czy to moja wina?

22.01.10, 14:40
Jest tak. Mam 34 lata. Jestem wykształcona, pracuje w dużej firmie
na dość wysokim stanowisku, znam języki, nieźle zarabiam, mam 2
mieszkania, na które sama zarobiłam. I tak dalej. Za soba kilka
nieudanych związków z czego najbardziej toksyczny był związkiem
małżeńskim. Eks mąż oprócz tego, że nie specjalnie liczył sie z moim
zdaniem był wobec mnie mocno wulgarny (wyzwiska), kilka razy doszło
do aktów przemocy (próbował mnie uderzyć, albo szarpać) ale kończyło
się to tak, że mu oddawałam, albo mu się wyrywałam. Nie wiem jak
wygląda klasyczna przemoc domowa, ale wtedy wydawało mi się, że
inaczej. Eksa znałam wcześniej wiele lat- tez miał wyższe
wykształceniem, był gorliwym katolikiem, wydawał się łagodny i nie
spodziewałabym się po nim takiej agresji. Kilka miesięcy dojrzewałam
do decyzji o rozwodzie, aż wreszcie wyprowadziłam się a po kilku
miesiącach dostalismy rozwód.
W pół roku później zaczełam się spotykac z następnym wieloletnim
kolegą. Znowu dobry dom, wyższe wykształcenia, kultura. Był szybki
ślub, potem szybko zaszłam w ciążę i urodziłam córeczkę, w niecałe
dwa lata później urodził się nam synek. Dzieci były zaplanowane i
uzgodnione. Chcielismy ich obydwoje. Mój obecny mąż jest bardzo
zaangazowanym tatą, obowiązki domowe sa podzielone dość równo, mamy
więc super udane dzieci, pracujemy, zarabiamy i... jest między nami
coraz gorzej.
Zaczęło się, kiedy byłam wdrugiej ciąży- z powodu jakiejś błahostki
mąż używł wobec mnie kilku parszywych słów, które pamiętam do dziś.
I co gorsza nie czuł sie po tym winny. Przeprosił mnie w końcu, ale
po kilku dniach ciszy z mojej strony. Byłam zaskoczona, bo
spodziewałam się, że juz następnego dnia będzie jakaś rozmowa,
kwiaty- no nie wiem co- w kazdym razie, nie spodziewałam się, że
będzie uważał, że wsyztsko jest w porządku.
To było dwa lata temu, potem to wydarzało sie kilka razy- za kazdym
razem przekracza kolejną granicę..
Potem jest standard- kilka cichych dni, kiedy ja na zewnątrz
prezentuję kompletny chłód nie odzywam sie do niego a w środku czuje
coraz większe przerażenie, że znowu wplątałam się wtaki sam związek.
Potem jest rozmowa, przeprosiny i argumenty, które powtarzają
wszyscy chyba przemocowcy- bo ty mnie sprowokowałaś. Mój mąż jest
inteligentynm facetem- wydawało mi się, że wiele rozumie i że
rozumie też absurdalnośc tej wymówki, a jednak popwtarza ją za
kazdym razem. Co gorsza zauważyłam, że te wyzwiska nie roba juz na
mnie takiego kolosalnego wrazenia.. tak jakbym zaczęła się
przyzwyczajać.
Przy dzieciach sie nie kłocimy. Dzieci są malutkie- ale pewnie
odczuwają te nasze ciche dni. I napięcie. I spory.
Wiem, że mój mąż czuje się zmęczony- mówi o tym często. Ale kiedy
był taki okres, że usiłowałam go odciążyć z obowiązków domowych i ze
wstawania do dzieci na przykład, to było jeszcze gorzej. Padałam na
twarz ze zmęczenia, a jemu było ciagle za dużo obowiązków i pracy.
I co najdziwniejsze w kłótniach z tamtego okresu wciąż powtarzał
wobec mnie zarzut, że za mało staram się w domu. Wreszcie
rozchorowałam się dość poważnie i po tej chorobie na powrót
zapanowała równowaga w podziale obowiązków.
Od trzech miesięcy jest jeszcze gorzej- nie kochamy się, nie
przytulamy, nie rozmawiamy, wciąż sie kłócimy. Kilka razy usiłowałam
zacząc rozmowę, ale mój mąż mówił, że nie ma zamiaru ze mną
rozmawiać i wysłuchiwac znowu moich pretensji do niego i krytyki
swojej osoby.
Próbowałam też z drugiej strony- pytałam co ma mi do zarzucenia:
mówił, że przeszkadza mu moja wybuchowość, ale widzi, że bardzo sie
staram (to prawda) i że niemal przestałam podnosić głos. Do tego
zawsze dorzucał coś w stylu: nie sprzątasz po sobie (rzeczywiście
często zostawiam cos rozgrzebanego i zaczynam robic coś czego dzieci
pilnie potrzebują- kolacja. kapiel/ etc; a sprzątam dopiero jak
pójdą spać). Ostatnio po raz pierwszy jego dochody zrównały się z
moimi i od tego czasu doszły tez zarzuty dotyczące finansów: za dużo
wydaje, po co kupuję tyle jedzenia! Można taniej! Pewnie i można
taniej, ale nie kupuję nic specujalnie wymyślnego, a tylko zwykłe
jedzenie- zależy mi, żeby moje dzieci były zdrowe i dobrze sie
odżywiały. Dlaczego poszłam do kosmetyczki?? Dlaczego kupuje takie
drogie soczewki kontaktowe?? Do kosmetyczki więcej nie poszłam i
zaproponowałam mu, żeby sam robił zakupy, ale nie chciał, bo to
bardzo czasochłonne. I do tego kilka grubych słów na okrasę..
Potem mnie przeprasza, ja się w końcu daję przeprosić. Jest niby ok-
spędzamy razem czas, śmiejemy się, żartujemy, uprawiamy sporty,
spotykamy ze znajomymi, wyjeżdżamy razem, bawimy się z dziećmi- i
wydaje się, że już jesteśmy super parą i pewnie niedługo nawet
zaczniemy się kochać. Aż do następnego razu.
Zastanawiam się na ile jest to moja wina- to juz drugi raz, kiedy z
fajnego, normalnego człowieka wyłazi facet, który mnie obraża i źle
traktuje. Czy to przypadek, czy ja takich przyciągam, Czy też robię
coś takiego, że oni zaczynaja sie tak zachowywać?

Bardzo się staram, żeby nie było sie do mnie o co dowalić, ale to
przydaje sie co najwyżej po fakcie, kiedy omawiamy kłótnię i mąż
musi się solidnie nagimnastykować, żeby mi pokazać, że znowu go
sprowokowałam. Co powinnam zrobić? Jak to zahamować? jak się
zachować, kiedy znowu padną ostre słowa? Jest mi strasznie smutno,
mam poczucie, że znowu dziej się w moi życiu coś bardzo złego a
zupełnie nie umiem sobie z tym poradzić. Mam wrażenie, że mojemu
mężowi nie zależy już na mnie, ale nie bardzo umie sie z tego
wyplątać. Czasem mam wrażenie, że ożenił się ze mną, bo akurat nie
miał lepszego pomysłuy na życie i uznał, ze będzie mu przy mnie
wygodnie, będzie mógł wyprowadzic się od rodziców i miec przy sobie
atrakcyjną babkę, która jeszcze urodzi mu dzieci..

