mutabilis
05.12.09, 11:04
Znowu to samo, znowu dałam się nabrać.
Odkąd pamiętam moja mama była osobą chwiejną, słabą, raz w depresji
raz wściekła. W międzyczasie potrafiła być tzw. "świetną babką" do
pogadania o wszystkim i w ogóle.
Zawze też była cholernie zasdrosna. Nie mogłam nigdy lubić żadnej
nauczycielki czy mamy koleżanki, bo moja mama zawsze sie wtedy
obrażała.
W stosunku do niej miałam ciagłą mieszaninę przykrych uczuć -
poczucia winy, poczucia krzywdy, żalu, złości, przywiązania.
Potrzebowałam kilku lat terapii i wyprowadzki do innego miasta, żeby
stanąć na nogi i w miarę spokojnie założyć rodzinę.
Między nami są takie dwie linie kontaktu - taki codzienny -
"normalny", raczej bliski, z telefonami, pogaduszkami itd i te
drugi, o ktorym nie mowię wprost (nigdy nie mogłam mówić wprost, bo
był foch).
W tej normalnej linii kontaktow mama dużo mi pomaga przy pierwszym
dziecku, jest oddana i taka "fajna".
Ale trwa to kilka dni, kilka tygodni i potem coś się dzieje i jest
akcja - obrażam się, wyjeżdżam/zabieraj dziecko.
Zawsze jest tak samo. Mama zapowiada przyjazd, wszyscy się cieszą
jak na wizytę św Mikołaja i trochę to tak wygląda. Prezenty, jakieś
wielkie obiady, zakupy, sprzątanie - choć nikt w sumie jej o to nie
prosi, wystarczy, że po prostu będzie.
Bardzo szybko coś ją urazi, mama pakuje się i wyjeżdza. Potem jakiś
czas ma depresję, bierze środki uspokajające, płacze, popija wino.
Rodzina dzwoni z pretensjami, co ja jej znowu zrobiłam. I moje
poczucie krzywdy natychmiast zamienia się w poczucie winy.
Przy okazji pierwszego porodu mama przyjechała bć ze mną, ale akurat
przeżywała jakiś burzliwy romans, ciągle płakała, opowiadała o tym
facecie, ćpała relanium i miałam poczucie, że mam dwojkę dzieci.
Takich sytuacji było mnóstwo.
Parę dni temu urodził się mój drugi synek i znowu dałam się nabrać.
Mama zapowiedziała, że przyjedzie na trzy tygodnie, bo jestem po
operacji, trzylatek, mąż w pracy od 8 do 20 i nie ukrywam - pomoc
jest niezbędna, przynajmniej parę dni.
Ale wczoraj mój trzylatek nie chciał dać jej buzi na dobranoc - mama
juz bieg do łazienki, woda się leje - wiadomo, rozpacza.
Potem wyszła i oznajmiła, że się czuje jak cyt. "wrzód na dupie" i
już nie pierwszy raz mój syn ( TRZY LATEK) sprowadził ją do parteru!!
I że jutro rano wyjeżdża.
Nie wytrzymała nawet tygodnia...
A ja znowu czuję złość, żal, poczucie krzywdy i straszne poczucie
winy, że coś powiedziałam nie tak, zrobiłam nie tak. Masakra.
Trudno jest mi nazawać konkretnie problem.
Ale chyba jest nim to, że nie mogę już wytrzymać tych uczuć.
Wprost mojej mamie nic nie da się powiedzieć, bo wtedy jest na
granicy samobójstwa niemal. Mówiłam wiele razy, ze nie musi się
poswiećać i pomagać, niech tylko sobie jest, ale ona chyba nie
potrafi inaczej, a ja ciągle daję się nabrać, że tym razem będzie
inaczej...