ona1.23
31.05.10, 11:38
Witam wszystkich serdecznie.
Chciałabym przedstawić sytuację jaka panuje w naszej rodzinie i
prosić o opinie, bo ja już nie mam sił i pomysłów.
Wraz z mężem jesteśmy bardzo szczęsliwi w naszym związku. Mmay
synka, a niebawem urodzi się nasza córeczka. Między nami jest
wszystko ok, ale nasze mamusie - co jedna to lepsza. Opiszę relacje
z każdą z nich.
Zacznę od mojej mamy. Nigdy nie byłam z nią związana emocjonalnie, a
to dlatego, że nie liczyła się nigdy z moimi uczuciami.Dla niej
zawsze ważna była tylko jej mama(moja babcia). Zostawiła mnie bez
środków do życia i jakiejkolwiek opieki w wieku 18 lat z ojcem
alkoholikiem, który nie poczuwał się nigdy do obowiązku wychowania
dziecka.Zostawiła mnie bez skrupułów w pustym pokoju, nawet tv mi
zabrała.Oczywiście wyprowadziła się do babci.Na ślub przyszła tylko
do kościoła bo tak wypadało, ale z taką miną, że wolałabym żeby jej
tam nie było.Na przyjćie nie chciała przyjść, bo nie było zrobione
wg jej na odpowiednim poziomie. Nie stać nas wtedy było na wystawne
wesel, więc zrobiliśmy skromne przyjęcie w domu.Pojechaliśmy do niej
z mężem poprosić żeby jednak przyjechała- efekt...nie otworzyła
drzwi.Było jeszcze kilka takich sytuacji, które w głowie się nie
mieszczą, że matka moze tak zrobić swojemu jedynemu dziecku. No ale
tak jak pisałam na początku - najważniejsza jej mamusia.Relacje z
naszym synem -żadne.Poszła z nim pierwszy raz na spacer jak miał
prawie 6 lat.Chyba sytuacja ją zmusiła bo teraz została sama jak
palec(babcia zmarła).Urodziny synka, przyszła z prezentem. Dziecko
prosi ją, żeby pobawiła się z nim w jego ulubioną grę.Oczywiście
padło suche babcia jest zmęczona. Siadła przed tv i oglądała M jak
miłość. Kurcze ręce mi opadły. To po co przychodziła,pytam?Umęczyła
nas swoją wizytą.Była taka wymuszona i sztuczna jak te całe relacje
z wnukiem i nami.Oczywiście mogę zapomnieć o jakiejkolwiek kobiecej
pomocy.Mówię jej, że nie mam siły, źle się czuję(końcówka ciąży), a
muszę poprasować wszystkie ubranka, mieszkanie wysprzątać po
remoncie - słyszę śmiech i nic.Pomoże mi mąż, ale na moją pomoc
niech też już nie liczy. Mam wrażenie, ze ona jest zwyczajnie
zazdrosna o to,że nam z mężem się układa, wiedzie a ona miała takie
szare i smutne życie.No przecież to nie moja wina, ze wolała z
mamusią mieszkać, prawda?
Czas przejść do teściowej...Temat rzeka.Od samego początku nie było
jej na rękę, że syn chce założyć swoją rodzinę.Padały potajemne
sugestie, żeby się zastanowił i czy jest pewny ślubu(syn miał
wówczas już 2 lata)więc pobraliśmy się świadomie i z wielkiej
miłości a nie wpadki.Po ślubie przez jakiś czas było ok.Wróciłam do
pracy zawodowej i się zaczęło wtrącanie.Fakt,że przez jedne wakacje
zajmowała się synem, ale ile nas to nerwów kosztowało, to głowa
mała.Mijaliśmy się z mężem w drzwiach, taką mieliśmy
pracę.Oczywiście jak nie miała humoru to padały hasła do mojego męża
jak odbierał syna, typu "niech mamusia wie,że ma dziecko w domu". W
dupie miała to, ze na twarz padaliśmy ze zmęczenia.Miała wtedy nad
nami przewagę,bo byliśmy od niej zależni pod względem opieki nad
małym(sama zadeklarowała pomoc, zeby nie było).Po jakimś czasei
zaczęły się naloty w naszym domu, sprawdzanie zawartości lodówki
itd.Próba ustawienia nas pod swój rytm dnia i życia. Nie widziała
tego, że ona nie pracuje i ma czas na sprzątanie od samego rana i w
ogóle na taki dopracowany tryb życia. My żyjemy po swojemu i dla
siebie, ale ona nie portafiła tego uszanować.Przeszła samą siebie
dzwoniąc do mnei pewnego dnia i krzycząc mi do słuchawki, że mam się
zastanowić co robię bo dziecko jest głodzone w domu i takie
tam.Obydwoje z mężem oddalibyśmy wszystko dla naszych dzieci,a ona w
taki sposób zagrywa.Jak tak można?Wtedy mały chodził już do
przedszkola.Od tego czasu minął rok.Kontaktu zero.Mąż próbował
wyciągną rękę, ale foch.Na śweita Bożego narodzenia wciągnęła w
swoje rozgrywki ciocię,opowiadając jej przez telefon jak ona to
liczy na to,że przyjedziemy do niej złożyć życzenia bo ona taka
samotna.Mówię, dobra jedziemy ze względu na dziecko.Chęć pogodzenia
była ale tylko z moim mężem.W jej przekonaniu to ja ją powinnam
przeprosić,za to, że oskarżyła mnie że głodzę własne dziecko-żenada!
Padła deklaracja zgody, ok.Trwało to miesiąc, po czym powiedziałam o
nie! Dalej tak nie będzie.W jakichkolwiek kontaktach zwracała się
tylko do mojego męża i syna.Mamusi nie było.Mamusia niewidoczna,
pomijała mnie celowo.A w imię czego mam dawać się tak poniewierać?
Przecież ja nic złego nie zrobiłam.Minęło kolejne pół roku bez
żadnego kontaktu, po czym zadzwoniła z informacją, zeby syna
przyprowadzić do jedengo z centrum handlowego bo chce mu kupić
zaległy prezent na urodziny.No czujecie?Poszłam z mężem, a co.Brzuch
wiszy ode mnie, ale żadnej reakcji, pytania o wnuczkę.Nic.
Powiedzcie sami, czy to my z mężem jesteśmy nienormalni czyte babcie
mają niepokolei w głowach? Ani jedna ani druga nie potrafią cieszyć
się z naszego szczęścia i z tego, że dajemy sobie w dzisiejszych
trudnych czasach radę. Siedzą obydwie same w swoich domkach i jedną
skręca z zazdrości a druga jadem tryska na kilometr.
Postanowiliśmy z mężem odciąć się od nich bo tylko krew psują a
pożytku żadnego.A może mamy je przeprosić za to, że jesteśmy
szczęśliwi a im się nie udało? (teściowa też po rozwodzie).
Też tak macie? Ja wiem napewno, moje dzieci zawsze będą mogły liczyć
na mnie i męża.Do końca dni naszych.