Czuję się zniechęcona i po prostu nie chce mi sie po raz kolejny
zaczynac krucjaty, skoro próbowałam juz tyle razy i nic się nie
zmienia.

Nie wiem co robić.
    • kati1973 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 14:57
      kilka razy doszło
      do aktów przemocy (próbował mnie uderzyć, albo szarpać) ale kończyło
      się to tak, że mu oddawałam, albo mu się wyrywałam



      Zapytam, czy sama również używasz agresji, bo obecny mąż zarzuca Ci,
      ze jestes wybuchowa. A tam pisalas, ze oddawalas.

      Czy agresja jest tylko z jednej strony, czy Ty rowniez bywasz
      agresywna?
      • kalina.kropka Re: czy to moja wina? 22.01.10, 19:43
        Tak bywam agresywna. Bardzo nad tym pracuję i od czasu kiedy
        pojawiły się dzieci jest mi o wiele łatwiej opanować się, niestety
        czasm zdarza mi się wrzeszczeć na męża solidnie. Teraz już bardzo
        rzadko, ale wcześniej niestety tak.
        Nie używam nigdy wyzwisk, zdarzyło mi się raz powiedzieć 'ja pier..
        już nie mogę', ale moje poprzednie małżeństwo nauczyło mnie, że to
        tylko eskaluje konflikt. I parner może mieć wymówkę, że nie słuchał
        co do niego mówiłam, bo mówiłam to w nieodpowiedni sposób.

        Właściwie to mam wrażenie, że im jestem bardziej opanowana tym jest
        gorzej... kiedy wrzeszczałam, było jakieś poczucie równowagi- teraz
        tylko mi się obrywa.
    • marzeka1 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 14:58
      Zachowanie męża jest niefajne, tyle, że jak opisujesz- zauważyłam pewną
      prawidłowość: kłócicie się, on cię wyzywa, kilka tzw. cichych dni, potem zgoda i
      znowu. Granica za każdym razem lekko przekraczana.
      A może zamiast milczenia po prostu powiedzenie wprost, nazwanie tego, co się nie
      podoba (bez wrzasków, jęczenia): to, co robisz to przemoc (psychiczna), nie
      muszę się tłumaczyć, że byłam u kosmetyczki, bo zarabiam; nie będę znosić
      przezwisk itp. Wprost, bez obrażania się i milczenia.
    • kicia031 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 15:44
      Nie twoja wina. Nikt nie ma prawa na ciebie krzyczec, czepiac sie i
      ci wymyslac. Problem w tym, ze ty na to pozwalasz.
      jest taka ksiazka: Toksyczne Slowa, ktora juz polecalam na tym
      forum. Warto ja przeczytac i to kilka razy.
      Tak na szybko, kilka rzeczy, ktore mozesz zmienic:
      1. nie tluamcz mezowiu, ze zrobil ci przykrosc, czy cos w tym
      rodzaju, po prostu jasno i krotko powiedz Przestan! Nie mow tak do
      mnie! i wyjdz z pomieszczenia.
      2. Nie dostosowywuj sie na sile do meza, nie rezygnuj z kosmetyczki,
      czy innych atrakcji. Nie kloc sie tez o to - po prostu i zwyczajnie
      powiedz, ze potrzebujesz tych wizyt i ze nadal bedziesz z nich
      korzystac.
      3. Sprobuj odnowic kontakt z mezem rozmawiajac z nim o sprawach
      przyjemnych. Nikt nie lubi rozmawiac wylacznie o problemach. Gdy
      odbudujecie wiez miedzy wami, bedzie czas na rozwiazywanie problemow.
      4. zadbaj o swoja osychike - kurs asertywnosci, psychoterapia, moze
      masz depresje?
    • szachula30 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 17:00
      Zlikwidowałabym ciche dni na rzecz mówienia wprost, od razu,
      wszystkiego, co Twoim zdaniem jest nie tak. Przestałabym się tak
      starać, niech on się postara trochę. I poszłabym do
      psychologa/psychiatry, żeby pomógł mi inaczej spojrzeć na różne aspekty
      związku i pomógł w znalezieniu rozwiązań. Tak zrobiłabym, gdybym była
      na Twoim miejscu. Powodzenia i pozdrawiam!
    • wbka1 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 18:03
      Masz ponadstandartowe oczekiwania -tak,tak- co do jakości związku, bo sama jesteś wyjątkowa jak na naszą rzeczywistość. a przemoc psychiczna to chęć udowodnienia ci, że nie jesteś taka świetna, nie myśl sobie, nawet po sobie nie posprzątasz a czasami nawet -o zgrozo!- coś ci się stłucze albo rozleje.No trudno moja droga nnie jesteś doskonała i wiesz co - nie staraj się ! Pozwól sobie być niedoskonałą !Za to trzeba zatrudnić jakąś osobę do pomocy, o ile wiem jesteś zamożną dziewczyną,być może następny samochód nie będzie tak luksusowy (to na pewno będzie męża bolało) i wakacje tylko w Chorwacji a nie w Prowansji, ale mężowi odpadnie argument,że się za mało starasz.A jak dalej będzie się czepiał-dziewczyna na 10 godz dziennie i urlop na Mazurach. No chyba że chodzi o uczucia ?
      • kicia031 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 18:54
        Potwierdzam, pani do sprzatania to nieduzy koszt, a korzysci
        gigantyczne.
        • sebalda Re: czy to moja wina? 22.01.10, 19:58
          Napisałaś, że Twój mąż zawsze ma wymówkę w postaci tego, że go sprowokowałaś.
          Najgorsze jest to, że oni naprawdę tak myślą. I ci pospolici, prostaccy
          przemocowcy, i inteligentni faceci, i z pozoru oddani partnerzy. No przecież bez
          powodu by nas nie wyzwali! A najczęściej to jest na przykład tak, że kobieta
          delikatnie zwraca na coś uwagę mężowi, on z mety się ciska i podnosi głos,
          kobieta się broni i próbuje wyjaśnić, ale on lepiej wie, jakie ona miała ukryte,
          niecne zamiary (lepiej wie, co kobieta miała na myśli od niej samej)i jeszcze
          bardziej podnosi głos. Ona też podnosi, żeby byś syłyszaną i żeby mu
          przetłumaczyć, że jest w błędzie, na co on zaczyna ją wyzywać tudzież skwitować
          to krótko: pier... się (w tej najwulgarniejszej wersji). A potem wielkie
          zdziwienie, że żona płacze, ma pretensje, wieczorem go odpycha. Przecież sama go
          sprowokowała. Powtarzam: oni w to święcie wierzą i absolutnie nie rozumieją
          swojej winy. Przepraszają potem jedynie z przymusu, po to, żeby zyskać jej
          przychylność w łóżku albo dla świętego spokoju.
          A co do cichych dni versus tłumaczenie sobie dokładnie wszystkich nieporozumień.
          Z naprawdę wieloletniego doświadczenia wiem, że ani jedno, ani drugie nie
          skutkuje. A tłumaczenie prawie zawsze konczy się kolejną, często jeszcze
          bardziej karczemną awanturą.
          Mi niestety zawsze zależy, żeby dotrzeć jakoś do męża i dlatego za nic nie udaje
          mi się stosować rady Kici, choć obiecuję sobie to solennie za każdym razem. Ale
          kurcze mi nie wychodzi. Chyba też już staciłam wszystkie swoje poklady
          cierpliwości, jestem przewrażliwiona, ja wiem. Najlepiej takie działania
          przeprowadzać od początku związku, tego nauczę na pewno swoją córkę.
          I jeszcze pytanie. Czy po takim ucięciu dyskusji i demonstracyjnym wyjściu z
          pomieszczenia, nie następują z reguły te osławione ciche dni? Jak to wygląda w
          praktyce, jak następuje powrót do normalności po takiej akcji?
          • krzysztof-lis Re: czy to moja wina? 20.05.10, 14:24
            > Napisałaś, że Twój mąż zawsze ma wymówkę w postaci tego, że go
            > sprowokowałaś. Najgorsze jest to, że oni naprawdę tak myślą. I ci
            > pospolici, prostaccy przemocowcy, i inteligentni faceci, i z pozoru
            > oddani partnerzy.

