cantodeum
11.06.10, 22:32
Jak w temacie.
Od samego początku. Problemem jest to, że jestem... mało kobieca.
Brak kobiecości objawia się u mnie w charakterze, przede wszystkim
nie mam w sobie żadnych cech, które chciałoby się widzieć u przyszłej
synowej: opieram swoje życie nie na emocjach, tylko na kalkulacjach,
mam decydujące zdanie w wielu sprawach, nie okazuję uczuć, nie
pozwalam nad sobą dominować. Nie mam też typowej dla kobiety
delikatności i uczuciowości w kontaktach z ludźmi, mówiąc szczerze:
jestem egoistką najczystszej wody. W dodatku mam spore ambicje
zawodowe i nie jestem skłonna do poświęceń.
Do tego wszystkiego doszedł ostatnio fakt, że w rozmowie z rodzicami
mojego narzeczonego, zmuszeni zostaliśmy do zadeklarowania się, czy
po ślubie (sic!) mamy zamiar mieć dzieci. Przedstawiliśmy naszą
wspólną decyzję, że nie. To spotkało się z ogromną dezaprobatą ze
strony moich przyszłych teściów, która odbija się już ponad pół roku
na mojej osobie - jestem poniżana, obwiniana o wszystkie
niepowodzenia w jego życiu, stawia się mnie w bardzo negatywnym
świetle, wręcz robi się ze mnie potwora.
Utrudnia mi to życie.
Nie mówcie mi, że kiedyś zmienię zdanie, że obudzą się we mnie
instynkty macierzyńskie - otóż nie, nie obudzą się - nie mam w swoim
życiu ani instynktu macierzyńskiego, ani samozachowawczego (tak,
mówię poważnie). Męża i życie chcę dla siebie, nie dla reprodukcji,
która zakończyłaby jakkolwiek rozumianą atrakcyjność życia i świata z
mojej perspektywy. My w naszym związku oboje jesteśmy szczęśliwi,
jeszcze znosimy te wszystkie upokorzenia i nadal planujemy ślub - ale
naprawdę, trudno, coraz trudniej - widzę, że działania ze strony jego
rodziców są wyraźnie nastawione na rozbicie tego związku właśnie z
powodu mojej niechęci do rozmnażania.
Jak sobie z tym paskudztwem poradzić?
--
Światoobrazy prywatne