aga.1977
26.11.09, 10:09
Chcialabym sie po prostu wygadac bo nie moge dluzej tego w sobie
dusic, jak to pisze to lzy leca mi po policzkach, serce wali jak nie
wiem juz sama co, rece drza, glowa peka od myslenia. Mam potworne
wyrzuty sumienia, a moze nie sa to wyrzuty, moze ja po prostu po raz
1 w zyciu zrobilam inaczej niz do tej pory. Zawsze postepowalam tak
jak mi kazano, jak wypada, jak nalezy. Odkad mam dzieci uwazam ze
moim obowiazkiem jest czynic tak aby je chronic, ale czy za wszelka
cene? Za cene poczucia ze odmawia sie pomocy innym? Sam Bog tylko
wie co powinna zrobic. Blagam pomozce mi sie z tym uporac, bo sama
nie potrafie.
Juz pisze o co chodzi.
Mam starszego o 7 lat brata ktory ma 3 starszych juz dzieci. Ja sama
posiadam dwojke - syn 22 m-ce i corka 8 m-cy. W ubiegla sobote
odwiedzilam brata z mezem i dziecmi w ich domu. Mojej bratowej nie
bylo, jak powiedzial mi brat pojechala do lekarza z jedna z ich
corek bo sie pochorowala. Zostalismy na herbate, gadalismy - bylo
bardzo milo. Zawsze lubie do nich chodzic bo czuje sie tam takie
rodzinne cieplo, spokoj, fajny dom... W pewnym momencie wrocila moja
bratowa z corka i oznajmila ze mala jest chora na grype tylko nie
wiadomo na ktora, sezonowa czy A/N1H1! Nie powiem przerazilam sie
nie na zarty. Ich chora corka poszla do siebie i nie mielismy z nia
bezposredniego kontaktu. Bratowa umyla rece i dolaczyla do nas.
Chcialam uciekac od nich ale poprosili zebysmy zostali na obiedzie,
ze jak sie maja zarazic to i tak juz sie zarazili. To byl moj blad -
po dluzszym zastanowieniu - zostalismy. Nie powinnam tego robic,
teraz to wiem. Po obiedzie, brat odwiozl nas autem do domu. To byla
sobota. W niedziele syn mial juz katar, lekki stan podgoraczkowy,
corce objawy nasiliy sie w srode - gigantyczny katar, ktory leci jej
tez oczami. Na szczescie nie maja kaszlu wiec jak na razie sa po
prostu przeziebieni. Nie wiem gdzie sie tego dorobili ale moge miec
podejrzenie ze u brata, gdyz tam jest zawsze chlodno w domu a moje
maluchy nie sa przyzwyczajone do tego typu warunkow. W moim domu
jest zawsze duzo duzo cieplej. W miedzyczasie dzwonilam do bratowej
i pytalam o stan zdrowia ich corki, bylo srednio. Miala bardzo
wysoka goraczke, drgawki, nawet im radzialam zeby moze ja do szpiata
zawiezli zeby ja zbadali. Wspomialam tez ze nasze maluchy sa
przeziebione, ze jednak nasze spotaknie odbilo sie na nich. Ja z
mezem trzymamy sie niezle jak na razie. We wtorek wieczorem
zadzwonila bratowa ze byla z corka u lekarza i ze kazal jej banki
stwaiac, bo nie chce jej dawac antybiotyku. Banki maja moi rodzice w
domu (brat mial po nie jechac) i moja mama kotra przebywa u mnie
(pomaga mi przy dzieciach) miala pojechac do brata i postawic malej
te banki. Do tej pory bylo wszystko ok. I tu pojawil sie problem,
przez ktory ja nie moge spac, normalnie myslec i chodze ogolnie
bardzo przybita. Kiedy brat kazal sie ubierac mamie zapytalam czy to
jest dobry pomysl aby mama do nich jechala, bo skoro ich mala ma
grype to przeciez mama moze ja na sobie do nas przyniesc. Dodam ze
mama sama jest troche podziebiona i moglaby latwo wirusa zlapac. Moj
brat jak wyczulam w glosie obrazil sie natychmiast i powiedzial ze
da znac co dalej. Za chwile ja zadzwonilam do bratowej chcac
dowiedziec sie co jest ich malej i czy aby nie zarazi mamy a ta
moich dzieci. Bratowa zbyla mnie mowiac ze przeciez bylismy u nich i
nic nam nie jest. Nagle jakby zapomniala ze moje dzieci sa po
sobotnim spotkaniu przeziebione. Dodala ze sami sobie poradza i
rozlaczyla sie. Ja w tym momencie poczulam sie jakbym odmowila
pomocy dziecku. Probujac chronic swoje dzieci przez grypa odmowilam
im pomocy. Szybko zareagowalam i powiedzialam mamie (ona byla teraz
miedzy mlotem a kowadlem) zeby pojechala do nich, postawila banki i
niech ja odwiaza do jej domu a ja wezme zwonienie i posiedze ze
swoimi dzieciakami. Tak taz mama uczynila, zadzwonila to brata ale
ten juz nie chcial pomocy, glos mial obrazony, uwral rozmowe i
jeszcze dodal ze nie ma czasu na moralne debaty - mama wspomniala mu
jak ja sie teraz czuje. Dalam im mozliwosc pomocy ale bylo juz za
pozno. Poczulam sie jeszcze gorzej. Boje sie teraz rozmawiac z
bratem o tym bo zapewne walnie mi moralna gadke na ktora nie mam
sily - zawsze tak robil swoja droga. Ja jestem slaba psychicznie i
latwo biore wszysko do siebie. Ta sytuacja mnie naprawde przerosla,
nie umiem sobie z tym poradzic. Calymi nocami i dniami o tym mysle
do tego stopnia ze nie moge skupic sie na pracy czy na czytaniu
glupiej ksiazki. Boze co ja mam zrobic?! Chcialam bronic swoich
dzieci bo uwazam to za moj obowiazek. Prosze niech ktos cos mi
doradzi. Czy nie mialam prawa tak postepowac? Czemu oni nie chca
postawic sie na moim miejscu? Czemu nie pomysla jak oni by
zareagowali i czy tak latwo by poswiecili zdrowie swoich dzieci?
Dodam tylko ze banki postawila w koncu kolezanka bratowej i mala ma
sie juz lepiej - zapytalam smsem brata o to. Na rozmowe nie mam
odwagi, tylko czemu? Czemu drecza mnie te cholerne wyrzuty sumienia,
czemu czuje sie jakym popelnila przestepstwo, czy ja faktycznie
powinnam byc potepiona?! Przeciez panuje grypa czy nie mam prawa
bronic przed nia swoich dzieci?