            To może jeśli WSZYSCY faceci tak to odbierają, to może coś w tym jest?

            Może pora najwyższa zorientować się, że tak jak kobiety są bardziej wyczulone na
            ton głosu, tak mężczyźni są bardziej wyczuleni na czepianie się, przez Ciebie
            opisane jako "delikatne zwracanie na coś uwagi"?
    • kalina.kropka Re: czy to moja wina? 22.01.10, 19:58
      Dziękuję Wam Dziewczyny za odpowiedzi.
      Kilka wyjaśnień- my mamy panią do sprzątania. W domu jest dość
      przyzwoicie, ale pani do sprzątania nie jest z nami cały czas.
      Ostatnia sytuacja wygladała tak: wróciłam z dziećmi ze spaceru,
      jedno chciało siku, drugie ryczało z głodu. Pościągałam z nich
      kombinezonki, butki, czapki, zostawiłam to wszytsko na podłodze i
      zaczęłam karmić jednego, wysikiwac drugiego, potem przebierać
      ubranka, bo w międzyczasie pooblewali się soczkami- i tak dalej w
      ten deseń. Mąż wrócił po dwóch godzinach i nadział się na te
      rozgrzebane ciuchy. Posprzątał i nic nie powiedział. Dopiero kiedy
      dwa dni później się kłóciliśmy, on to wyciągnął jako argument.

      Ja mam wrażenie, że on chce mi dołożyć, że kolekcjonuje takie
      sytuacje, żeby w odpowiednim momencie to wykorzystać. I co z tego,
      że wzruszę na taki straszny 'zarzut' ramionami- będzie miał następny
      i następny aż wreszcie powie coś takiego, że najchetniej bym się
      rozpłakała..

      Mam teraz takie wątpliwości:
      Skoro już drugi facet zachwouje się do mnie w taki sposób, to może
      rzeczywiście robię coś co takie zachowania prowokuje?

      Ok- jeśli znowu się zdarzą wyzwiska, to powiem, żeby przestał, wyjdę
      z pokoju i co dalej? On za mną nie pójdzie, nie przeprosi. Jak mam
      się zachowywac potem? Bo te ciche dni wynikają z tego, że ja nie
      wiem co dalej- mam sama kazać mu się przeprosić już od razu
      następnego dnia?


      W jaki sposób mam nie pozwolić się wyzywać?
      • kicia031 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 21:56
        Dopiero kiedy
        > dwa dni później się kłóciliśmy, on to wyciągnął jako argument.

        Wyciagnal. No i co z tego. Czemu tak strasznie sie przejmujesz tym,
        co twoj maz mowi, robi, powie, wyciagnie, nie wyciagnie. To jest
        jego poglad, do ktorego on ma prawo, ty masz prawo do wlasnego
        zdania. I mozesz to powiedziec - JESTEM INNEGO ZDANIA! To nie boli,
        wrecz przeciwnie, pomaga. Wdawanie sie w zawile dyskusje jest na
        ogol kontrproduktywne. Zgodzmy sie, ze sie nie zgadzamy i zajmijmy
        sie czyms przyjemnym.

        Moj partner tez oczywiscie probowal obarczac mnie wina za swoje
        zachowanie - a ja jego. Kiedy do mnie dotarlo, ze on sam odpowiada
        za swoje zachowania, a ja za swoje, stalo sie duzo lepiej. Powiedz
        mezowi, ze jest zalosny, jesli nie umie sam decydowac jak sie
        zachowac, tylko uzaleznia swoje zachowanie od ciebie. Ale tez nie
        obwiniaj jego o swoje zachowania, poczuj, ze mozesz sie zachowywac
        tak, jak ty chcesz. To nie on cie wkurza - ty sie wkurzylas. masz
        wybor - mozesz sie wkurzyc lub nie. Nie wyobrazasz sobie, jaka to
        daje wolnosc.
        • rapunzel1 Re: czy to moja wina? 22.01.10, 22:59

          kalina.kropka

          "Zastanawiam się na ile jest to moja wina- to juz drugi raz, kiedy z
          fajnego, normalnego człowieka wyłazi facet, który mnie obraża i źle
          traktuje. Czy to przypadek, czy ja takich przyciągam, Czy też robię
          coś takiego, że oni zaczynaja sie tak zachowywać? "

          Absurdalne pretensje partnerów, to nie twoja wina,
          ale ich rosnąca ilość to skutek twoich starań.
          Ty nagradzasz złe zachowanie partnerów wzmożonymi staraniami!

          O katastrofalnych skutkach starań w ujęciu lajtowym poczytasz w "Mężczyźni kochają zołzy"

          Zastanów się głęboko, jakie twoje silne strachy powodują twoje przebłagalnicze reakcje na absurdalne czepialstwo facetów.
          Pół roku odstępu pomiędzy jednym związkiem a drugim to nienormalnie mało. Czy przeraża cię życie bez mężczyzny? Dlaczego?

          Jak ktoś napisał, nie tłumacz się.
          Wzruszenie ramion, pogardliwe prychnięcie, "nie masz poważniejszych problemów" itp.
          Na czepialstwo reaguj raczej obniżeniem starań - zapomnij kupić jego ulubione potrawy, wyprać jego rzeczy, ugotuj obiad pod swój gust lub tylko dla siebie

          Miej cierpliwość dla siebie i poczucie humoru dla "porażek", bo nie zmienisz swoich utartych nawyków szybko

          • blue-sunny Re: czy to moja wina? 23.01.10, 02:57
            No nie wolno się przejmować pretensjami i obalgami facetów...
            Większość opisywanych na tym forum ujawnia
            swoje frustracje w momencie kiedy zmienia się ich sytuacja finansowa,
            nawet jeśli na lepsze!
            Chyba nagle się czują królami ???
            Mój mąż nigdy mi tak nie dokuczył jak w momencie kiedy złapał
            dobrze płatną pracę i zaczął dobrze zarabiać.
            Nagle zaczął mi pokazywać kto tu tak na prawdę rządzi i co muszę w sobie zmienić!
            A ja się cieszyłam że znalał tą pracę i wreszcie odetchnę że się chłopak nie będzie szamotał z życiem, a tu proszę niespodzianka! ;)
            I teraz ja się mam szarpać z jego kryzysami wewnętrznymi i szczeniacką niedojrzałością.
            Nie daj się kalina!
    • notting_hill Re: czy to moja wina? 23.01.10, 12:30
      A jakie miałaś relacje ze swoimi rodzicami? Czy byłaś dzieckiem,
      które za wszelką cene usiłuje zasłużyć na ich przychylność, a oni
      łaskawie jej udzielają jak mają dobry humor, a najcześciej jest to
      słynne: dlaczego czwórka a nie piatka?!

