Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się ratować?

19.01.10, 13:48
Wydaje mi się że powinnam...dla samej siebie..
Mam 28 lat. Wyszłam za mąż 2 lata temu z wielkiej miłości,
mój mąż wydawał mi się osobą tolerancyjną, spokojną, opiekuńczą.
Teraz właściwie nie ma dnia żebym nie usłyszała zdania typu
"dlaczego nie ma wody w dzbanku w kuchni!? przecież nalewałem! tyle razy Ci mówiłem żebys nalewała czy to tak trudno zrozumieć?!"
Nie mieszkamy sami, ja pracuję, nie mam możliwości monitorowania stanu wody w dzbanku non stop...
albo... - "prosiłem cie zebys wstawiała obiad? nie można było mnie zapytać, to tak trudno??" po czym mój przyprawiony, wstawiony na patelnię kurczak ląduje w misce.

Ostatnio kiedy zażartowałam że ciągle chodzę zamyślona i mogłabym być filozofem usłyszałam że do tego trzeba studia skończyć, trzeba dużo czytać, a kim ja w ogóle jestem że tak mówię? I że tacy filozofowie jak ja to kończą w psychiatryku!"
Zatkało mnie. W życiu by mi do głowy nie przyszło żeby drugiemu człowiekowi coś takiego powiedzieć...
Mój mąż powiedział mi też kiedyś w nerwach że gdybym była szczuplejsza to może częściej by się ze mną kochał, i że gratuluje mi jeśli uważam że wyglądam jak baletnica!
Potem za to przeprosił, powiedział że on tylko chciał żebym dla zdrowia chodziła na siłownię itd.
Problem w tym że mnie się wydaje że ja się podobam facetom, że jestem atrakcyjną kobieta. Nie jestem pulchna, choć mam kobiecą sylwetkę. A nawet gdybym była to co z tego? Co to ma do miłości i kochania drugiego człowieka???
W życiu nie przypuszczałam że będę miała męża który będzie się ze mną kochał raz na 2 miesiące i jeszcze mi powie że jestem za gruba żeby mnie kochać...
To było w tamtym roku, ale jakaś taka zadra w sercu po tym mi została. Źle się przy nim czuje, cały czas mam wrażenie że on mnie ocenia, że myśli sobie o mnie źle...
To wszystko razem sprawia że czuję w sobie potrzebę ucieczki i ratowania siebie samej.
Staram się żeby w domu było miło, staram się pięknie wyglądać, staram się żeby mój mąż był szczęśliwy, żeby czuł się kochany ale co z tego...
Próbowałam ratować ten związek wiele razy ale to chyba nie ma sensu.
A może to ze mną jest coś nie tak, może ludzie tak ze sobą rozmawiają.. może to jest normalne...?
Bo mój mąż uważa że jest ok, że on może wyrazić swoje zdanie, że to ja jestem chisteryczka i że powinnam coś ze sobą zrobić!
    • poznan_ianka Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 13:59
      Ratuj się, póki dzieci nie macie. Czy on czasem nie jest DDA?
    • demonsbaby Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:03
      to agresor, ewidentnie. pan chyba lubi mieć wszystko pod kontrolą i pod taką
      próbuje Ciebie dopasować. Bez dwóch zdań, powoli wykończy Ciebie psychicznie.
      "Fantastycznie" zaczął wpływać na twoją samoocenę. Czy przypadkiem pan mąż nie
      jest otoczony gronem przyjaciół, nie odgrywa roli "duszy towarzystwa"? Ujął Cię
      niesamowitym urokiem osobistym albo super zaradnością w życiu, organizacją,
      porządkiem, etc? Pytam, ponieważ podobnie zachowują się ludzie identyfikowani z
      psychopatami. Wybacz, ale to przez co przechodzisz, nie jest normalne, a facet
      powoli aczkolwiek skutecznie stara się wdrażać przemoc psychiczną w domu.
    • kicia031 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:10
      Moze na poczatek w ramach staran o zwiazek postaraj sie postawic
      granice. Po co mezowi goptujesz, wytlumacz mi, zwlaszcza jesli to
      nie jest doceniane.
      Co do dzbanka, krotka pilka - chcesz by woda byla w dzbanku, to sam
      tego pilnuj, kochanie, ja nie mam na to czasu.

      Zacznij siebie szanowac, a mozesz liczyc na podobny szacunek ze
      strony meza - oczywiscie nie ma gwarancji, ale jest spora szansa.
    • rumpa Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:13
      wykop go, to psychol
      • blue-sunny Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:31
        Kiciu, masz rację, ale ja już tłumaczyłam.
        Nawet dokładnie tymi samymi słowami...
        Ale jeśli jedną sprawę zamykam pojawia się inny "problem"
        czasami paradoksalnie durny jak np. to że wymienię pościel
        w naszym łóżku a on zaplanował za 2 dni! I przecież mogłam
        go o to spytać...
        Albo ... ja nie chcę żeby pod materacem na którym śpimy biegły kable od komputerów itd. i mówię mu że to niezdrowo.
        A na to słyszę że opowiadam bzdury i że jakaś niedouczona jestem, i że w ogóle on sie dziwi że mi nie wstyd takie głupoty opowiadać...

        Może o tak ale powiedziałam mu że w związku trzeba się liczyć
        też z drugim człowiekiem bo coś co dla niego jest bzdurą
        dla mnie może być ważne...

        Z szacunko so siebie czuję że powinnam odejść.
        Tylko kiedy w grę wchodzą emocje i uczucia nie jest to takie najprostrze.
        • kicia031 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 15:28
          Kiciu, masz rację, ale ja już tłumaczyłam.
          > Nawet dokładnie tymi samymi słowami

          Wcale nie masz tlumaczyc. Masz krotko i wezlowato powiedziec, ze
          sobie takiego zachowania nie zyczysz i koniec rozmowy.

          Posciel - krotka odpowiedz - zdecydowalam, ze wymieniam teraz.
          Nastepnym razem ty wymienisz, kiedy bedziesz chcial.

          Jest mnostwo ludzi, ktorzy - ze wzgledu na wzorce wyniesione z domu
          lubia sie czepiac szcegolow. Trzeba zdecydowanie dac temu odpor.

