makbyt
16.11.09, 10:42
Mam 35lat ,samotnie wychowuję dziecko. Na pomoc od eksa niestety nie mam co liczyć. NIESTETY, na pomoc matki która jest na emeryturze i dodatkowo pracuje oraz babci która jest tylko na emeryturze też mi ciężko liczyć. Pracuję w wolnym zawodzie więc mogę pracowac w domu.
Przez pierwsze 3 lata mojego dziecka , płaciłam niani, ani babcia ani prababcia nawet na spacer z córką nie wychodziły. One tłumaczą swoje zachowanie poczuciem strachu o taką małą istotkę. Od 3 lat dziecko chodzi do pzredszkola. I niestety choruje. Od września do maja mam praktycznie nonstop chore dziecko. W tym roku to nawet zaliczyłam zapalenie stawów co wiąże się z noszeniem 20kg dziecka bo miała zakaz chodzenia. Ani jedna ani druga nie poszły choć raz na spacer z moim dzieckiem mimo że była możliwość wożenia w wózku.
Pzrechodzę do sedna. Mam od czwartku znowuż chore dziecko, antybiotyk i 7 dni w domu. No i jak zwykle żadna z nich nie pyta i nawet nie uważa że trzeba mi pomóc czyli sprawa ZOSTANIA W DOMU Z DZIECKIEM. Jestem pracą zmęczona, wykończona i rozdrazniona. Codziennie wstaję koło 4tej żeby wprowadzać do komputera. Codziennie budząc się nie wiem czy pójdę do pracy czy znowuż bedę z dzieckiem w domu. Chciałabym iść do pracy na etat ale ja nawet nie mam jak bo one mi nic nie pomagają. Zadzwoniłam do jednej , mojej 77letniej babci która jest osobą sprawną (właśnie sobie pypcia z nosa usunęła bo jej przeszkadzał) i się pytam czy zostanie z córką to ona zdziwiona że przeciez może iść do przedszkola. Moja mama mówi że oczywiście spróbuje wziąść urlop tylko że mogłam wcześniej powiedzieć. Z dzieckiem byłam w czwartek u lekarza , obydwie wiedziały że ma antybiotyk. I co, znowuż musze prosić. Czy w innych rodzinach też tak jest? Że trzeba o wszytko prosić. Ja już naprawdę nie mam siły: prosić i dziękować. Dla mnie to nie jest normalne.