      Pytam o to, bo mnie w podobnej sytuacji w dorosłym życiu z mężem
      paraliżował strach. Nieświadomie przenosiłam relacje z rodzicami na
      relacje z nim i przeciwstawienie się typu: to twoja opinia, ja mam
      inaczej i będę robiła po swojemu dłuuuuugo mi w ogóle nie
      przychodziło do głowy. Bo on był dla mnie takim "rodzicem", który
      zawsze miał rację. A ja małą dziewczynką, która musiała staraniami
      zasłużyć na jego aprobatę.
      Do dzisiaj ten strach mnie czasami dopada, ale nauczyłam się sobie z
      nim radzić. Jestem jaka jestem. Mam wady, ale ma je każdy. Nie muszę
      zasługiwac na czyjąś aprobatę. Jak się to komuś nie podoba, to
      naprawdę nie ma żadnego przymusu, żeby być ze mną.
      To syndrom "grzecznej dziewczynki". Warto sie go pozbyć. Jak mawia
      moja przyjaciółka- nie jestem price-polo, zeby mnie wszyscy
      lubili :).

      • kalina.kropka Re: czy to moja wina? 23.01.10, 13:16
        Też usiłowałam doszukiwac się źródła w moim domu rodzinnym. Ale nic
        nie znalazłam, choć nnie jestem specjalistą, może psycholog
        doszukałby się tam jakiś nienormalnych relacji.
        Jestem starszą córką, jest nas dwie siostry. Rodzice nauczyciele,
        ale tacy bardziej wyluzowani. Nigdy przenigdy nikt nie zwrócił mi
        uwagi, że mam nie takie oceny. A eksperymentowałam na tym polu i na
        przykład po latach swiadectw z czerwonym paskiem w szóstej klasie
        ptrzyniosłam poprawne zachowanie i mnóstwo trój i czwórek.

        Myśle że najbardziej znamienny był brak zainteresowania moimi
        sprawami, co zaowocowało tym, że szybko stałam się samodzielna. Może
        to jakoś wpłynęło na moje pózniejsze relace z facetami?

        Czy boję się bycia samej? Niespecjalnie. Wydaje mi się, że pół roku
        w wieku 30 lat to nie tak bardzo krótko.

        To prawda- najlepiej byłoby wzruszyć ramionami.
        Problem polega na tym, że mam wrażenie, że mój mąż CHCE mnie
        wyprowadzić z równowagi. I będzie próbował tak długo aż przestanę
        wzruszac ramionami a zacznę się denerowować.

        Prawdą jest też, że chcę, żeby on był zadowolony. Ale nie spełniam
        jego zachcianek i nie jestem specjalnie nadgorliwa. rzynajmniej tak
        mi się wydaje.. Wśród znajomych uchodzimy za małżeństwo, w którym
        bezsprzecznie rządzę ja. Może mężowi to przeszkadza?

        Teraz jest akurat dobrze między nami i chwilami mam wrażenie jakbym
        się czepiała i wymyślała sobie wyimaginowane problemy- przecież on
        jest taki fajny i doskonały..
        Muszę sobie dopiero przypomnieć epitety, którymi zostałam określona,
        zeby przypomnieć sobie jaki potrafi być.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: czy to moja wina? 29.01.10, 18:46
      Błędem jest rozpatrywanie takich wzajemnych zachowań jak Pani opisała w
      kategorii swojej winy.
      Na wyzwiska w żadnym razie nie należy pozwalać i w tym wypadku podpowiedziane
      tu, zachowania asertywne są jak najbardziej wskazane. Wydaje mi się jednak, że
      sedno może tkwić gdzie indziej. Z opisu dynamiki Waszego związku czyli okresów
      lepszych i gorszych, dochodzenia do zgody i konfliktu, wynika, że trudno Wam
      nawzajem znieść własne problematyczne i odbiegające od ideału zachowania. Pewną
      odwetowość, uraźliwość, drobiazgowość czy impulsywność męża. Wybuchowość,
      chaotyczność, dominację Pani.
      A przecież to jasne, że ma się też trochę "ciemnych" stron. Nawet jak się jest
      inteligentnym.
      Mam jeszcze jedno wrażenie. Wydaje się, że mąż bierze odwet za Pani status i
      możliwości. I próbuje Panią przyłapać na drobiazgach a potem za to zdewaluować.
      Tak aby zniszczyć Pani perfekcyjny obraz. Widzę w tym tendencję do rywalizacji w
      Waszym związku. To może być nieświadoma przyczyna agresywnych i , jak pisałam,
      odwetowych, zachowań męża wobec Pani. Agnieszka Iwaszkiewicz
      • bezka170 Re: czy to moja wina? 09.02.10, 21:32
        Kurcze, jakbym czytała o sobie. Dobre rady, tylko co zrobić jak cały
        repertuar rad został wyczerpany, a facet i tak nie uważa się za
        winnego wywoływania kłótni i wrzasków o każdą rzecz? Do dzieci też.
        Jestem prawie zdecydowana na rozwód, tylko dzieci mi żal, bo mimo to
        one lgną do ojca. I jescze boję się tych ciągnących się spraw w
        sądzie z wywlekaniem wszystkiego i o podział kasy, bo facet wredny i
        wiem, że będzie mnie chciał zniszczyć. EH..
    • kalina.kropka Re: czy to moja wina? 18.05.10, 14:48
      Jest gorzej i gorzej.
      Pod koniec marca miała miejsce pierwsza bardzo poważna kłótnia. Była
      noc, zaczęła się wymiana zdań i eskalacja agresji. Wreszcie mój mąż
      zaczął krzyczeć, zapalać światło w sypialni dzieci, wołał 'pobudka'.
      Nie wiem czemu to robił. Byłam w szoku, że wplątuje w to dzieci.
      Rzuciłam się na niego, chciałam mu zatkac usta, zrobić coś, żeby
      przestał ich budzić. Uderzyłam go pięścią w klatke piersiową. On mi
      oddał w twarz- dość mocno, usłyszałam tez kilka wyzwisk z
      najcięższej kategorii. Dzieci się zbudziły zaczął do nich
      mówić 'mamusia chciała nas wsyztskich pobić'. Nie wiedziałam co mam
      robić, chciałam przede wsyztskim chronić dzieci. Usiadłam ze starszą
      córeczką powiedziałam, ze to takie głupoty, że idziemy spać i tak
      dalej. Zupełnie nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Czułam się
      winna, że go uderzyłam pierwsza. Dalej był standard- kilka dni
      milczenia, wreszcie rozmowa. Przeprosilismy się nawzajem. I wsyztsko
      wróciło do normy- może nawet trochę sie między nami poprawiło.
      Kilka dni temu kolejna kłótnia- też w nocy. Mąż był pod wpływem
      alkoholu. Powiedział mi coś co mnie strasznie zdenerwowało i
      nastepnie zamilkł. Usiłowałam dowiedzieć się czegoś więcej - pytałam
      i wybudzałam go. Wreszcie on wstał z łóżka, powiedział, ze wychodzi
      i poszedł położyć sie do innego pokoju, ale jescze wcześniej opluł
      mnie.. byłam tak wściekła, że zrobiłam coś głupiego, poleciałam za
      nim i oblałam go zimną wodą z butelki. Dalszy ciąg był taki:
      dostałam kilka razy po głowie (to było raczej poszturchiwanie),
      jeszcze raz zostałam opluta, usłyszałam całą mase wyzwisk, chciał
      mnie zepchnąć ze schodów (ale chyba bez zdecydowania, bo gdyby
      chciał naprawdę to by mu sie bez problemów udało). Chodziło przede
      wsyztskim o to, żeby mnie upokorzyć.. mam wrażenie, że on
      kontrolował to, co robi. To wszytsko działo się na oczach naszej
      córeczki...
      Rano powiedział dzieciom, że mama wyprowadza się do babci na zawsze.
      Dzieci zaczęły strasnzie płakać i to go chyba otrzeźwiło.
      No i znowu nie wiedziałam jak mam się odnaleźć w tej sytuacji-
      wynieść się z dziecmi? bez dzieci? wyrzucić sie nie dał
      (próbowałam). Mieszkanie jest moje, więc teoretycznie nie powinno
      byc problemu żeby sie go pozbyć. Rano poszperałam w necie- wychodzi
      mi, ze to już na pewno jest przemoc domowa. Ale nie wezwałam
      policji, nie poszłam na obdukcję (nie byłoby zreszta co pokazać).
      Przeprosił mnie dopiero następnego dnia. Powiedziałam, że warunkiem
      tego, żebysmy zostali razem, jest terapia. I że sam ma ją znaleźć i
      zorganizować. Powiedział, że tak, ze się zgadza. I dodał, że źródłem
      jego zachowań jestem ja sama... tia... Na razie na zewnątrz
      zachowuję spokój, staram się normalnie chodzić do pracy, bawic z
      dziecmi i mieć z nim jak najmniej kontaktu.