          Masz problemy z samoocena, to widac, czujesz ze musisz stawac na
          rzesach, by dogodzic facetowi, podczas gdy powinno byc dokladnie
          odwrotnie.
    • blue-sunny Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:26
      Dziękuję Wam za odpowiedzi.

      Mój mąż nie jest DDA ale jest obcokrajowcem
      zza wchodniej granicy, więc lubi się napić.
      Bywa duszą towarzystwa ale tylko po alkoholu.
      Jest raczej zamkiety w sobie, nieśmiały, poważny.
      W Polsce ma kilkoro znajomych ale nie jest typem "gwiazdy".
      Powiedziałabym że jest raczej samotnikiem.

      Kiedyś tak do mnie nie mówił, teraz krytykuje mnie często.
      Wmawia mi się jestem głupia, że jestem bierna w życiu, że nie robię zawrotnej kariery, że jestem za wrażliwa i że powinnam coś ze sobą wreszcie zrobić...
      Twierdzi że wizualnie mu się "podobam bardzo" ale ja czuję przymus zrobienia z siebie modelki żeby na prawdę był zachwycony.
      Jednaym słowem czuję że muszę dużo zmienić żeby był zadowolony.

      On sam nie ma w życiu większych osiągnięć, to raczej ja mu pomogłam, wyratowałam go w opresji. Znalazł pod moim skrzydłami schronienie, zawsze wiedział że może na mnie liczyć... a teraz jestem tylko głupią niedouczoną kobietą - "ciocią przed 30 która nic nie ma" jak to on mówi...
      Mam wrażenie że on wyładowuje się na mnie za to że ma 37 lat i nic w życiu nie osiągnął.
      Tylko że ja mu zawsze mówiłam "nie martw się poradzisz sobie!"
      A u niego się przeplata "kim ty w ogóle jesteś!?" z "Kocham cie! poradzimy sobie, wszytsko bedzie ok" - na przeprosiny.

      A może nie powinnam odchodzić?
      Ale... ja już sie starałam być wyrozumiała... zrozumieć że to jest człowiek który sam ma kłopoty i zachowuje się tak bo nie może sobie sam poradzić z własnym życiem.
      Ja też mam kłopoty, byle jaką pracę za groszę ponieważ po wypadku straciłam możliwość wykonywania zawodu, ale... nie krytykuję go za własne kłopoty...

    • mruwa9 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 14:27
      to psychopata. uciekaj, chyba, ze czujesz sie an silach, zeby go
      wychowac (jak juz wyzej padly sugestie): wody nie ma? prosze bardzo,
      nalej, masz tak samo 2 rece, jak ja. Obiad? prosze bardzo, wykaz sie
      i ugotuj cos pysznego.
      Ale mysle, ze to stracona walka, bo facet zneca sie nad Toba
      psychicznie. Zmykaj, poki jeszcze masz sily.
      • sebalda Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 15:05
        To typowe cechy frustrata. Człowiek, który jest niezadowolony z siebie, z pracy,
        z własnych osiągnięć, a właściwie ich braku, często tak odreagowuje. Choćbyś się
        nie wiem jak starała, choćbyś na rzęsach stawała, on zawsze znajdzie powód, żeby
        się na Tobie wyżyć. Gdy pojawią się dzieci, z dużym prawodopodobieństwem można
        przyjąć, że i na nich bedzie odreagowywał stresy. No i pewnie będzie zazdrosny o
        Twoją do nich miłość. Ciekawe, że taki osobnik nigdy nie odreagowuje na szefie,
        na znajomych, na własnych rodzicach. Przy nich jakoś się umie postarac i liczyć
        z ich uczuciami; zdobyta, bezwolna żona już może za to świetnie posłużyć do
        wyżywania się za własne nieudane życie. To stąd jego dobre traktowanie Cię przed
        ślubem, dopóki mogłaś się jeszcze rozmyślić i w każdej chwili odejść.
        Mieszkaliście razem przed ślubem?
        Ja chyba też doradzałabym ucieczkę, chyba że udałoby Ci się postawić wyraźne
        granice. Nie wolno mu ranić Twoich uczuć, wykorzystywać Cię, wiecznie krytykować
        i strofować. Jeśli to się bedzie powtarzało mimo ostrzeżeń z Twojej strony,
        zagrozić odejściem, z gwarancją, że możesz sobie na to pozwolić, a gdy to nie
        pomoże, ostrzeżenie wprowadzić w życie.
        Nie lubię doradzać: kopnij go w d... Nie znamy Waszego związku z drugiej strony,
        ale skoro jest tak, jak piszesz i skoro Twój mąż też jest ciągle niezadowolony,
        to może faktycznie nie ma sensu się męczyć wzajemnie.
        Groziłaś mu już kiedyś odejściem, jak reagował?
    • velluto Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 15:01
      klasyczny schemat - facet czuje się gorszy, i deprecjonując ciebie -
      leczy własne kompleksy. Tak to działa - łatwiej kogoś (szczególnie
      kobietę) sprowadzić do parteru, niż samemu się wysilić i osiągnąć
      jakiś sukces. Ten człowiek systematycznie niszczy twoje poczucie
      własnej wartości - niezależnie od tego czy robi to z premedytacją
      czy nieświadomie - efekt jest ten sam. Pomogłaby ci psychoterapia,
      bo piszesz: "Staram się żeby w domu było miło, staram się pięknie
      wyglądać, staram się żeby mój mąż był szczęśliwy, żeby czuł się
      kochany - a czego wymagasz w zamian? dlaczego on nie musi się o nic
      starać? czemu to ma być jednostronne?

      pytanie zasadnicze - czy on chce się zmienić, czy w dobrych chwilach
      przyznaje, rozumie że sprawił ci przykrość? czy wypiera się
      wszystkiego mówiąc że przesadzasz, źle zinterpretowałaś, on chciał
      dobrze? jeśli to drugie to kiepsko widzę waszą wspólną przyszłość
    • szachula30 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 15:39
      Z Tobą wszystko w porządku. Zmieniłabym męża. Ty zrobisz, jak uważasz.
      • ewa9717 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 17:52
        On cię chyba nie lubi. I nie szanuje. Wyczuł, że ustąpisz i
        odreagowuje wszystko na tobie.
        • marzeka1 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 19:50
          Jak wyżej: z tobą wszystko w porządku, ale trafiłaś z wyborem faceta fatalnie.
          Tylko czekać aż twoja samoocena sięgnie dna.
          • blue-sunny Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 20:49
            Dziękuję Wam za odpowiedzi.
            To jest trudna decyzja dla mnie choć wydaje się
            oczywista...
            Mój kochany mąż nigdy mnie nie przerosił za takie słowa.
            Raczej z ironią odpowiada że nie umiem przyjąć szczerek krytyki, że jestem chisteryczką i że powinnam coś ze sobą zrobić.
            Dlatego będę siebie ratować. Już nie nas ale SIEBIE.

