duzapanna
15.06.10, 00:13
dotyczy to poprzedniego wątku - mojego męża ogladajacego porno i chodzącego na
czaty. Męczylismy sie kilka dni i wreszcie doszło do rozmowy. On zaczał.
Zaczął od przepraszania i obiecywania ze juz nigdy nic itd, czyli jak zawsze.
Ale po czasie przyznał ze nie widzi nic złego w tym co robi. Dla niego
ogladanie pornoli, czatowanie, masturbacja, to jedno i to samo czyli nic
złego. Nie miałby nic przeciwko temu gdybym ja też to robiła. To nie jest
zdrada. Nic nie daje tłumaczenie. Ok on mi moze obiecac ze juz nigdy tego nie
zrobi, ale jak ja mam mu ufac? Nie ufam mu, nie wierze.
Zreszta sam powiedział ze ma z tym problem i trudno mu sie powstrzymać. W tym
momencie kręci. Bo raz mówi ze nie ma zadnego problemu, ale przeciez nie
przyzna ze robi to z pełną premedytacją. Raz mowi ze ma problem i nie panuje
nad sobą. Ale nie pojdzie do zadnego specjalisty.
Moje zycie sie wali. Gdybym kiedykolwiek przed slubem przypuszczała ze takie
jest jego podejscie, to nie brałabym slubu. Trudno mi uwierzyc ze az tak sie
pomysliłam. A nie byłam nigdy zamroczona uczuciami.
Doradzicie mi rozwód, ale ja nie chce sie rozwodzić. Rozwód to cos co nie
miesci mi sie w głowie. Jest presja rodziny, otoczenia, wreszcie jest jakas
mala nadzieja ze ten zly sen sie skonczy.
Po drugie jestem zwiazana finansowo. Mamy kredyty, wspolne zobowiazania,
poniewaz zarabiam duzo mniej, nie poradze sobie z połową tych zobowiązan sama.
Najbardziej bym chciała, zeby okazało sie to wszystko jakas jedna wielka
pomyłką, okrutnym zartem, zeby wróciło do "normy".
Przyszłosc zapowiada sie tak ze zyjemy ze soba jak znajomi, jak kumple.
Dystansujac sie jakos do siebie. NIe wiem.
Co ja mam robic? :(