      NIE WIEM CO ROBIĆ.
      ZA każdym razem jest gorzej.. a ja chyba postępuje tak jak typowa
      ofiara- myślę, że jakoś to będzie i trwam nadal! Czuję się
      współwinna. Pewnie powinnam odejść, albo jakoś go zmusić do
      odejścia. A boję sie radykalnych ruchów, nie dlatego, że sobie nie
      poradzę- jestem finansowo bardzo samodzielna, większość czasu
      utrzymywałam sama dom. Boję się, bo na codzień jest dość dobrze
      między nami, bo jesteśmy w miarę normalna rodziną. Nie chcę tego
      rozbijać, chcę wyeliminować agresję. Prosze o pomoc.
      • oda100 Re: czy to moja wina? 18.05.10, 15:13
        podobna sytuacje obserwuje w naszym 10 letnim zwiazku, z tym ze maz
        mnie nie rozlicza, a ja nie pracuje;) Nie ma cichcych dni, sa non
        stop przepychanki slowne. Co chwile wtraca swoje skrajnie odmienne
        zdanie w kwestii wychowania dzieci, od blahostek po podstawy. Ze
        skromnego faceta zrobil sie choleryk i mi jeszcze mowi, ze to ja
        wyciagnelam z niego najgorsze strony, dobre..moze mu jako dziecku
        nie dala matka swojego ja zademonstrowac
        Ja sie nie obwiniam, oni wszyscy sa tacy, ciezko stworzyc udany
        zwiazek.
        • a.nancy Re: czy to moja wina? 18.05.10, 21:52
          > oni wszyscy sa tacy, ciezko stworzyc udany
          > zwiazek.

          nie są.
      • tully.makker Re: czy to moja wina? 18.05.10, 15:53
        Rzuciłam się na niego, chciałam mu zatkac usta, zrobić coś, żeby
        > przestał ich budzić. Uderzyłam go pięścią w klatke piersiową. On
        mi
        > oddał w twarz- dość mocno, usłyszałam tez kilka wyzwisk z
        > najcięższej kategorii.


        > Kilka dni temu kolejna kłótnia- też w nocy. Mąż był pod wpływem
        > alkoholu. Powiedział mi coś co mnie strasznie zdenerwowało i
        > nastepnie zamilkł. Usiłowałam dowiedzieć się czegoś więcej -
        pytałam
        > i wybudzałam go. Wreszcie on wstał z łóżka, powiedział, ze
        wychodzi
        > i poszedł położyć sie do innego pokoju, ale jescze wcześniej opluł
        > mnie.. byłam tak wściekła, że zrobiłam coś głupiego, poleciałam za
        > nim i oblałam go zimną wodą z butelki. Dalszy ciąg był taki:
        > dostałam kilka razy po głowie (to było raczej poszturchiwanie),
        > jeszcze raz zostałam opluta, usłyszałam całą mase wyzwisk, chciał
        > mnie zepchnąć ze schodów (ale chyba bez zdecydowania, bo gdyby
        > chciał naprawdę to by mu sie bez problemów udało). Chodziło przede
        > wsyztskim o to, żeby mnie upokorzyć.. mam wrażenie, że on
        > kontrolował to, co robi. To wszytsko działo się na oczach naszej
        > córeczki...

        Zastanawiam sie, po co wdajesz sie w przepychanki z nim, i to na
        oczach dzieci. A wlasciwie, to ty powinnas sie nad tym zastanowic.
        Co ci to daje? Na takie pytanie moze odpowiedziec terapia. Twoja
        indywidualna.

        A maz? ma swoje problemy z kontrolowaniem agresji, to rzecz pewna.
        Ale jego nie zmienisz, wiec lepiej zajac sie zmienianiem siebie.

        Moze to malzenstwo warto sobie darowac?
      • foczkaka Re: czy to moja wina? 18.05.10, 16:03
        Wydaje mi sie ze to jest cos innego niz napisałas na początku. Moze patrzysz
        przez pryzmat poprzedniego małzenstwa i krzywd jakie Ci dawniej wyrządzono. Ale
        teraz nie jestes ofiarą, chyba raczej oboje jestescie tak samo winni. Wzajemnie
        sie nakręcacie coraz bardziej, zapedzacie sie w kozi róg. Tak jak pisała pani
        ekspert - zachowania odwetowe, rywalizacja w związku.

        Tak mi się wydaje, bo czasem obserwuje cos takiego w swoim małzenstwie. W duzo
        mniejszym stopniu, ale mechanizm podobny.
        Ja sie boje bardzo zeby nie byc ofiarą i troche podswiadomie pokazuje mu ze to
        on jest winny, on nie powinien na mnie krzyczec, on powinien sie starac. Ale
        jednoczesnie sama krzycze, atakuje słownie, mam pretensje.
        Co dalej? On sie buntuje przeciw temu ze stawiam go w roli winowajcy, juz nie
        przeprasza za przykre slowa, tylko atakuje, krzyczy, wsieka sie, ma coraz
        wieksze pretensje do mnie. Jakby chciał mi za wszelka cene pokazac ze nie jestem
        idealna, ze popełniam błędy.
        Nie przekraczamy pewnych granic, nie wyzywamy sie, nie ma przeklenstw. Ale wiem,
        ze nakrecamy sie do tego stopnia ze wsciekłosc i niechec do wspołmałzonka jest
        nie do wytrzymania. Mysle ze z obu stron.