            • marzeka1 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 19.01.10, 21:38
              Między słowami krytyki a poniżaniem, by samemu się dowartościować jest przepaść.
            • mamuska_2000 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 20.01.10, 16:08
              witaj blue-sunny,

              tak czytam ten post i chwilami się zastanawiam, czy może mój mąż i
              Twój mąż to ten sam facet... :) ja też słyszę, że nie umiem przyjąć
              szczerej krytyki, że jestem chisteryczką i że powinnam coś ze sobą
              zrobić". ucza ich tego na specjalnym szkoleniu, czy jak?

              ja jestem w podobnym związku od 5 lat. z perspektywy tego czasu mogę
              Ci powiedzieć, że lepiej nie będzie. i choćby nawet Twój mąż się
              zmienił, to szczerze wątpię w to, że znów będziesz się przy nim czuć
              dobrze, że bedziesz sobą, że nie bedziesz sie ciągle zastanawiać co
              jeszcze możesz zrobić, żeby nie miał się do czego przyczepić jak
              wróci. bedzie Cie zawodził w coraz ważniejszych sprawach, bedziesz
              zupełnie sama ze wszystkim. wszystko bedzie sie kręcić wokół jego
              problemów i jego samopoczucia. a jak pozwolisz sobie na chwilę
              słabości, wykorzysta to przeciw Tobie przy pierwszej okazji.
              ja tak mam.... i tkwię w tym... dlaczego? bo jestem DDA? bo czekam
              że coś się zmieni? choć wiem, że nie ma juz takiej opcji żebym mu
              zaufała, żebym kochała go jak kiedyś, kiedy był ujmujący, kochany i
              dobry. już dziś wiem, że to jest nie do naprawienia.
              odbyłam długą drogę, byłam na terapii i wiele sobie uświadomiłam.
              teraz dojrzewam. obserwuję i dojrzewam do tego, żeby odejść.
              mamy maleńkie dziecko, dla którego on jest wspaniałym ojcem, które
              jest do niego przywiązane i to mnie paraliżuje. wiem, że to wymówka,
              bo byłoby to zasadne, gdybym wierzyła że coś się zmieni. ale nie
              wierzę... a on tak potrafi grac na uczuciach.....

              widze tu porady w sylu "wychowaj go", "powiedz żeby sam sobie
              nalewał wodę", "po co mu gotujesz" - to są te szczęsliwe, "zdrowe
              osoby", których granice nie sa naruszane, które w domu rodzinnym
              zostały nauczone zdrowego bronienia swoich granic, które wiedza
              doskonale co jest normalne. ja nie miałam tego szcześcia... i wiem,
              że te rady w obliczu agresora są niczym - on znajdzie odpowiednie
              słowa i argumenty, które sprawią że bedziesz czuc się z tym źle, że
              zaczniesz sie zastanawiać czy nie ma racji, czy rzeczywiście coś z
              Tobą jest nie tak i może rzeczywiście jesteś przewrazliwiona, a on
              tak na prawde nie powiedział Ci nic złego....

              jesli masz świadomość, że to nie jest tak, to uciekaj! zanim sprawy
              bardziej sie skomplikują (dzieci). i tak bedą skomplikowane, bo jak
              bedziesz chciała odejsć, to on stanie sie słodki, będzie
              nieszczęśliwy jak mały szczeniak i powie Ci że życie bez Ciebie nie
              ma sensu i że wszystko co robi robi dla Ciebie. i życze Ci, żebyś
              wtedy miała dość siły, żeby nie poddać sie tej manipulacji.

              życzę nam obydwu powodzenia!



              smutne.
              • demonsbaby mamuska? 20.01.10, 16:57
                poświęciłaś się dla dzieci zostając z agresorem? Jeśli tak, to sądzisz, że
                robisz im dobrze?
                • mamuska_2000 Re: mamuska? 21.01.10, 16:01
                  nie :) jestem już na tym etapie, że wiem, że takie poświęcenie się
                  dla dzieci to zwykła wymówka i ma niewiele wspólnego z dobrem
                  dzieci :)

                  tkwię w tym związku, bo mój mąż chodzi ze mną na terapię małżeńską.
                  bo zdaje sobie sprawę z problemu i stara się, z takim czy innym
                  skutkiem, walczyć ze swoim problemem.
                  dużo mnie to kosztowało, ale postanowiłam poczekać, dać szansę,
                  zobaczyć czy na słowach się skończy, czy pójdą za tym czyny. było to
                  trudne, bo po terapii indywidualnej byłam bardzo nakręcona, chciałam
                  rozwalić to wszystko w cholerę i mieć wreszcie spokój. maż trochę
                  pokrzyżował mi szyki :) ja już byłam w miejscu, w którym szukałam
                  pretekstu do rozstania. potem poszlismy na tę terapię i choć nie do
                  końca mam przekonanie, że to cos zmieni, to jednak postanowiłam
                  poczekać. niecierpliwię się, bo mam w głowie wizję siebie spokojnej,
                  zrelaksowanej, usmiechniętej, akceptowanej (choćby przez samą
                  siebie), która wraca do domu i ze spokojnym sercem i głową zajmuje
                  się swoim dzieckiem. nikt nie zrzędzi, nikt nie wynajduje
                  szcztucznych problemów, nikt nie jest wiecznie niezadowolony, nie
                  krytykuje... wybrałam drogę trudniejszą, bo wiem, że wydobycie się z
                  uzależnienia od wybuchów złości, od agresji to długa droga. nie wiem
                  czy wytrwam. siły dodaje mi jedna myśl: w każdej chwili mogę się
                  spakować i odejść.
              • blue-sunny Do mamuśki 21.01.10, 12:40
                Myślę że temat mojego postu powinien brzmieć:
                Czy pozwolić się obrażać z miłości czy nie.

