kaszmira
16.08.10, 23:22
Związałam się z facetem, który nie ma rozwodu z żoną, choć ich małżeństwo
istnieje (podobno) tylko na papierze. Przede mną prowadził hulaszczy tryb
życia, miał dużo przelotnych przygód (oficjalnie ciągle będąc mężem).Ona o
mnie wie, właściwie wszyscy o nas wiedzą, mieszkamy razem rok. Kiedy
zaczęliśmy się spotykać nie wiedziałam, że nie jest rozwiedziony, dowiedziałam
się po dwóch miesiącach, a wtedy było już za późno. Choć ta informacja
zawaliła mi świat, nie potrafiłam od niego odejść. Dla mnie był ideałem,
zakochałam się. I kocham go dalej. On snuje plany na wspólną przyszłość, chce
mieć ze mną dziecko, rodzinę. Tylko coś mu się do rozwodu nie spieszy.
Twierdzi, że czeka na "odpowiedni moment". Choć twierdzi, że z żoną nic go nie
łączy, gdy jedzie do de facto swojego rodzinnego domu nocuje tam. Ona tam
mieszka. Ponoć sypialnie są na osobnych piętrach.
Świąt ze mną nie spędził. Sylwestra też. Ona jest ciągle obecna w naszym
życiu. Wczoraj był w szpitalu. Gdy ja czekałam na niego w poczekalni on
napisał do niej, żeby ją o ww fakcie poinformować. Wiem, że pojawiają się
razem na rodzinnych imprezach. On mówi, że mnie nie oszukuje, ale nigdy nie
zabrał mnie do swojego miasta. Jeździ tam średnio raz w miesiącu na 2-3 dni.
Nie wierzę mu już. Nie ufam. Straciłam wiarę w jego szczere intencje, nie mogę
znieść życia z jego "jeszcze żoną" w tle. To mnie zabija od środka. Nie mogę
jeść, jestem nerwowa. Ciągle chce mi się płakać.
Nie potrafię żyć we trójkę. Nie zasłużyłam na to. Ta kobieta zresztą też,
nawet jeśli to prawda co on mówi. Choć uważam, że to stek kłamstw. Bo czy
kobieta, której małżeństwo jest obojętne prawi ciągle złośliwości? Ona przy
każdej okazji próbuje mi dokopać. Dla mnie jest to dowód, że ona chciałaby
może ratować ten związek. A może boi się innych rzeczy. W końcu nie pracuje,
po rozwodzie standard jej życia drastycznie spadnie. Może dlatego akceptuje
wieczne przygody męża, który zabawia się rok, dwa z panienkami, ale jednak się
nie rozwodzi.
Coś czuję, że wbrew jego słowom jestem właśnie tylko taką panienką. Czuję się
jak szmata. Żebrzę o normalne życie i nie wiem już do cholery w imię czego.
Chyba tej mojej głupiej, brudnej miłości.
Straciłam ochotę i sens życia. Jest mi potwornie źle, a mimo tego nie potrafię
odejść. Chciałabym być tak silna, żeby go zostawić i zacząć normalnie żyć,
zacząć cieszyć się każdym dniem. Kiedyś miałam pasje, marzenia. Teraz chodzę i
beczę jak jakaś histeryczka. Mam żal do siebie, że weszłam w takie bagno. I
jeszcze większy, że nie potrafię z niego wyjść.