        Owszem, ja zaczełam sobie to uswiadamiac i pracuje nad sobą. Nie chodzi o to, ze
        latam za mezem i robie wszystko zeby mu sie przypodobac. Raczej staram sie
        patrzec na niego z wieksza wyrozumiałoscią, a sobie pozwalam na błędy i otwarcie
        się do nich przyznaję. Tak, jestem bałaganiarz i nie posprzatałam przez cały
        tydzien. Przepraszam, ale nie chciało mi się. Ale nie mam do ciebie pretensji,
        ze dzis nie chce ci sie pozmywac czy wyprowadzic psa - cos w tym stylu.

        Wydaje mi sie ze potrzebujecie spokoju, zdystansowania sie, przypomnienia tego
        co was łączy. Uswiadomienia ze kocham tę druga osobe, ale niepotrzebnie zapedzam
        sie w negatywne emocje.
        Gdy dwie osoby kłóca sie, atakują, to nie mozna liczyc na to ze któres wygra.
        Raczej oboje przegrają.
        Ktos musi przestac pierwszy, nie odpyskowac, nie odpowiedziec.
        Nawet powiedziec przepraszam. Nie dlatego ze jestem ofiarą, nie dlatego ze nie
        umiem walczyc o swoje, raczej dlatego ze rozumiem co sie dzieje, chce dobrze i
        wiem ze ktos to musi przerwac.
        Postarajcie się moze zawrzec jakis chwilowy pakt o nieagresji. Uznając ze obie
        strony sa winne, ale obie tez chca dobrze dla waszej rodziny. I poszukajcie
        dobrej terapii małzenskiej.
        Trzymam kciuki, bo mysle ze sprawa nie jest beznadziejna :)
      • filetta Re: czy to moja wina? 19.05.10, 09:35
        Niestety w dużej mierze to również Twoja wina. Twoja i męża. Obojga.
        Powodem jest rywalizacja. Nie tylko faktyczna, stawianie na swoim,
        dowodzenie za wszelką cenę swoich racji i kierowanie przez jedną
        osobę życiem rodzinnym. Również ta "wyimaginowana", żyjąca w umysle
        Twojego męża. To jest źródłem agresji. To nakręciło spiralę przemocy
        słownej i doprowadziło do rękoczynów.
        Mam podobnie. Tylko u mnie nie ma wyzwisk (były epitety - naprawdę
        konkretne - z mojej strony), nie było rękoczynów (były lekkie
        uderzenia - z mojej strony). Mój mąż nigdy "nie znizył sie do mojego
        poziomu". Dobrze, bo w przeciwnym razie przekraczalibysmy kolejne
        granice. A tak granice zaczęły się przesuwac z drugą stronę.
        Natomiast mechanizmy i przyczyny ich powstawania są takie same.
        Zawsze dawałam sobie radę, prawie perfekcjonistka w prawie każdej
        dziedzinie zycia. Super, tylko, że przez to mój mąż czuje
        się "gorszy". Dlatego usiłuje mnie zdewaluować, szczególnie wtedy,
        gdy mam groszy dzień lub mówię o tym, co mi sie w jego zachowaniu
        nie spodobało.
        Twoje małżeństwo jest do uratowania. Ale potrzebna jest terapia -
        dla obojga, nie tylko dla męża. Po drugie - umiejętność opanowywania
        emocji i wycofywania się z narastającego konfliktu. To bardzo
        trudne, ale mozliwe. Po trzecie - pozytywna wzajemność, czyli
        zwracanie większej uwagi na zalety partnera, jego pozytywne
        zachowania oraz skupianie się na miłych i przyjemnych aspektach
        wspólnego życia. Tyle udało mi się ustalić i spraktykowac. Czy to
        wszystko? Czy to wystarczy? Nie wiem. Jestem na poczatku terapii.
        • efi-efi Re: czy to moja wina? 19.05.10, 15:22
          Trochę się chyba zapędziliście. On wciągając dzieci do Waszych kłótni (pobudka w
          środku nocy to niezłe przegięcie), a Ty rzucając się z pięściami na niego.
          Może spróbujcie rzeczywiście terapii bo dalej będzie jak w "Wojnie państwa Rose".
      • rlena Re: czy to moja wina? 19.05.10, 16:52
        kalina.kropka, twoj ostatni post utwierdzil mnie w przekonaniu, ze
        zachowujesz siE jak ofiara. Po tym co zrobil z dziecmi i Z toba (
        przemoc w stosunku do dzieci, oplucie, zepniecjie ze schodow!?)
        powinny cie skonic di NATYCHMIASTOWEGO wyrzucenia go z domu. To nie
        sa zachowania rywalizacyjne to bardzo destrukcyjne sklonnosci, ktore
        BEDA wzrastac jesli nic nie zrobisz JUZ.
        • foczkaka Re: czy to moja wina? 19.05.10, 21:26
          jasne, co by sie nie działo zawsze winny jest TYLKO facet. Nie wazne co było,
          trzeba sie szybko faceta pozbyc, wywalic go z domu, odciąż od dzieci itd.
          On ją szturchał i opluł - owszem zrobił bardzo źle.
          Ona na niego krzyczała, szturchała, wylała zimną wodę - i co nadal jest tylko
          ofiarą?
          Powtarzam że winne są obie strony.
          Autorka wątku nie moze czuć sie winna agresywnym zachowaniom męża. Ale tez musi
          wiedziec ze jej zachowania, jej emocje, jej zranienia z przeszłóosci niosą za
          sobą konsekwencje TERAZ.
          W jakimś sensie pan mąż ma rację mówiąc że to przez zone tak sie zachowuje. Jej
          zachowania, byc moze reakcje obronne rodzą jego reakcje. Z kolei jego agresja
          rodzi jej agresje i tak sie wspolnie nakręcają.
          Najwazniejsze ze oboje sa zgodni ze potrzebna jest terapia. Mam nadzieje ze
          sprobuja cos zrobic ze sobą i swoim zwiazkiem.
          • verdana Re: czy to moja wina? 20.05.10, 09:39
            Tak, facet zaatakował dzieci. Wówczas matka ma tych dzieci brnic,
            chocby przed brutalnym budzeniem w ciągu nocy i uderzenie nie jest
            przemocą, ale obroną. Ma prawo.
            Nie mylmy agresji z obrona, bo to wszystko zaczyna być absurdalne.
            Facet ma prawo wyzywać się na dzieciach, a matka ma w tym wypadku
            zachować się kulturalnie i nie próbować faceta powstrzymać?
            • marc.el Re: czy to moja wina? 20.05.10, 10:25
              hmmm piszesz o jednym incydencie .. facet jest palantem, skoro wplątał dzieciaki
              w to .... taaak, ale ...
              Może to była jakas forma zmuszenia do działania kobiety, noo sa zdrowo
              poj....ni. Znamy tylko to co ona napisała, a wiadomo że mało kto jest wstanie
              swoje błedy opisac publicznie.
              Po za tym facet obudził dzieci, nie chciał im robic żadnej krzywdy.
              ======
              Pod koniec marca miała miejsce pierwsza bardzo poważna kłótnia. Była
              noc, zaczęła się wymiana zdań i eskalacja agresji. Wreszcie mój mąż
              zaczął krzyczeć, zapalać światło w sypialni dzieci, wołał 'pobudka'.
              ===
              To cytat z jej wypowiedzi.
              Facet sobie nie radzi z frustracją. Jest palantem bo wkręca w to dzieci. Ale
              może już sobie nie radzi z jej agresją??
              Agresja to nie tylko bicie ... jedna z Was ma fajna stopkę ....

