efva
23.06.10, 16:45
Czytam od pewnego czasu forum. Czytam, bo strata partnera zwłaszcza
dla kobiety jest koszmarem. Ona zawsze przezywa mocniej, gorzej,
dłużej. O tym jestem przekonana.
Nie daje mi spokoju jednak kwestia.. fizjologiczna żałoby.
Zależałoby mi, by to dobrze określić i jednak dobrze być zrozumianą.
Piszecie, ze są nawroty, że nawet po roku, 2 zagrzebane uczucia
powracają. Wynika to więc w pewnym sensie ze specyfiki takiej traumy,
a z drugiej strony, czy nie jest tak, ze pewne procesy się przedłuża,
by.. np. nie przechodzić do nowych etapów. Bo w pełni uzasadnione
jest dla mnie cierpienie do roku, dwóch, ale co potem? Przecież
intensyfikacja tych uczuć jest mniejsza. Rozumiem, ze są przebłyski,
momenty gdzie cierpienie naciera podwójnie, ale są one zapewne coraz
rzadsze. Czy pomagacie tym uczuciom w Was pozostać? Nie chodzi mi już
nawet o wyrzekanie się ich, tylko w pewnym sensie utrwalanie,
kultywowanie tego w sobie. Pielęgnowanie czegoś, co ma mniejsze
natężenie, co nie wywołuje już torsji i ataków duszności. Możliwe, ze
mam na myśli nigdy-nie-przemijający smutek, gorycz.
Czy w momencie w którym tak niewiele w Was tego pozostało, bo minęło
np. 5 lat, to wciąż czujecie się pokrzywdzone, tak świeżo
pokrzywdzone, z dziurą i krwawiąca raną? Czy można zamknąć ten
rozdział? Definitywnie? trzasnąć drzwiami i starać się np. układać
życie, albo też nie poczytywać tego jako potępienie na cale życie.
Czy można zaakceptować ten fakt, potraktować jak każdy inny,
popatrzeć na niego jako na coś co po prostu przytrafiło się
np. koleżance która po raz 3 poroniła, albo człowiekowi, który przy
trzeciej probie samobójczej skręcił sobie kark?
Czy żałoba jest fizjologiczna?