funix
25.07.10, 15:46
Pani Agnieszko, chciałbym nawiązać do Pani wypowiedzi z innego wątku:
forum.gazeta.pl/forum/w,898,97244169,97315336,Re_brak_empatii_u_meza.html
Czy podsumowałaby ją Pani tak samo, gdyby to mąż pisał o żonie? Ja w każdym
razie mam jakieś problemy z uznaniem, że decyzja należy do mnie i ...nikomu
nic do tego.
Jesteśmy małżeństwem od 30 lat. Ono zaczęło się już źle, a przetrwało tak
długo tylko dlatego, że wiele razy zaczynaliśmy „od nowa”. Po 13 latach
dotarło do mnie, że sam siebie okłamuję, że nie jest to stan przejściowy,
mający swoje uzasadnienie w jakichś przyczynach zewnętrznych, tylko
permanentny stan charakterologicznego niedopasowania się nie rokujący na zmiany.
Żeby mieć czyste sumienie wobec dzieci (sam jestem z rozbitej rodziny)
zdecydowałem, że muszę wytrwać do ich pełnoletniości i wyznaczyłem sobie
termin: 01.10.2010. Oczywiście podejmowałem w tym czasie wiele prób. Za
ostatnią mogę chyba uznać moją wizytę w poradni rodzinnej przed 6 laty.
Mieliśmy się tam potem zjawić razem. Długo żonę namawiałem.
Przed 3 laty przyznałem się, że „nie wyrabiam psychicznie” i zamierzam wybrać
się do psychiatry, może mi tam coś dadzą... „Dawno się tam powinieneś
wybrać”-usłyszałem. Rozpoznano depresję i dostałem mirtazapin. Ale przecież
nie da się tego brać i ...utrzymywać czteroosobową rodzinę na emigracji –
wolne żarty!
Pół roku temu ktoś dał mi wskazówkę: aleksytymia. Moja pierwsza reakcja:
absurd, psycholog, który ma problem z nazwaniem własnych uczuć?! Teraz nie
mam wątpliwości, to jest podręcznikowy przypadek! Tylko co z tego wynika dla
mnie, dla niej?
Decyzję (która należy do mnie) już podjąłem, pod pretekstem zmiany miejsca
pracy (od 01.10.10!!) wyprowadzam się. Córka marzy o zamieszkaniu z chłopakiem
w najbliższych miesiącach, syn wyjeżdża na rok z kraju. Żona ma od blisko roku
(wreszcie!!) pracę w domu starców (z chorymi na demencję) w innym mieście.
Jak to wszystko odbierają dzieci, nie wiem i boję się pytać. Co miałbym im
powiedzieć?
Przed paroma dniami wyrzucałem przy synu zwiędłe (kupione przeze mnie) róże.
Powiedziałem: „Spójrz, po prostu nikt im nie zmienił wody! Powinienem był o
tym pomyśleć!”, jego komentarz: „W tej rodzinie jest za mało miłości”.
Jak dalece jestem odpowiedzialny za to, że dla naszych dzieci nasze małżeństwo
i nasza rodzina są antywzorem?..
Gdybym 6 lat temu wiedział o aleksytymii, pewnie nie ustąpiłbym wówczas tak
łatwo. Co mogę zrobić teraz? Jeśli cokolwiek można zrobić – mogę to tylko ja.
Ale czy po 30 latach samotności i traktowania jak aparat wielofunkcyjny można
mieć jakąś motywację? Przykro mi, ale ja już jej nie mam!
Jak oceniam perspektywy samodzielnego życia mojej żony? Bardzo źle...
I mimo to decyzja należy tylko do mnie?
Pozdrawiam
PS
Czy jest jakieś forum, może grupa samopomocy dla rodzin z aleksytymikami?
Może wymiana doświadczeń miałaby sens?