              "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko qrwa spróbuj".

              Dlaczego nie piszemy o tym, ze to nie pierwszy facet który ma z nią problemy??
              czyżby wokół niej byli sami palanci??
              Dlaczego nie piszemy, ze ona zarabia więcej??
              • kikki123 Re: czy to moja wina? 20.05.10, 11:30

                > Może to była jakas forma zmuszenia do działania kobiety, noo sa zdrowo
                > poj....ni. Znamy tylko to co ona napisała, a wiadomo że mało kto jest wstanie
                > swoje błedy opisac publicznie.
                > Po za tym facet obudził dzieci, nie chciał im robic żadnej krzywdy.

                przeczytaj dokladnie opis tej sytuacji, nie skończylo sie na "obudzeniu", mąż wykorzystal dzieci jako narzędzie odwetu i pole dla upustu wlasnej agresji a to jest wyrządzaniem krzywdy. Poza tym wyrywanie ze snu maluchow i w taki sposob (z awanturą) może je bardzo przerazić (dorosly by się przerazil a dzieci odbierają takie sytuacje o wiele mocniej) i naruszyć ich poczucie bezpieczenstwa, nie bagatelizowalabym tej sytuacji, zwłaszcza, że potem była powtórka ze wciąganiem dzieci w awanturę. U męża nie działa w takich sytuacjach bardzo istotny hamulec, myślisz, że gdyby był z inną kobietą zadziałałby prawidłowo?
                • marc.el Re: czy to moja wina? 21.05.10, 09:37
                  Hmm jest duża szansa , ze zadziałałby inaczej.
                  Facet nie radzi sobie z włąsną bezradnością w stosunku do żony.
                  Dla mnie to jest wołanie o pomoc. My faceci nie płaczemy ( noo przynajmniej jak
                  nas widzą ...), Nie wie jak sie przyznac do porażki w kontaktach z żoną. Taki
                  szok??!!
                  IMHO nie powinien w to wciągac dzieci .. ale chyba już nie widzi innego wyjścia
                  ... nie zawsze to co widzimy tym jest ;(
          • marc.el Re: czy to moja wina? 20.05.10, 10:10
            kurde .. chylę czoła przed Tobą.
            Kobieta i normalnie pisze, nooo widac jeszcze bywają normalne kobiety
            • vaanilia Re: czy to moja wina? 20.05.10, 12:10
              Wina jak to w życiu bywa zapewne leży po środku. Jest też prawdą, że większość
              mężczyzn nie pozwoli aby kobieta go biła. Tak więc jak go uderzyłaś to czego się
              spodziewałaś?
              • marc.el Re: czy to moja wina? 21.05.10, 09:38
                vaanilia napisała:

                > Wina jak to w życiu bywa zapewne leży po środku. Jest też prawdą, że
                >większość
                > mężczyzn nie pozwoli aby kobieta go biła. Tak więc jak go uderzyłaś
                > to czego się spodziewałaś?

                Większość meżczyzn nie pozwoliła by sie uderzyć komu kolwiek ...
    • neecia Re: czy to moja wina? 20.05.10, 13:26
      Kilka spraw poruszyło mnie w Twoim liście. Po pierwsze też uważam,
      że pół roku po rozwodzie to za mało żeby zaczynać nowy związek. Nie
      miałaś czasu na to, by przeanalizować co działo się w Twoim
      pierwszym małżeństwie, jakie popełniałaś błędy (bo wiadomo, że za
      rozpad małżeństwa ZAWSZE odpowiedzialne są dwie osoby, w związku z
      tym popełniasz dokładnie te same błędy w obecnym związku. Co więcej,
      po raz kolejny zareagowałaś na mężczyznę 9przyciągnęłaś mężczyznę),
      który ma problem z wyrażaniem i kontrolowaniem emocji...To nie
      przypadek, więc wymaga to głębszego przyjrzenia się temu(terapia?,
      literatura i autorefleksja?)

      Poza tym, to co na pewno możesz zrobić w chwili obecnej to nie
      pozwalać na rozwinięcie się agresji u męża w sytuacjach
      konfliktowych (dobrą metodą jest kończenie rozmowy tzn. wychodzenie
      z pokoju w chwili gdy ZACZYNA podnosić głos i powiedzenie:"Nie będę
      Cię słuchała skoro zaczynasz krzyczeć". To na pewno uciszy agresję,
      bo zniknie obiekt agresji co pozwoli mu się wyciszyć i po kilku
      minutach może będzie chciał wrócić do rozmowy bardziej na spokojnie.
      Ale zasada jest taka: nie dopuścić do tego byśmy na siebie
      krzyczeli-
      lepiej przerwać i zniknąć sobie z oczu. Ale to
      jest metoda DORAźNA, przyczyna takich zachowań jest o wiele
      głębiej..
    • kalina.kropka Re: czy to moja wina? 21.05.10, 10:36
      Powiem tak: czuje sie jak ofiara przemocy. Wiem, że nie oznacza to,
      że nią jestem, ale tak się właśnie czuję.

      Prawdopodobnie jest we mnie cos takiego, co takie zachowania w
      facetach wyzwala, ale nie jetsem pewna, czy moge to rozważać w
      kategoriach swojej winy. Tak- jestem osobą rywalizującą, uwielbiam
      stawiać na swoim, jestem wybuchowa, bywam natarczywa, agresywna- to
      są moje wady. których jestem świadoma i nad którymi pracuję. Ale
      uważam, że to co on robi mi i dzieciom jest niewspółmierne. Teraz
      widzę, że to, ze go uderzyłam było spowodowane tym, że za wszelką
      cenę chciałam bronić dzieci. Intuicyjnie traktuje to jako inny
      rodzaj przemocy.

      Czytając to co napisałam sama, i to co napisaliście Wy- zauważyłam,
      że zachowania mojego męża wynikają z jego poczucia bezsilności i
      bezradności. Nie wie co ma zrobić, więc bije, wyzywa. Wydaje mi się,
      że on to w jakimś stopniu kontroluje, że to nie jest żaden amok,
      tylko pewna premedytacja. Żeby zrobić cos takiego, co mnie naprawdę
      ubodzie i poruszy. To go nie usprawiedliwia, ale jest jakąś
      wskazówką.

      Wczoraj byliśmy na terapii- mąż ją zorganizował tak jak sie
      umówilismy. Nie wiem czy to cos da, jestem daleka od euforii, ale
      chyba nic nam innego nie pozostało.
      • filetta Re: czy to moja wina? 21.05.10, 12:00
        kalina.kropka napisała:

        > Powiem tak: czuje sie jak ofiara przemocy. Wiem, że nie oznacza
        to,
        > że nią jestem, ale tak się właśnie czuję.

        To naturalne, że tak się czujesz. Ciekawa jestem, czy Twój mąż też
        tak się czuje.