                I wtedy odpowiedź nasuwa się automatycznie...

                Mój mąż 2 dni temu wyszedł i powiedział że nie wraca
                na razie bo już nie może wytrzymać atmoswery w domu.
                Dlatego że moje reakcje na jego uwagi są chisteryczne,
                a on może w zły sposó mówi co myśli ale w dobrej sprawie.
                I powinnam to zrozumieć...
                Akurat jego kumpel wyjechał na urlop zostawił mu klucze
                do mieszkania więc mąż się ma gdzie zatrzymać a ja dostałam
                szansę od losu żeby zrobić z tym porządek.
                Mąż ma teraz dwa dni swojej zmiany w pracy do późna, więc
                wczoraj przez telefon oznajmił mi że za 2 dni do mnie zadzowni
                i się spotkamy, porozmawiamy i że za mną tęskni.
                Wydaje mi się że on chciał mnie przetrzymać "na głodzie"
                żebym się stęskniła i bez mrugnięcia okiem przystała na jego
                wymagania, nie protestowała kiedy mówi mi co i jak powinnam robić.
                Z anielskim spokojem odpowiedziałam mu że ja też już nie daje
                rady, i dłużej nie wytrzymam życia w wiecznej krytyce - za nic.
                Powiedziałam że potrzebuję pobyć sama, że chcę pobyć sama, że
                nie mam już determinacji żeby walczyć o ten związek.
                Tym razem muszę zawalczyć o siebie.

                Bywają chwilę że się zamyślam, że robi mi się zmutno - dlaczego to się tak ułożyło, przecież chciałam dobrze, przecież go kocham.
                Ale jestem spokojniejsza, nikt nade mną nie stoi, a ja nie mam "chisterycznych reakcji" i mam czas dla siebie.
                Zrozumiałam też że to ja sama pozwoliłam na to poniekąd, że muszę zmienić stosunek do siebie samej.
                A gdybym miała być tak całkowiecie szczera to wracając myślami w przeszłość widzę że jakieś tak oznaki że on nie jest taki kochany i opiekuńczy jak bym chciała były, ale załatwiłam to "pójściem na kompromis" i mówiłam sobie że każdy może czasem nawalić.
                Mogłam też wybrać innego faceta, ale wybrałam tego.
                Tak czy inaczej mamusko jedno jest pewne - nic, nawet miłość nie jest warte tego żeby ktoś nas obrażał.
                Życzę powodzenia Tobie i mnie, ja się postaram o siebie zawalczyć.

                Nie wiem czy wrócę kiedyś do męża, nie wiem czy on w ogóle zrozumie
                że to co robi jest złe, bo na razie widzę że on uważa że robi dobrze!
                Nawet jeśli obieca że się zmieni, nawet jeśli szczerze będzie się starał to czy kiedyś w kłopotach nie zacznie robić znowu tego samego?

                Kiedyś już uciekłam z toksycznego związku, spakowałam manatki, zostawiłam dom, firmę i poszłam na żywioł.
                Nie miałam pracy i grosza przy duszy ale poradziłam sobie, poradzę sobie i tym razem.

                • mamuska_2000 Re: Do mamuśki 21.01.10, 16:09
                  no właśnie - to samo mnie zastanawia... przypuśćmy, że mój maż
                  zmieni swoje postępowanie, że terapia da efekty. skoro wiem, do
                  czego jest zdolny, jaki potrafi byc wredny, jakie bzdury na mój
                  temat potrafi wygadywać - czy zaufam mu? czy zapomnę to? czy
                  uwierze, że tak nie myśli? skoro tak mówił, to przynajmniej raz tak
                  pomyślał. nagle miałby zmienić tok rozumowania??

                  eh... czekam na wyjazdy mojego męża jak na zbawienie. podobnie jak
                  Ty, wtedy nie jestem chisteryczką, jestem spokojna i zadowolona. a
                  jak tylko widze że dzwoni, zaraz pojawia sie we mnie jakieś
                  napięcie, niepokój, co zdenerwuje go tym razem, z czego znowu bedzie
                  niezadowolony...

                  trochę Ci zazdroszczę, nie macie dzieci, więc właściwie jesteś
                  wolna. ja juz do końca jestem skazana na kontakty z moim mężem, bo
                  przecież nie mogę odebrać dziecku ojca. tak czy inaczej zmuszeni
                  bedziemy się ze soba kontaktować. dla dobra dziecka stosunki między
                  nami musza być co najmniej poprawne. ciężka sprawa.
                  • blue-sunny Re: Do mamuśki 21.01.10, 20:32
                    mamuska_2000 napisała:

                    > no właśnie - to samo mnie zastanawia... przypuśćmy, że mój maż
                    > zmieni swoje postępowanie, że terapia da efekty. skoro wiem, do
                    > czego jest zdolny..."


                    No więc właśnie...
                    Mój mąż dziś (dokładnie tak jak pisałaś) zmienił taktykę.
                    Jeszcze wczoraj tonem pana i władcy oświadczał mi że
                    spotkamy się po jego telefonie, i porozmawiamy.
                    Dziś zasypał mnie smsami że brakuje mu mojego ciepła,
                    że tęskni i nienawidzi siebie że ma takie parszywy charakter.
                    Kiedyś proponowałam spotkanie rozmowę, godzilismy się i cieszyliśmy
                    się jak dzieci że jesteśmy razem że się dogadujemy że obydowje rozumiemy że jesteśmy dla sebie ważni.
                    Mimo tej idylli znowu coś się popsuło, i teraz jest jak jest.
                    Więc tak jak napisała sebalda... jak to zrobić żeby nie zostać samą
                    a żeby nasz kochany partner jednak zmienił myślenie i postępowanie.

