aryanna
01.06.10, 19:07
A ja Wam powiem, że poznać kogoś "normalnego" to cholerny problem. I dodam
jeszcze, że niektórzy mężczyźni swoim zachowaniem sami prowokują kobiety do
określonych zachowań, ba, mało tego, sami wyrabiają w kobietach pewne reakcje
(to do tych, którzy mówią, że kobiety idą tylko na kasę, są wygodne, leniwe,
itp, itd). Jako przykład podam Wam moją osobę. A raczej dwóch mężczyzn, z
którymi byłam i rozstałam się, skrajnie różnych od siebie. Na początek napiszę
kilka słów o sobie, by Wam dobrze "naświetlić" sytuację, w której się obecnie
znajduję.
Jestem 30-letnią kobietą, po rozwodzie, samotnie wychowującą 6-letnią córkę.
Uważam się za osobę atrakcyjną, dość dobrze ubraną. Nie pale i nie piję.
Skończyłam studia i jestem niezależna finansowo, znam biegle 3 języki obce.
Uwielbiam muzykę (przede wszystkim) i książki. A teraz o mężczyznach....
Pierwszy z nich to mój były mąż....przed ślubem byliśmy razem przeszło 5 lat,
był moją wielką miłością, to dla niego poświęciłam spory kawał życia, gdy inni
imprezowali ja zostawałam w domu i czekałam na niego, to on był moim pierwszym
facetem w łóżku. I.....to od niego usłyszałam (po ślubie) po raz pierwszy że
"kobiety nie mają mózgów", to on mnie po raz pierwszy uderzył, po koniec
małżeństwa doszło do tego,że zabraniał mi kupować cokolwiek do ubrania (kupuje
się wtedy, gdy się podrze), mimo że zarabiałam więcej od niego, kazał mi
wpisywać do specjalnego zeszytu wszystko, co każdego dnia kupię.Dodam jeszcze,
że jego strach o pieniądze był wówczas całkowicie bezpodstawny, gdyż jeszcze
przed ślubem byłam finansowo niezależna, pracowałam i studiowała, co niejako
wyrabia w człowieku ogromną samodyscyplinę finansową.Wyrachowany, obliczony co
do grosza. Już w momencie, gdy dawał mi pierścionek zaręczynowy, powiedział
żartem "następny będzie za 10 lat". Szkoda tylko że byłam na tyle naiwna, że
nie zapaliło mi się czerwone światełko. Pewnego dnia postanowiłam odejść.
Spakowałam kilka najważniejszych rzeczy i wyjechałam wraz z córeczką (była
jeszcze malutka, nic z tego nie pamięta).
Od czasu rozwodu upłynęło trochę czasu ...i przez znajomą poznałam Jego. Był
skrajnie różny od mojego byłego męża. Kawaler, równolatek,
romantyk....chodząca miłość i dobroć, dla którego kasa w ogóle nie miała
znaczenia, wręcz przeciwnie, potrafił wydać na coś dla mnie czy dla mojej
córeczki spore sumki, przy czym sam zachowywał wielką skromność. Po kilku
miesiącach znajomości, regularnego spotykania się wprowadził się do mnie. Było
wspaniale między nami ...przez 3 lata. Powoli zaczęła mnie drażnić jego
beztroska finansowa, to ja musiałam się martwić, by rachunki były opłacone,
byśmy mogli żyć na pewnym poziomie, pracowałam na 2 etaty, brałam każde
nadgodziny, wszystkie możliwe dodatkowe zlecenia, starałam się by moi ukochani
czyli córka i narzeczony (bo wyznaczyliśmy sobie datę ślubu) mieli dobrze,
byśmy byli szczęśliwi, i ...brnęłam w coraz gorszą frustrację, podczas gdy on
przynosił najniższą krajową, po wypłacie potrafił jeszcze przyjść do domu z
zabawką dla córki i kwiatami dla mnie. "Na dobicie" mówił jeszcze: przecież
jesteś zdolna, ambitna, możesz czuć się spełniona. Znajomość zakończyłam z
własnej inicjatywy, po sprzeczce, w której powiedział, że nie będzie dokładał
ani grosza do mieszkania, w którym wspólnie mieszkaliśmy (mieszkanie jest na
mnie, on był zameldowany tymczasowo, a na stałe był zameldowany u rodziców w
stolicy).
i podsumowując....powiedzcie, co ja robię źle, że już od dłuższego czasu
pozostaję samotna? Czy Wy, mężczyźni, lubicie milutkie idiotki, które tylko
podstawią Wam pod noc jedzonko i o nic nie pytają? Bo ja raczej zaliczam się
do takich, z którymi można pogadać, i odnoszę wrażenie, że...wielu mężczyzn
się mnie po prostu boi. Tylko nie wiem dlaczego. Znam się na wielu "męskich"
rzeczach: remontowanie mieszkań, komputer, muzyka (ta ostra, najbardziej
ekstremalna), uwielbiam samochody terenowe, mam wiele marzeń, których nie
spełniam, bo po prostu...nie mam z kim. Przyznaję, nie jestem dobrym
"materiałem" na kurę domową, (gotuję od czasu do czasu, w weekendy,w tygodniu
córcia je w przedszkolu, a ja na mieście), ale czy to musi koniecznie oznaczać
samotność? i jeszcze jedno...bardzo, bardzo kocham swoją córkę, i jeśli
kiedykolwiek spotkam mężczyznę, którego obdarzę miłością, to córka nadal
pozostanie dla mnie priorytetem i niedopuszczalne jest, by mój partner dziecko
tylko "akceptował". Chciałabym, aby to było coś o wiele głębszego, niż zwykłe
stwierdzenie, że "dziecko mu nie przeszkadza". Mam nadzieję, że ktoś mi
doradzi co powinnam zrobić, bo powiem Wam że jakiś czas temu zupełnie
straciłam ochotę na jakiekolwiek "poszukiwania" mężczyzny. Jak powinnam
postępować, by jednocześnie być sobą, czyli być atrakcyjna, zadbana, seksowna,
mieć swoje zainteresowania, kontynuować dotychczasowe hobby, i jednocześnie
nie dać się zepchnąć do pozycji "kury domowej", bo z tego co widzę, to
mężczyznom tylko o kogoś takiego chodzi....