        > Prawdopodobnie jest we mnie cos takiego, co takie zachowania w
        > facetach wyzwala, ale nie jetsem pewna, czy moge to rozważać w
        > kategoriach swojej winy. Tak- jestem osobą rywalizującą, uwielbiam
        > stawiać na swoim, jestem wybuchowa, bywam natarczywa, agresywna-
        to
        > są moje wady. których jestem świadoma i nad którymi pracuję. Ale
        > uważam, że to co on robi mi i dzieciom jest niewspółmierne. Teraz
        > widzę, że to, ze go uderzyłam było spowodowane tym, że za wszelką
        > cenę chciałam bronić dzieci. Intuicyjnie traktuje to jako inny
        > rodzaj przemocy.

        Cóż bardzo mozliwe, że wina Twojego męża jest większa, że Wasze
        destrukcyjne i agresywne zachowania są niewspółmierne. Ważne jest
        to, że potrafisz szczerze przyznac się do tego, że masz w tym swój
        udział i robisz coś w kierunku zmiany postępowania. Choć odnoszę
        wrażenie, że tej "dobrej roboty" jest o wiele za mało. Mogłabyś
        podać jakieś konkrety.

        > Czytając to co napisałam sama, i to co napisaliście Wy-
        zauważyłam,
        > że zachowania mojego męża wynikają z jego poczucia bezsilności i
        > bezradności. Nie wie co ma zrobić, więc bije, wyzywa. Wydaje mi
        się,
        > że on to w jakimś stopniu kontroluje, że to nie jest żaden amok,
        > tylko pewna premedytacja. Żeby zrobić cos takiego, co mnie
        naprawdę
        > ubodzie i poruszy. To go nie usprawiedliwia, ale jest jakąś
        > wskazówką.

        Również uważam, że Twój mąż robi to wszystko pod wpływem amoku,
        raczej z premedytacji. Choć elementów amoku z jego zachowania
        wykluczyc się nie da. Otóż jego agresywne zachowanie cechuje pewna
        odwetowość, czyli rani Cię, by dać Ci odczuć, jak bardzo Ty go
        ranisz. Dzieje sie to od pewnego już czasu, jego odwetowość nic w
        Tobie nie zmienia (więc Twój mąż nie odczuwa tego, że "pracujesz nad
        sobą"), narasta stres, rośnie poczucie bezsilności, beznadziei. Jest
        najprawdopodobniej tak zmęczony ta sytuacja, że reaguje wybuchami
        prawie już bezwarunkowo.


        > Wczoraj byliśmy na terapii- mąż ją zorganizował tak jak sie
        > umówilismy. Nie wiem czy to cos da, jestem daleka od euforii, ale
        > chyba nic nam innego nie pozostało.

        Tak sobie pozwoliłam poanalizować sytuację. To nie musi być
        koniecznie prawda i jedyna prawidłowość. Wszystko okaże sie na
        terapii. Życze Ci, by ta przyniosła pozytywne efekty.


        • vaanilia Re: czy to moja wina? 21.05.10, 12:09
          Podobno pierwsze siedem lat to najtrudniejszy okres w każdym związku, ja mam ten czas za sobą i ... faktycznie coś w tym powiedzeniu jest.
          • marc.el Re: czy to moja wina? 21.05.10, 14:47
            vaanilia napisała:

            > Podobno pierwsze siedem lat to najtrudniejszy okres w każdym związku, ja mam te
            > n czas za sobą i ... faktycznie coś w tym powiedzeniu jest.
            >
            hmmm uważaj na 12 lat ;(
      • foczkaka Re: czy to moja wina? 21.05.10, 13:31
        Wydaje mi się ze trzeba rozgraniczyć dwie sprawy:

        1. Oczywiście zachowanie Twojego męża jest karygodne. Nie radzi sobie ze swoimi
        emocjami. Nie powinien wplątywać w to wszystko dzieci. To nie podlega dyskusji.

        Ale:

        2.Napisałas:
        "Powiem tak: czuje sie jak ofiara przemocy. Wiem, że nie oznacza to,
        że nią jestem, ale tak się właśnie czuję.
        Prawdopodobnie jest we mnie cos takiego, co takie zachowania w
        facetach wyzwala, ale nie jetsem pewna, czy moge to rozważać w
        kategoriach swojej winy"

        I właśnei w tym sęk. Że czujesz się ofiarą. Że moze weszłaś w ten związek z
        takim piętnem ofiary. Być może jakieś na początku drobne odzywki męża, bo miał
        zły dzien, bo kazdemu sie zdarza przyjmowałas nie jak każdy, tylko jak ktoś kto
        zawsze jest ofiarą. Z przesadzoną czujnością, włączając od razu reakcje obronne.
        Nie wiem tego, ale być moze tak to sie zaczeło.
        Odebrałas cos zwykłego jako atak, wiec sama zaatakowałas. Mąż poczuł ze wtłacza
        sie go w role agresora i nie umie sobie z tym poradzić.

        I jeszcze raz mówie: nie usprawiedliwiam jego zachowań. Ale byc moze nie jest on
        od poczatku draniem, chamem, kims kto chce na Tobie i dzieciach wyrzyc swoje
        frustracje. Moze po prostu jak sama napisałas "bywasz wybuchowa, agresywna,
        natarczywa" i Twoj maż nie umie wobec tego inaczej sie zachowac. To zle ze nie
        umie, ale akcja powoduje reakcje.

        My z mężem tez czasem paskudnie sie kłócimy. Wystepuje jak najbardziej agresja
        słowna. I nawet jesli on mocno przesadzi, to ja nie jestem ofiarą. Przeciez nie
        jestem łagodnym swietym barankiem na którym on sie wyrzywa. Ale często prowokuje
        jego reakcje. Potem on prowokuje moją i tak sie mozemy kłócic w nieskonczonosc.
        I jesli zle sie dzieje w naszym małzenstwem to oboje jestesmy temu winni. Nie ma
        ofiar i agresorów. Po prostu jest dwoje ludzi którzy na siebie wpływają. I mimo
        ze chcieli by inaczej, czesto reaguja nie tak jak powinni.

        Oczywiscie możesz myśleć ze znow trafiłas na drania, widocznie takich
        przyciągasz. MOzesz myśleć ze to on jest ten zły. I tylko do niego miec
        pretensje ze popełnia błędy.
        A mozesz stwierdzic ze oboje sie pogubiliscie, ze moze on tez nie ma takiego
        małzenstwa o jakim marzył. Moze chciał po prostu kochającej zony, a nie kogos
        kto przy pierwszym nerwowym zfaniu odbierze go jak wroga.
        • kochamkotyijuz Re: czy to moja wina? 21.05.10, 14:22
          Oczywiscie możesz myśleć ze znow trafiłas na drania, widocznie
          takich
          przyciągasz. MOzesz myśleć ze to on jest ten zły. I tylko do niego
          miec
          pretensje ze popełnia błędy.


          No No tego sie trzymaj ; )nie ma jak to PECH ZYCIOWY nie?
      • marc.el Re: czy to moja wina? 21.05.10, 14:50
        Zastanawiałaś się nad swoim dzieciństwem??
        Co pamiętasz złego / dobrego??
        Jak Cie traktowano??
        i takie tam głupoty .....
        • kochamkotyijuz Re: czy to moja wina? 21.05.10, 15:05
          > Jak Cie traktowano??
          > i takie tam głupoty .....

          Zwlaszcza o te glopoty nam sie rozchodzi ; ))bo to kluczowe do
          analizy,hi hi.Co by potem dobrze prawic.
Pełna wersja