                    Dziś postąpiłam inaczej niż zawsze.
                    Odpisałam że potrzebuję czasu dla siebie, że muszę to wszystko przemyśleć i chcę aby on przemyślał co dla niego jest na prawdę ważne.
                    Może dotrze do niego co jest ważne. Pusty dzbanek, i postawienie na swoim czy to że ktoś kochający i ciepły czeka na niego w domu?
                    A na jak długo to wystarczy... o tym właśnie chcę porazmawiać z moim mężem.
                    Ale jeszcze nie wiem co zrobię dalej.
                    Na razie wiem że chcę pobyć sama i że jest mi z tym dobrze,
                    i że bardzo się wyciszyłam.

                    Inna sprawa to pytanie dlaczego przyciągnełam takiego partnera...
                    I to już drugiego. A raczej dlaczego wybrałam właśnie go...
                    Zaczynam się domyślać dlaczego ale to mi się "rozjasnia" dopiero
                    teraz kiedy nabieram powoli dystandu do tej miłości.


                    • mruwa9 Re: Do mamuśki 21.01.10, 20:54
                      Facet zneca sie nad Toba psychicznie, nie kazda przemoc domowa musi
                      oznaczac rekoczyny i pobicie, Twoj facet robi dokladnie to samo,
                      tylko tak, zeby siniakow nie bylo widac. A po awanturze jest miesiac
                      miodowy, kwiaty, sielanka, przeprosiny i tak do kolejnego wybuchu.
                      Taka sinusoida. Ja ie wierze, zeby taki facet kiedykowleik zaczal
                      cie autentycznie szanowac i zeby kiedykolwiek dzialo sie naprawde
                      dobrze w zwiazku z psychopata, przemoc jest zbyt gleboko wprasowana
                      w jego osobe. Jesli masz choc troche litosci i szacunku dla samej
                      siebie, nie dawaj mu kolejnej szansy. I odejdz, albo go wywal,
                      zanuim stanie sie to znacznie trudniejsze (jeszcze silniejsze
                      uzaleznienie psychiczne, finansowe, ewentualne dzieci).
                      • mamuska_2000 Re: Do mamuśki 26.01.10, 10:57
                        abstrachując od opisanych tu sytuacji, czy to mojej, czy blue-sunny,
                        to co napisałaś oznaczałoby, że ludzie się nie zmieniają i że nie
                        należy dawać im szansy.
                        a to nie prawda. każdy jest inny, każdego należy rozpatrywać
                        indywidualnie. są tacy, którzy sie nie zmieniaja, bo nie chcą się
                        zmienić. są też tacy, którzy bardzoi ciężko, przez długie lata
                        pracują nad sobą, choćby poprzez terapię. to BARDZO ciężka praca i
                        należy im się za to szacunek, a co najmniej jakieś wsparcie, coś co
                        im pokarze, że warto się starać.
                        ludzie się jednak zmieniają, jestem o tym przekonałam. uczą się na
                        swoich doświadczeniach, zyskują pewną mądrość życiową. nie wolno
                        nikogo tak jednoznacznie osądzać, nie wszyscy są psychopatami.
                        niektórzy mieli nieszczęście wychowywać się w kiepskich domach,
                        którzy mieli ciężkie życie i powrót do normalności to dla nich na
                        prawdę wielka rzecz.
                        ja osobiście nie czuję się na siłach ani jie uzurpuję sobie prawa
                        żeby wobec kogokolwiek powidzieć że jest zły i nigdy sie nie zmieni.
                        jest takie przysłowie "nie osądzaj, bo sam zostaniesz osądzony".
                • mruwa9 Re: Do mamuśki 21.01.10, 18:07
                  No i super. Masz czas, zeby spakowac jego rzeczy i wystawic mu za
                  drzwi. Krzyzyk na droge. Piszesz,ze bylas juz w tokscznym zwiazku,
                  czyzbys miala sklonnosci, zeby tak nieciekawie inwestowac wlasne
                  uczucia ?
                  Nie daj sie.Sily zycze.
              • kicia031 z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 13:16
                widze tu porady w sylu "wychowaj go", "powiedz żeby sam sobie
                > nalewał wodę", "po co mu gotujesz" - to są te szczęsliwe, "zdrowe
                > osoby", których granice nie sa naruszane, które w domu rodzinnym
                > zostały nauczone zdrowego bronienia swoich granic, które wiedza
                > doskonale co jest normalne. ja nie miałam tego szcześcia... i
                wiem,
                > że te rady w obliczu agresora są niczym - on znajdzie odpowiednie
                > słowa i argumenty, które sprawią że bedziesz czuc się z tym źle,
                że
                > zaczniesz sie zastanawiać czy nie ma racji, czy rzeczywiście coś z

                Umiejetnosc przeciwstawiania sie przemocy i stawiania granic nie
                jest dana w przencie - kazdy sie jej uczy. Czasami osoby z udanych
                rodzin maja z nia wieksze trudnosci - bo nigdy nie musialy cwiczyc.
                Z powodu braku takiej umiejetnosci rozpadlo sie moje pierwsze
                malzenstwo, a drugi zwiazek przeszedl powazny, 2-letni kryzys.
                Datego teraz doradzam, jak stawiac granice, bo czesto jest tak, ze
                malzenstwo nie jest skazane na porazke - albo ze nasze kolejne
                malzenstwo bedzie zrodlem tych samych problemow, bo to my mamy
                syndrom ofiaryi pozwalamy sie tak traktowac.
                • sebalda Re: z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 14:40
                  kicia031 napisała:
                  > Datego teraz doradzam, jak stawiac granice, bo czesto jest tak, ze
                  > malzenstwo nie jest skazane na porazke - albo ze nasze kolejne
                  > malzenstwo bedzie zrodlem tych samych problemow, bo to my mamy
                  > syndrom ofiaryi pozwalamy sie tak traktowac.

