indygoiblekit
17.02.10, 11:01
Cześć,
Postanowiłam napisać o pewnym swoim problemie, bo potrzebuję spojrzenia z boku
i obiektywizmu, bo już sama nie wiem, jak to rozwiązać i czy jest w ogóle czym
się martwić.
Byłam wychowywana przez bardzo religijną matkę (ojciec chodzi do kościoła
raczej z przyzwyczajenia i z polecenia mamy niż dlatego że sam chce, ale
chodzi). Chodziłam do kościoła co niedzielę, modliłam się codziennie, brałam
udział w różnych parafialnych wydarzeniach, bo tak byłam wychowywana. Zawsze
miałam bardzo konserwatywne poglądy, typu nie dla rozwodów, seksu przed
ślubem, antykoncepcji itp. i byłam dumna z tego, że jestem taka niezłomna i
taka inna niż wszyscy i zarzekałam się, że tak będzie zawsze, że to jedyna
słuszna droga itp.
Ale około dwóch lat temu wszystko mi się odmieniło. Już nie uważam, że rozwody
to zło, że czystość przedmałżeńska jest taka wspaniała i potrzebna. Nie mam
potrzeby coniedzielnego uczestnictwa we mszy i codziennej modlitwy. Po prostu
zmieniłam się, może dojrzałam, przestałam widzieć pewne rzeczy jednostronnie,
staram się nie oceniać i nie zarzekać się, ze ja w takiej sytuacji to nigdy
nigdy...
Mój przyszły mąż też raczej nie należy do przesadnie religijnych, ale nie mogę
powiedzieć, że to pod jego wpływem zmienił się mój światopogląd, to był raczej
długotrwały proces, który dojrzewał we mnie. Teraz czuję się osobą spełnioną,
szczęśliwą, po prostu jestem sobą. Ale..
moja rodzina nie potrafi tego zrozumieć, szczególnie siostra. Wypytuje, czy
chodzę do kościoła, krytykuje na każdym kroku, jak to się zmieniłam, jak już w
ogóle zasad moralnych nie mam ( a mam, zapewniam), jak człowiek może się tak o
180 stopni zmienić. Ona sama co niedziela do kościoła, wszystkie zasady
Kościoła to świętość itp. Oczywiście nie znosi mojego przyszłego męża, który
nie jest grzecznym, religijnym chłopcem z jej wyobrażeń i co jakiś czas daje
mi odczuć, jak to źle wybrałam, i jak kiedyś mówiłam co innego, jaki powinien
być mój ideał mężczyzny i tym podobne. Ja już nie wiem, jak jej to tłumaczyć,
i czy w ogóle..jestem dorosła, mam prawo żyć jak chcę, ale nie mam ochoty
wysłuchiwać ciągłego jojczenia na swój temat, skoro nic złego nie robię. i
ciągłe przytyki typu tak byłaś wychowywana jesteś fałszywa byłaś zakłamana
Czy mam w ogóle nie reagować? Jak myślicie?