kravdra
14.07.10, 15:23
Jesteśmy ze sobą 5 lat, mamy dziecko, spodziewamy się drugiego – chcianego i planowanego. Jestem w ostatnim trymestrze ciąży, co wiąże się z częściowym ograniczeniem mojej sprawności, większym zmęczeniem, itp. Mimo tego, zawsze staram się możliwie pomagać mojemu mężowi, z racji tego, że pracuje dłużej ode mnie, do tego na bardzo odpowiedzialnym i stresującym stanowisku. Zawsze byłam osobą samodzielną i nierozczulającą się nad sobą, nikogo nie proszę o pomoc, jeśli mogę coś zrobić sama. W naszym małżeństwie to ja jestem odpowiedzialna za płacenie rachunków, planowanie urlopów, zadania typu „research” na jakiś temat, i tym podobne organizacyjne zadania (w przypadku większych spraw, on dostaje ode mnie gotowe propozycje i razem wybieramy). Na początku ciąży umówiliśmy się, że to on kąpie i wozi nasze dziecko (bo trzeba podnieść, żeby włożyć do wanny i do fotelika, a ja nie powinnam już dźwigać), ale często robię to sama z własnej inicjatywy, bo chcę mu po prostu pomóc, dać trochę wolnego czasu, który dramatycznie się skurczy po urodzeniu drugiego dziecka. Sama zaproponowałam mu, żeby częściej wychodził na rower czy siłownię, bo to się niedługo skończy, choć wiąże się to z tym, że mam mniej czasu dla siebie.
I co za to dostałam? Kiedy proszę teraz o pomoc mojego męża, słyszę, że realizuję swoje plany jego rękami (chciałam, żeby położył coś na półkę, do której nie dosięgnę bez wchodzenia na krzesło i przeniósł ciężką rzecz na inne miejsce). Zrobiłam mu listę rzeczy do załatwienia, żeby ułatwić mu organizację własnego czasu (zadania typu: umówić się do dentysty, okulisty, wyrobić sobie paszport) i dowiedziałam się, że to zamach na jego wolność! Nie mogę się doprosić, żeby wreszcie zdecydował, co z remontem, który mieliśmy zrobić przed urodzeniem małego. Mam niższą tolerancję bałaganu niż on, ciągle walczę o to, żeby odkładał swoje rzeczy na miejsce. To prawda, że jestem osobą dość niecierpliwą i jeśli już proszę, to spodziewam się, że prośba zostanie spełniona, ale denerwuję się, jeśli muszę o coś prosić tysiąc razy, a przy okazji usłyszeć, że zrzędzę.
Czy to normalne, żeby tak traktować kobietę w ciąży, którą podobno się kocha?! Wydaje mi się, że ludzie powinni sobie nawzajem pomagać bez pretensji, a tymczasem więcej troski o mnie przejawiają moi koledzy z pracy! Mąż twierdzi, że to nienormalne, żeby na niego spadało 70% obowiązków domowych, ale te codzienne akurat ograniczają się pozmywania naczyń, wyniesienia śmieci i posprzątania po sobie. Większe, okazjonalne obowiązki typu cotygodniowe zakupy wiążą się z tym, że ktoś musi zostać z dzieckiem i jest to oczywiście mój obowiązek. Tymczasem ja codziennie robię pranie, wycieram kurze, sprzątam pokój dziecka i porozrzucane zabawki w innych pokojach, przygotowuję śniadania, załatwiam wszystkie sprawy organizacyjne i mnóstwo innych drobiazgów, które zsumowane zajmują naprawdę sporo czasu. Nawet gdyby rzeczywiście miał więcej pracy w domu niż ja (co, jak sądzę, nie jest prawdą, ale nie wiem jak to policzyć ;)), chyba nie byłoby nic zdrożnego w tym, żeby przez tych kilka trudnych dla mnie miesięcy się z tym pogodzić.
Kłócimy się średnio raz w miesiącu, zwykle o coś, co ja robię według niego źle. Przyznaję, nie jestem święta, ale są to zwykle drobiazgi, wynikające raczej z tego, że czasem nie zwracam uwagi na rzeczy, które nagle okazują się ważne dla niego. Zdarza nam się kłócić o sposób wychowywania dzieci, bo nasze poglądy nie są tu identyczne. Poważny kryzys, od którego zaczęło się to całe wyliczanie „kto robi więcej” mieliśmy po urodzeniu pierwszego dziecka, ale od początku naszego związku zdarzały nam się spięcia. Kłótnie zwykle wyglądają tak, że on się do czegoś przyczepia w bardzo nieprzyjemny sposób, ja w końcu zaczynam płakać, po czym następują ciche dni – on się obraża, bo płacz to przecież manipulacja (!). W końcu zaczynamy rozmawiać i choć w końcu dochodzimy do porozumienia, to prawie nigdy nie słyszę „przepraszam” i czuję się trochę przegrana. Mimo że jestem dość elokwentna, to on zawsze zapędzi mnie w kozi róg swoją żelazną logiką i często muszę wbrew swoim uczuciom przyznać mu częściową rację.
Co robić? Poza tymi kłótniami naprawdę się kochamy i w sumie to mnie zawsze w nim najbardziej pociągało, że jest pewnym siebie, miażdżąco inteligentnym i niezależnym facetem, którego można podziwiać. W moich poprzednich związkach, to ja byłam tą mądrzejszą i nie było mi z tym dobrze, a wręcz wstydziłam się za moich partnerów. Jak widać, przegięcie w drugą stronę też nie jest najlepsze. Jest dobrym, kochającym ojcem, uwielbianym przez nasze dziecko, ale bardzo źle znosi nieposłuszeństwo, denerwuje się i krzyczy, a mi się jeszcze dostaje za to, że rzekomo za dużo pozwalam. Choć jestem osobą impulsywną, musiałam nauczyć się panować nad okazywaniem emocji w takich sytuacjach, choć w środku się gotuję, bo wiem, że mój wybuch tylko pogorszy sprawę i prawdopodobnie wywoła kolejną kłótnię.
Kocham go, ale są chwile, kiedy go nienawidzę i zastanawiam się, czy nie powinniśmy się rozstać. Strasznie mnie rozbijają te kłótnie. Męczą mnie ciche dni, ale nie jestem przekonana, czy to ja powinnam zawsze pierwsza wyciągać rękę. Jest dobrym, kochającym ojcem, uwielbianym przez nasze dziecko, ale bardzo źle znosi nieposłuszeństwo, denerwuje się i krzyczy, a mi się jeszcze dostaje za to, że rzekomo za dużo pozwalam. Uważam, że jest niesprawiedliwy i nigdy nie pogodzę się z tym, żeby ktokolwiek podnosił głos na mnie albo moje dzieci.
Dodam, że proponowałam mu wspólną wizytę u psychologa, ale on się na to nie zgadza. Proszę o radę, jak postępować z człowiekiem, którego kocham, a który mnie rani. Czasem myślę, że sama sobie na to zasłużyłam, bo jestem dla niego za dobra.