                  Otóż to jest podstawowe pytanie: jak stawiać te granice? Powiedz, czy tylko
                  dobra terapia jest w stanie nauczyć tego konstruktywnego i przede wszystkim
                  skutecznego stawiania granic, czy może Ty mogłabyś nam (jest nas tutaj sporo z
                  podobnym problemem) dać jasne wytyczne, jak to robić.
                  Ja jestem juz stara i moje małżeństwo ma tak długi staż, że chyba jest już za
                  późno na takie interwencje, ale moja 19-letnia córka jest w poważnym związku,
                  bardzo jej na nim zależy i chciałabym ją nauczyć, jak nie dać się w przyszłości
                  (bo wiadomo, że teraz, na początku jest idylla) zdominować w tymże związku. Nad
                  tym trzeba wszak pracować od początku.
                  Załóżmy, że partner mówi Ci coś, co Cię boli, obraża, razi. Zwracasz mu uwagę.
                  On na to twierdzi, że się czepiasz/przesadzasz/histeryzujesz, że on chciał
                  dobrze, że dla innych to norma, nic takiego. Ponownie mu tłumaczysz, dlaczego to
                  Cię boli/obraża. Teraz są dwa scenariusze: albo on się obraża, albo dla świętego
                  spokoju przyznaje Ci rację, ale po krótki czasie akcja się powtarza i on się
                  tłumaczy, że wie, że źle robi, ale nie umie nad sobą zapanować/Ty go
                  prowokujesz/postara się więcej tego nie robić, po czym oczywiście akcja powtarza
                  się regularnie.
                  Jak w takiej sytuacji stawiasz granice? Wystawiasz jego walizki za drzwi?
                  Grozisz rozwodem? Wyprowadzasz się na jakiś czas do mamusi, żeby go wystraszyć.
                  Wszyscy wiemy, że takie zachowania dają z reguły skutek tymczasowy, albo pchają
                  pana w ramiona innej (wtedy przynajmniej sprawa się wyjaśnia), albo powodują
                  bezpowrotną utratę pana, na którym nam skądinąd zależało, bo poza wszystkim ma
                  on jednak kupę zalet i chciałyśmy go przecież tylko ustawić do pionu, ale nie
                  stracić na zawsze.
                  Zatem jakie są praktyczne wskazówki dla kobiet, które chcą w domu szacunku i od
                  początku starają się wyznaczyć granice dobrego ich traktowania?
                  • blue-sunny Re: z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 20:14
                    Myślę że sebalda bardzo trafnie ujęła problem...
                    Nawet myślę że mógłby to być osobny wątek,
                    bo to jest chyba problem wielu kobiet.
                    Nie zdawałam sobie sprawy że tyle kobiet ma ten sam problem co ja.
                    Interesujące że mężczyźni nie piszą tu o tym że są zdominowani
                    przez partnerkę...
                    Może to wynika z faktu że są mężczyznami i nie wypada im się żalić, może w ogóle nie chce im się pisać a może bycie zdominowaną to jednak nadal domena kobiet.
                    • sebalda Re: z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 22:01
                      Dzięki za uznanie:)
                      Wiesz, ja mam ponad dwudziestoletni staż małżeński i dopiero dzięki czytaniu
                      tego forum, uświadomiłam sobie kupę rzeczy. Głównie to, że bardzo wiele kobiet
                      ma podobne problemy małżeńskie i większość żyje w przekonaniu (tak jak ja
                      żyłam), że złe zachowania męża są po części spowodowane moimi nieodpowiednimi
                      zachowaniami (bo ty mnie prowokujesz), bo zawsze winne są obie strony. Dopiero
                      gdy tu przeczytałam, że mąż powiedział do żony: gdybyś chodziła jak w zegarku,
                      nie musiałbym na ciebie krzyczeć i cię bić, zrozumiałam, że tak nie jest w
                      każdym przypadku. Skąd my to znamy? To jednak często agresywny i wyżywający się
                      na naprawdę starającej się kobiecie mąż jest głównym winnym, a my naiwne dajemy
                      sobie wmówić, że to nasza wina.
                      Drugą nauką, jaką wyniosłam jest to, że mąż się nigdy nie zmieni, że nie możemy
                      na to liczyć, że to my musimy zmienić swoje nastawienie i nauczyć się
                      odpowiednio dystansować i ustawiać granice (nie do końca niestety wiem, jak to
                      robić w praktyce, chyba najlepiej przez odpowiednią terapię z psychologiem).
                      Dopiero zmiana naszego (kobiety) podejścia może wpłynąć na poprawę wzajemnych
                      stosunków.
                      Trzecia, już taka prozaiczna sprawa: mąż i dzieci nie mają nam pomagać w domu,
                      mają się czuć współodpowiedzialni za dom i partycypować w jego funkcjonowaniu w
                      równym stopniu co my (mam oczywiście na myśli odpowiednio duże dzieci).
                      Jak mocno są zakorzenione niektóre stereotypy, że ja, kobieta grubo po
                      czterdziestce dopiero teraz dowiedziałam się o tak oczywistych i naturalnych
                      sprawach? Gdyby mi ktoś to wyłożył odpowiednio wcześnie, dziś byłabym innym
                      człowiekiem. Może nawet z tym samym mężem (bo naprawdę ma wiele dobrych cech),
                      ale na innych zasadach i w innym, zdrowym układzie.
                      Najczęściej popełnianym chyba błędem kobiety wchodzącej w stały związek jest
                      chyba taka chęć wykazania się, jaką to ja idealną żoną jestem. Domek zadbany,
                      obiadek ugotowany, koszule wyprasowane, zawsze dobry humor i chęć na seks. Mąż
                      to łyka i korzysta w pełni. Wystarczy nasz gorszy dzień, zmęczenie,
                      roztargnienie albo, co gorsza, rodzimy dziecko i mamy wtedy siłą rzeczy mniej
                      czasu i energii dla męża, a wtedy oburzenie i rozczarowanie; już nie jesteśmy
                      tymi dobrymi żonkami, już się odwróciłyśmy od niego, już dzieci stały się
                      ważniejsze, a on zszedł na drugi plan. No sorry, ale kilkumiesięczne niemowne
                      jest naprawdę absorbujące i potrzebujące nas non stop. Ale za trudno jest dać
                      kobiecie trochę czasu, zrozumienia, wsparcia przez ten czas i potem móc się
                      wspólnie cieszyć wzajemną wdzięcznością i uczuciem. Najłatwiej się obrazić i
                      wypiąć na wszystko.
                      Wiem, pojechałam, nie wszyscy tak mają, ale z wielu wypowiedzi wynika, że tak
                      jest w baaaardzo wielu rodzinach.
                      Ponawiam prośbę do Kici: Kiciu, jak to się robi???
                      • kicia031 sebalda, mam pytanie 21.01.10, 22:16
                        jestes w stanie zyc bez meza? Poradzic sobie finasowo, organizacyjnie i
                        emocjonalnie, co najwazniejsze? Nie mowie o grozeniu rozwodem, czy innych
                        dziecinadach, ale gdyby trzeba bylo, gdyby cie np pobil, albno popadl w
                        alkoholizm i nie chial sie leczyc - moglabys zyc bez niego?

