nora_35
19.01.10, 12:11
Jestem mężatką od 11 lat, w tym związku od 14. Mamy 10-letnia córkę. Na
zewnątrz nasz związek wyglądał na idealny, obydwoje o to dbaliśmy. Mąż to
typowy egoista i obsesor – owładnięty wielką ale chorobliwą miłością,
strasznie zazdrosny, zaborczy, kontrolujący mnie na każdym kroku, traktujący
mnie jak swoja własność. Często mnie wyzywał używając najgorszych wulgaryzmów.
Najczęściej zdarzało się to wówczas gdy np. odmawiałam sexu lub wg niego byłam
nieczuła, wówczas w najgorszych epitetach trafiał do mnie przekaz, że robiłam
to pewnie z innymi i dlatego nie chce teraz z nim. Do tego potrafił mnie mocno
szarpnąć, popchnąć, ścisnąć lub wykręcić ręce, a ostatnio nawet uderzyć… Po
takiej „akcji” przytulał, przepraszał i twierdził, że to dlatego, że „tak
bardzo mnie kocha”… Zadaję sobie pytanie dlaczego tak długo w tym tkwiłam,
dlaczego sobie pozwalałam na takie upokorzenia, zwłaszcza, ze jestem kobietą
atrakcyjną, wykształconą, zaradną i niezależną finansowo i tak naprawdę to ja
byłam głową i filarem tej rodziny. Może dlatego, ze po takich incydentach były
miesiące „miodowe”, w których potrafił być naprawdę cudowny i kochający.
Próbowałam rozmawiać, mówiłam jak bardzo jego zachowanie mnie boli, jak
upokarza, prosiłam by się zmienił, chciałam byśmy poszli na jakąś terapię. Ale
bez skutku, ciągle słyszałam, ze z nim jest wszystko ok. tylko ja mam
pomieszane w głowie i chciałabym nie wiadomo czego. W pewnym momencie
powiedziałam KONIEC i DOŚĆ. Byłam strasznie zdeterminowana i obiecałam sobie,
że tym razem nie dam się złamać i nie nabiorę się na czułe słówka, prosiłam by
się wyprowadził. Kryzys trwał ponad 3 miesiące podczas których mąż zachowywał
się chwilami nieobliczalnie, trafiając na mur z mojej strony imał się
najgorszych metod – były prośby i błagania potem groźby, szantaże a nawet
przemoc. Mówił, że przeze mnie strasznie cierpi, że tego nie zniesie a nawet
że się zabije a ja będę za to odpowiedzialna. Nie potrafiłam z nim być ale tez
nie umiałam odejść. W końcu to ja zaczęłam chodzić do psychologa bo przestałam
sobie z tym radzić. Wreszcie on się wyciszył, zaczęliśmy nawet w miarę
normalnie i logicznie rozmawiać, pomimo swojej determinacji zaczęłam myśleć,
że może jednak coś zrozumiał i że może powinnam dać mu jeszcze szansę... Cały
czas zapewniał o swojej wielkiej miłości po czym okazało się, że jego
wyciszenie miało zgoła inna przyczynę. Otóż znalazł pocieszenie i „bratnią
duszę” w koleżance z pracy. Odkryłam to przypadkiem a w końcu sam się
przyznał. Były czułe sms-y, maile, kilka krótkich spotkań. Przysięgał, że do
niczego między nimi nie doszło (może jestem naiwną idiotką ale jednak w to
wierzę – jest zbyt dużym tchórzem). Powiedział, że to moja wina bo go
odrzuciłam a on tak strasznie cierpiał (skończony egoista!) a ten flirt
złagodził jego cierpienia. Czasami myślałam, ze jakby sobie kogoś znalazł to
może nawet by mi w jakiś sposób ulżyło bo łatwiej byłoby się rozstać ale
myliłam się, zabolało i to bardzo… Teraz mówi, że z TYM skończył (chociaż
wiem, ze i tak się kontaktują – w końcu razem pracują), że chce wszystko
naprawić i nadal mnie kocha. Tylko ja mam wrażenie, że on w ogóle nie rozumie
znaczenia tych słów. Zwłaszcza, ze to co mówi i jak się zachowuje po tym
wszystkim świadczy o tym, że tak naprawdę to nic nie zrozumiał i to on czuje
się ofiarą. Powinnam ten incydent potraktować jako gwóźdź do trumny naszego
małżeństwa i bez żalu odejść, dlaczego nie potrafię tego zrobić? Wydaje mi
się, że jestem w jakiś sposób od niego uzależniona ale czy to jeszcze miłość?
Czy warto poświęcać się dla kogoś kto tak naprawdę kocha tylko siebie i wiem,
ze nigdy się nie zmieni?