drzo
14.10.09, 20:31
z matką nie miałam od dawna (może nigdy?) dobrych relacji. Ale były
długo przyzwoite. Pewnie nie jestem obiektywna w ocenie powodów tych
kiepskich relacji, ale wiem, że zawsze łaknęłam jej akceptacji,
uczucia - i zawsze ich było za mało. Matka ma własne "piekła", jest
córką alkoholika, zawsze była nerwowa i wybuchowa, wymagająca. A
teraz jest ciągle nieszczęśliwa, z tysiąca powodów. Stale narzeka,
krytykuje (z wielką pasją) i ma za złe.
Potrafiła uderzyć nastolatkę (czy nawet jeszcze nie nastolatkę) w
twarz (że gwiazdy latały itp, itd. Ja pewnie tez do tych
najłatwiejszych nie należę, choćby z tego powodu, że z upływem lat
jako jedyna spośród rodzeństwa coraz bardziej się buntowałam i
usuwałam spod jej wpływów, potrafiłam przeciwstawić (choćby
biernie), mówiłam jej wprost (a im starsza jestem tym śmielej), że
nie ma racji.
Jako osoba dorosła, wybrałam mieszkanie z daleka od niej. Rzadko się
odwiedzamy, równiez pod wpływem mojego męża, który - jak to mąż - na
to ochoty nie ma, a samej mnie nie puszcza. Ale wiadomo - jakby więź
między nami była inna, sama bym lgnęła do rodzinnego domu.
Wnuki do babci nie jeżdżą, babcia się do nich też szczególnie nie
wyrywa.
No, miała czasem zrywy, że wypadałoby mi pomóc, ze chciałaby. No
właśnie - nie wiem, na ile wypadałoby, na ile by chciała. Wszystko
jedno, w każdym razie na swoich warunkach. Spędziła więc parę
miesięcy temu u mnie w domu jakiś czas (pierwszy raz od wielu lat),
w celu pomocy, oczywiście nieustannie krytykując i komentując
wszystko co robię, jak się ubieram, jak żyję, jak pracuję itp. Jej
komentarze bywają nieprzyjemne. Na dodatek, jak mówi o kimś (np. o
innym swoim dziecku, o wnuku), którego zachowanie jej się nie
podoba, mówi to z taką agresją, że wygląda to jak nienawiść.
Strasznie mnie to drażni i boli, nie chcę tego wysłuchiwać.
To było nieuniknione, że się w końcu, w czasie jej pobytu
ścięłyśmy. Nawet nie pamiętam o co, pewnie o to jej
komentowanie: "a po co ty tak to robisz, to trzeba inaczej, a w
ogóle to źle i tamto źle". W końcu mi dowaliła na oślep, że w ogóle
to szkoda dla mnie tych dzieci i męża.
Zabolało i coś pękło. Straciłam dla niej uczucia - tak to mogę
określić. Zmuszam się, żeby zadzwonić, udając, że formalnie
wszystko jest ok. Ale to jest zmuszanie się. Nie ma we mnie
serdeczności. Poczucie obowiązku -tak, owszem, jest. Ale jest silny
uraz. Matka czuje, ze nie jest ok, szczebioce "kochanie itp" jak
dzwonię, a mnie się niedobrze robi jak to słyszę. Bo wiem, że to
pozór i nie widzę jego celu. Nie rozmawiałyśmy na temat tamtej
kłótni, zresztą po co? Jeśli bym zaczęła, na pewno by mnie
ochrzaniała, jaką to jej krzywdę zrobiłam (nie wiem czym, chyba tym,
że się z nią nie zgadzam we wszystkim, że prosiłam płącząc, żeby mi
już dała spokój, z tym czepianiem się mnie), jaka to nieszcześliwa
jest itp. No to po co mam probować? Zeby mnie dalej raniła? A ona?
Nie ma nawet pomysłu, zeby próbować.
I nawet mnie już to nie dręczy (choć boli), że nie mam matki, że nie
mam wsparcia w niej, ze nie mogę zadzwonić do niej z problemem (o
Boże broń! Ja nawet nie chcę, jest chyba przedostatnią osobą, której
miałabym ochotę się zwierzać - cokolwiek bym powiedziała wszystko
zostałoby użyte przeciwko mnie i jeszcze oplotkowane). Dręczy mnie
tylko lekko (zaznaczam) sumienie, bo sama też jestem matką. Jeśli
byłby to ktoś inny to po prostu z taką osobą w ogóle bym nie
utrzymywała kontaktów. Ale to matka. No i mnie by bolało, jakby
dziecko ode mnie uciekło. Ale czy naprawdę muszę się przemóc? I
wystawić na kolejne urazy?
Nie mówię, że jest złą osobą. Nie, wiem, że ma swoje dobre strony i
w gruncie rzeczy jest przyzwoitym człowiekiem. Ale mnie rani.
Bardzo. A ja nie chcę być raniona. A zmienić naszych relacji nie
potrafię. Czy naprawdę powinnam? Bo to matka?
Najbardziej się boję, że mogę być do niej podobna i swoim dzieciom
robić krzywdę...:(