                        Gdzies przecytalam takie zdanie, ze mezczyzni kochaja i szanuja kobiety, ktore
                        moga zyc bez nich - zle wybraly, ze wola zyc z nimi.

                        tak naprawde sadze, ze wszystko zalezy od twojego nastawienia, wewnetrznej
                        pewnosci siebie. I nad tym trzeba pracowac.
                    • sebalda Re: z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 22:38
                      blue-sunny napisała:
                      > Interesujące że mężczyźni nie piszą tu o tym że są zdominowani
                      > przez partnerkę...
                      > Może to wynika z faktu że są mężczyznami i nie wypada im się żalić, może w ogól
                      > e nie chce im się pisać a może bycie zdominowaną to jednak nadal domena kobiet.
                      Mężczyźni rzadko opisują swoje życie domowe, bo a. gardzą taką działalnością, są
                      ponad to, b. nie widzą w niej sensu, c. nie potrafią rzeczowo się wypowiadać,
                      wolą w krótkich, żołnierskich słowach powiedzieć, że żona to głupia histeryczka,
                      która sama nie wie, czego chce, przecież on jest taki wspaniały, tak się stara,
                      zawsze chce dobrze, tylko ona go nie rozumie i się czepia. To ich główne
                      argumenty. I jak to z takim dyskutować?
                      Dla mnie forum to świetna terapia grupowa, możliwość konfrontacji swoich
                      problemów z podobnymi problemami innych, wysłuchania opinii bardzo rzeczowej
                      Pani psycholog, czasami poznania i nawiązania bliższej, bardzo miłej znajomości
                      z niektórymi forumowiczkami, dzięki którym między innymi dowiaduję się wielu
                      bardzo cennych rzeczy:)
                      Nasi mężowie potrafią bezbłędnie manipulować naszymi odczuciami. Ciągle starają
                      się podkopać naszą pewność siebie i swoich racji, czasami już myślę, czy ja nie
                      wariuję, może rzeczywiście robię z igły widły, zawsze przedstawiam sprawy
                      jednostronnie. Ale potem czytam posty kobiet, ktore przeżywają podobne problemy
                      i rozterki i na nowo utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak nie ja tu jestem
                      winna. To pomaga, naprawdę.
                  • kicia031 Re: z moich wlasnych doswiadczen 21.01.10, 21:55
                    Polecam ksiazke Toksyczne slowa. tak jest opisane, jak reagowac w takich
                    sytuacjach. Tlumaczenie jest bez sensu. To wspoluczestniczenie w chorych
                    zachowaniach. Generalnie recepta na wszelkie nieakceptowalne zachowania jest
                    powiedzic Przestan! Nie zycze sobie tego! i wyjsc z pomieszczenia. Nie
                    wdawac sie w zadne dyskusje.

                    Ponadto, nigdy nie wchodzic w role uslugowa wobec mezczyzny. Tu akurat nie
                    mialam problemu, bo wychowalam sie w domu, gdzie obowiazywala samobsluga.
                    Oczywiscie jak robie obiad, to robie go dla wszystkich, ale jesli chlop sie
                    spozni na obiad, to musi sam go sobie podgrzac i podac. Nikt nie traktuje
                    sluzacej uprzejmie i z szacunkiem. tak sie po prostu nie dzieje.

                    dziewczyny, ja nie jestem jakims cudotworca, ktory wam powie co robic. Wy
                    najpierw musicie zbudowac w sobie postawe pod tytulem Nie pozwole sobie na
                    zle traktowanie
                    . To jest taka troche sytuacja jak treser w klatce z lwem.
                    Treser utrymuje lwa na wodzy tak naprade sila woli i to IMHO jest podstawowy
                    czynnik gwarantujacy sukces.

                    No i oczwiscie trzeba wynagradzac pozytywne zachowania.

                    Kiedy przechodzilismy kryzys, ja mialam depresje. Moja pewnosc siebie byla
                    zerowa, sily psychiczne zadne. I odkad zaczelam leczyc depresje i stawac na
                    nogi, stopniowo poprawia sie i moj zwiazek. Wtedy ludzie mi mowili, ze mam
                    stawiac granice, a ja nie mialam pojecia jak. Teraz juz nie pytam jak -
                    uwierzylam, ze potrafie je postawic i sytuacja sie poprawia.

                    na koniec cos wam opwiem - dawno temu, na poczatku naszego zwiazku wracalismy od
                    tesciow i rozmawialismy o tym, ze tesc odnosi sie do tesciowej bez specjalnego
                    szacunku. Wtedy moj partner powiedzial mi, ze wybral mnie, bo wie, ze ja mu
                    nigdy nie pozwole na podbne zachowania. To byl poczatek zwiazku, bylam slodka
                    jak miod, ale gdzies pod tym kryla sie sila, takie poczucie, ze jesli jego
                    zachowania nie beda akkceptowalne, to z bolem, ale jednak powiem mu adieu. I on
                    te czule czul i szanowal, potrzebowal jej.
                    • sebalda nagradzanie dobrych zachowań 22.01.10, 19:44
                      kicia031 napisała:
                      > No i oczywiście trzeba wynagradzac pozytywne zachowania.

                      Wiecie, jak moj mąż to nazywa: kupczenie ciałem. I twierdzi, że tego nienawidzi.
                      Podobno to go szalenie stresuje i powoduje jeszcze gorsze napięcia. Gdybym to
                      odbierala tak jak on, chyba też do końca by mi to nie odpowiadało. Z mojej
                      strony jest tak, że sponiewierana przez niego nie mogę nawet myśleć o zbliżeniu,
                      ale po dniach dobrych, kiedy trochę zapominam o wyrządzonej przykrości i widzę
                      jego starania (niestety tymczasowe), sama nabieram ochoty. To nie jest
                      wyrachowane działanie z mojej strony, zwykły babski odruch w nadziei na poprawę.
                      • kicia031 Re: nagradzanie dobrych zachowań 22.01.10, 22:01
                        A kto mowi o nagradzaniu sexem? Zauwazyc, docenic, podziekowac.
                        Usmiechnac sie. Pochwalic w towarzystwie, ze ten moj maz taki
                        kochany, zmienil mi opony.

