poza tym bolało odstawienie na "boczny tor".
Jakoś się kręciło, jakoś była nadzieja na lepsze jutro. Ale to w
bajkach. W rzeczywistości było coraz gorzej. Coraz mniejsze
drobiazgi powodowały scysje. Na początku były próby rozmów, które
chwilowo łagodziły problemy, ale ich nie rozwiązywały. Nie
potrafiłem nakłonić żony do rzeczowej rozmowy z konkretną
argumentacją i przedstawieniem własnego stanowiska prowadzącej do
wypracowania jakiegoś kompromisu, żona jest osobą kumulującą w sobie
negatywne uczucia,a niepotrafiącą o nich rozmawiać. Gdy emocje wezmą
górę następuje erupcja z archeologią, "a 10 lat temu, a wtedy, a ty,
itd, takie odbijanie piłeczki) Próbowałem nauczyć Ją mówić "nie
podoba mie się to i to...", "chciałabym tak...". Kurcze, nauczyła
się ale w trybie roszczeniowym, a nie otwierającym dyskusję. W tej
chwili owo "chciałabym" znaczy dosłownie to co znaczy, nie ma trybu
odwoławczego. Jakakolwiek moja argumentacja jest agresywnie ucinana,
wyśmiewana i co najważniejsze nie ma kontrargumentacji, ewentualnie
stwierdzenie, że ja chciałbym rządzić.
I tym konczą się wszelkie moje próby porozumienia. Od dłuższego
czasu to ja inicjuję jakies próby porozumienia,rozmowy. A teraz po
prostu obiektywnie doszedłem do wniosku, że nic więcej nie potrafię.
Być może trudno sobie wyobrazić komuś, kto tego nie doświadczył, ale
tak jest. Każde słowo, zdanie, które wypowiem, jest interpretowane
przez żonę w negatywnym kontekście. Nie próbuje sprecyzować co
miałem na myśli tylko z gruntu przyjmuje najbardziej negatywny
kontekst wypowiedzi. Ma do mnie wściekłą niechęć, żal i nie wiem co
jeszcze. Nie wiem, bo nigdy nie dała mi szansy zastanowioenia się
nie mówiąc o co konkretnie chodzi, powinienem chyba czytać w
myślach, a z drugiej strony moje mówienie generowało kłótnie i moje
frustracje, że bliska osoba nie jest zainteresowana moimi
odczuciami. O terapi małżeńskiej owszem myślałem, lecz mam w pamięci
wysuwane sugestie o wizycie u seksuologa, która nigdy się nie
odbyła. Istotnym również są relacje na linii my - teściowie. Są złe
z racji różnic mentalności wiejsko-miejskich i nie tylko, ale to już
inny temat. I tak rozpisałem się strasznie przedstawiając swój punkt
widzenia, oczywiście subiektywnie czego mam świadomość.
Jeśli ktoś dotarł szczęśliwie do końca to proszę o wyważone opinie i
sugestie.