halapta
01.04.10, 14:11
Witam
mam poważny problem w małżeństwie.
W dniu ślubu znaliśmy się 6 lat, obecnie jesteśmy 5 lat po ślubie i mamy dwójkę małych dzieci.
Przed dziećmi było idealnie, sielanka normalnie., owszem czasem się kłóciliśmy ale o jakieś pierdoły i niezbyt zażarcie.
Mój mąż jest raczej osobą spokojną, powolną, to on zwykle dążył do zgody po kłótni. Ja jestem bardziej spontaniczna, jak coś robie to „migiem”, czasem mi się wydaje, że jestem bardziej zaradna życiowo i inteligenta.
Jak po studiach nie mogłam znaleźć pracy wspierał mnie bardzo i cierpliwie znosił „doły”. Ja uwielbiałam się nim opiekować, czasem mi mówił, że przesadzam. Obowiązki domowe mu odpuściłam.
Zapragnęliśmy mieć dzieci, cieszył się, gdy zaszłam w ciążę, razem chodziliśmy na wizyty do gina, urządzał pokój dla dzieci itd., ale jednak to wtedy zaczęły się nasze problemy:
źle znosiłam całe 9 m-cy (fizycznie, bo psychicznie to optymizm ze mnie tryskał), raz wylądowałam w szpitalu na patologi, mąż wtedy był opiekuńczy, ale czasem widziałam, że ma dość tego opiekowania się mną: nie nosiłam zakupów, cięższe prace w domu, nawet te „babskie” zostawiałam jemu, on niby nie robił wyrzutów, ale miał takie odzywki: „nie przesadzaj”, „dasz radę” etc. Niby nic, ale mnie one bolały, zwłaszcza, że ja zawsze koło niego skakałam, a teraz kiedy ja jestem potrzebująca...
Po porodzie chciał zajmować się dziećmi, ale jakoś tak niezdarnie mu to wychodziło. Miałam rożne pretensje, zwracałam mu uwagę, on złościł się na to, mówił, że mam pretensje „o wszystko”.
W dalszym ciągu był na bakier ze sprzątaniem i innymi obowiązkami domowymi, dopiero gdy robiłam awanturę, ze nic nie robi, ze wszystko ja, to się spinał i sprzątał i co tam jeszcze mówiłam to robił. Tak jest do dzisiaj, chociaż ma wydzielone konkretne obowiązki.
Życie intymne u nas można powiedzieć, ze zamarło, przyznaję, ze to moja wina. Nie potrafiłam się z nim kochać, kiedy miałam do niego o coś żal, a tych żali zbierało się coraz więcej. Niby rozmawialiśmy, on mówił, że mam rację, że źle postąpił, ja przeprosiłam, że wybuchnęłam, ale dalej jakoś tak wszystko między nami się psuło.
Przestałam z nim rozmawiać, jak dzieci poszły spać, nos wsadzałam w książkę, albo Internet. Zaczął mieć do mnie pretensje, ze go ignoruję.
Dzisiaj nasze małżeństwo jest w kiepskim stanie, nie umiemy normalnie rozmawiać, śpimy w jednym łóżku, ale obok siebie, zarzucamy sobie wiele.
Wczoraj w rozmowie powiedziałam mu, ze jutro (W Czw) chcę iść do kościoła, wyśmiał mnie, że normalnie nie chodzę i nagle mi się zachciało, mnie to zabolało, w odwecie zapytałam po co na święta chce jechać do rodziny (jego) skoro nie uznaje świąt, że można pojechać w każdy inny weekend., to on mi w odwecie, że możemy jechać do mojej rodziny (moja jest daleko i nie mamy możliwości ich odwiedzić tak o na święta) i wiedział, ze mi tym „dosra”.
No i zaczęła się jazda: zaczęliśmy sobie wypominać rożne przykrości z ostatnich dwóch lat, poszliśmy spać obrażeni.
On już inaczej się ze mną kłóci, krzyczy na mnie, wczoraj mi powiedział, że jestem cwaniarą, że się zastanawia po co ze mną jest, że seksu i tak nie ma...
Dzisiaj od rana ciągle mi się zbiera na płacz, najchętniej bym tym wszystkim pieprznęła, ale niestety mamy dzieci. Z jednym bym sobie pewnie dała radę i się tak nie bała, ale z dwójką to już trochę mnie przeraża samotne rodzicielstwo.
Idą święta, a ja nie mam ochoty udawać przed jego rodziną, że wszystko jest ok. Mąż powiedział, ze nie muszę jechać, on bierze dzieci i jedzie.
Niby nic nie mam na przeciwko, ale:
- z jednej strony mam ochotę go tak puścić, niech zobaczy jaki to miód zajmować się dziećmi, zwłaszcza, ze są teraz przeziębione więc marudne, do tego u teściów zawsze płaczą na początku bo mało ich znają.
z drugiej strony szkoda mi dzieci, żeby się męczyły (jednak jak jesteśmy w komplecie bezpieczniej się czuja),
Nie chcę się też uginać i wyciągać rękę: dobra jadę. Słowa się rzekły, jest mi przykro. Nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego.
Nie wiem, czemu piszę na forum, może chcę się wyżalić (to na pewno), ale i może usłyszeć które z nas jest wredne i winne. Wiem oboje.
uff nie wierzę, ze ktoś i tak przeczyta to do końca, a co mi tam