                        generalnie regula w wychowaniu zarownio dzieci jak i psow, jest zeby
                        ignorowac je gdy sie zle zachowuja, i wynagradzac uwaga, gdy sie
                        zachowuja dobrze.
    • demonsbaby jakbyś sobie nie tłumaczyła 20.01.10, 07:37
      facet ma poważne problemy z własną osobowością. Siłą rzeczy rzutuje to na
      ciebie, jako osoby z najbliższego otoczenia. Facet na całe życie, to facet,
      który Cię nie zawiedzie i pomoże w każdej sytuacji. Jesteś pewna, że wybór był
      trafny? Sama sobie szukaj odpowiedzi. To nie tak, że jesteśmy głupie, naiwne, że
      gość się zmienił, etc. Często pewne decyzje, a już szczególnie o zawieraniu
      stabilnych / małżeńskich związków są podejmowane nie w oparciu o racjonalizm,
      ale głównie endorfiny podczas zakochania. Klapa spadła z powiek, codzienność
      wyjawiła fakty, podświadomie lub świadomie ignorowane, tyt. "kochania pomimo
      wad". Facet nad sobą musi pracować, jeśli nie widzi problemu, ty zostając i
      godząc się na wszystko na pewno mu tego nie uzmysłowisz.
    • blue-sunny Re: Czy godzić się na poniżanie dla miłości 21.01.10, 23:28
      Kochane bardzo się cieszę że znalazłam to forum i że napisałam
      ten post.
      Wasze słowa i rady są ogromnie cenne, są dla mnie na wagę złota.
      Bardzo dużo mi uświadomiła ta dyskusja.
      Tym bardziej że być może przyjęłam w związku jakoś nieswiadomie
      rolę bierną, zdominowaną ponieważ wychowałam się bez ojca.
      Tak na prawdę nigdy nie widziałam normalnie funkcionującego związku.
      I nigdy do końca nie wiedziałam na ile można pozwolić partnerowi
      w imię miłości.
      Teraz jestem przekonana że podjęłam dobrą decyzję i że nie przesadzam, nie chisteryzuje.
      Wasze słowa okazały się ogromnym wsparciem.
      • mamuska_2000 Re: Czy godzić się na poniżanie dla miłości 22.01.10, 09:00
        blu-sunny, spróbuj wejść na stronę www.dda.pl
        tam znajdziesz ludzi dda i ddd (dorosłe dzieci z rodzin
        dysfunkcyjnych), to że wychowałaś się bez ojca mogło spowodować, że
        masz cechy ddd. a to wiele Ci wyjaśni. przede wszystkim to, dlaczego
        wybierasz takich a nie innych mężczyzn.
        i jeszcze jeden dobry adres: ddda.mojeforum.net/index.php

        mnie pomogło :)
        p.s. zazdroszczę Ci, że mieszkasz teraz sama. wykorzystaj tę
        sytuację.
    • megi1973 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 22.01.10, 13:41
      jejku kobiety-nad czym wy się jeszcze zastanawiacie??? facet się nie
      zmieni!!! szanujcie trochę siebie!!! spakujcie się i wyprowadźcie-
      czy to tak trudno? i nie pitolcie tu o jakiejś miłości,uczuciach
      itp.bo miłośc to nie ospa-nie zdarza się w życiu tylko raz
    • izabela0910 Re: Czy mi się tylko wydaje czy powinnam się rato 26.01.10, 13:54
      To co piszesz przypomina mi mój dawny związek,byłam tak zakochana że nie
      zwracałam uwagi na krytykę albo sobie myślałam że mój partner ma rację.Przez dwa
      lata z pewnej siebie i zadbanej kobiety stałam się małą szarą myszką która
      strasznie się przejmuję słowami ukochanego.
      Aż doszło do rękoczynów i wtedy spadły mi klapki z oczów i powiedziałam sobie że
      rodzice mnie nie bili i on też nie będzie i odeszłam...
      Musiałam dostać żeby zmądrzeć ty na to nie czekaj bo faceci aż tak bardzo się
      nie zmieniają.
    • blue-sunny Re: Czy mi się tylko wydaje ... 28.01.10, 01:05
      Cześć dziewczyny, na forum zaglądam cały czas.
      Czytam o problemach innych kobiet i co im radzicie,
      to świetne forum. To mi pozwoliło nabarć duży dystans
      do moich spraw.

      Ciekawa jestem jak radzi sobie mamuśka.

      U mnie minął tydzień, nie widziałam się z mężem aż do dziś.
      Wyciszyłam się uspokoiłam, własciwie mogę powiedzieć
      z ręka na sercu że nie tęskniłam za nim.
      Pierwsze dwa dni miałam różne watpliwości, potem poczułam
      się wolna jak ptak i niezależna jak kot! ;)
      I nie wiem co mnie dziś napadło (ponieważ nie chciałam tego)
      zgodziłam się żeby mąż wrócił.
      I już widzę że to był błąd!
      Zdenerwowałam się, jestem rozdrażniona, starałam się powstrzymać
      ale powiedziałam mu z wrednością coś al'a jego tekścik o tym
      że "tyle razy mówiłam.."
      Jakoś nie mogłam się powstrzymać.
      Mąż jest, leży, cięzko mi okręslić czy jest szceśliwy czy wku...ony...
      Patrzę na niego i dochodzę do wniosku że to długo nie potrwa.

      Ale dziewczyny, nie dam się już stłamsić.
      Mimo wszystko czuję się mocno zdystansowana, i mam zamiar
      wprowadzić w życie razy kici i innych forumowiczek i nie wysłuchiwać
      ani nie próbować tłumaczyć ewentualnych pretensji męża.
      Nie wiem co będzie dalej.
      Ale jestem o niebo spokojniejsza bo wiem że bez męża "poprawiacza"
      jest życie! I to bardzo przyjemne, pełne spokoju.


Pełna wersja