moni_darko
27.09.10, 09:05
Witam wszystkich.Właściwie to chcę się tylko wygadać(wypisać),bo nie stać mnie na psychologa,przyjaciółce nie chcę zawracać głowy,a mężowi chcę oszczedzić mojego narzekania.
Przyczyną moich problemow jest konflikt z matką i w ogóle relacje z nią.Zawsze myślałam,że mam super kontakt z matką,że jesteśmy przyjaciółkami,że jesteśmy bardzo zżyte,na pewno bardziej niż moje koleżanki ze swoimi matkami.Byłam zawsze wobec niej szczera,wszystko jej mówiłam,nigdy nie okłamywałam.Właściwie wiedziała wszystko,do wszystkiego się wtrącała,ale ja byłam tak wychowana,że sądziłam,że tak ma być,że mamy więź.O tym,jaka to więź przekonałam się,gdy wyszłam za mąż i zapragnęłam mieć wreszcie swoje prawdziwe życie.
Zacznę od początku,żeby nakreślić problem.
Moje dzieciństwo to koszmar ciągłych awantur w domu z rzucaniem talerzami,biciem,wulgaryzmami.Ciągły strach przed niezadowoleniem rodziców,a niezadowoleni byli ciągle:ze mnie,z siebie nawzajem,z życia.Najgorsze jest to,że na zewnątrz trzeba bylo udawać dobrą,porządną rodzinkę.Nigdy nie umiałam ich krytykować,nic nikomu nie mówiłam.Ojciec jest porywczy,agresywny,byle co wyprowadza go z równowagi.Do tego jest despotą,który nie pozwala nikomu mieć swojego zdania.Zawsze się go bałam.Nie muszę chyba dodawać,że nie pochwalił mnie nigdy.Z matką sprawa jest bardziej skomplikowana.Matka jest strasznie porąbana,krótko i dosadnie mówiąc.Jednocześnie jest apodyktyczna,chce wszystkich ustawiać i tyranizować,a z drugiej strony udaje wiecznie ofiarę ojca,na niego zrzuca odpowedzialność za wszystko,co złe.Do tego ma kłopoty z psychiką,od kiedy tylko pamiętam jedzie na psychotropach.Ma swoje wymyślone,urojone problemy i cały dom musiał się do niej zawsze dostosować.A były to naprawdę kosmiczne historie.I oczywiście na zewnątrz udawanie,wymyślanie usprawiedliwień dla jej dziwacznych zachowań i dla moich też,bo musiałam się dostosować do jej wymagań.Byłam wspaniale wytresowanym dzieckiem.I bardzo smutnym dzieckiem,które nie umiało nawiązać kontaktu z rówieśnikami,zawsze czuło się gorsze,ciągle się bało i wstydziło.Oczywiście byłam prymuską,same szóstki,pochwały w szkole.W domu-przejęłam wszystkie obowiązki,bo mama się ciągle źle czuła,ciągle coś jej dolegało,jakieś wyimaginowane choroby.Więc od najmłodszych lat sprzątałam,gotowałam.Sama.Teraz się zastanawiam,skąd w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł,że mam super kontakt z moją matką?Chyba ona mi to wmówiła,bo wszędzie chodziłyśmy razem,głównie na zakupy,które są jej hobby(a raczej obsesją).Gdy byłam z kimś umówiona,a ona mnie potrzebowała,musiałam zmienić swoje plany.No ale przecież mama jest najważniejsza.I jak już wspomniałam,wiedziała o mnie wszystko.Ona umie dobrze przesłuchiwać,a ja nie umiem kłamać.
W domu ciągle były jakieś jazdy,wyrzucanie mnie na zmianę z kupowaniem drogich prezentów.Nie zauważyłam nawet,że jestem ubezwłasnowolniona,że boję się wyjechać na studia i dlatego wybieram te,które wskazała mama,w naszym mieście.
Potem poznałam mojego przyszłego męża.To wspaniały człowiek i kocham go bardzo.Przed naszym slubem okazało się,że moja matka jest poważnie chora,tym razem naprawdę.Byłam załamana.Do tego doszedł bardzo trudny konflikt z rodziną mojego wówczas narzeczonego.To temat na osobna historię-w skrócie-nie chcieli,żeby się ze mną(z kimkolwiek)ożenił,odszedł z domu i przestał na nich pracować i im pomagać we wszystkim.Głównym motorem była siostra,niepełnosprawna,która ze swojego kalectwa zrobiła bicz na rodzinę.Wymyślała takie intrygi,że wszystkich skłóciła.Byliśmy oboje umordowani,jakoś dobrnęliśmy do tego ślubu i odetchnęliśmy.Bałam się,że rodzina męża utruje nam życie,było dużo niechęci i żółci,sporo kłótni między nami o to,ale najśmieszniejsze jest to,że w końcu to się rozeszło po kościach i mamy nienajgorsze relacje,a z kolei moja rodzina omal nie doprowadziła do mojego rozwodu.Chcieli się,tzn głównie oczywiście matka,wtrącać do wszystkiego,wiedzieć wszystko,ustawiać mojego męża,kontrolować.Pomogli nam finansowo i wygląda na to,że chcieli nas tym kupić.W końcu się otrząsnęłam,stanęłam po stronie męża,który miał już wszystkiego dość.Udało nam się uratować małżeństwo.trudno uwierzyć,że w ogóle mieliśmy problemy,bo kochamy się bardzo,szanujemy i jest nam dobrze razem.Wszystkie nasze problemy przychodzą ze strony rodziny.Mamy dziecko,które jest naszym skarbem i oczkiem w głowie.Matka oczywiście ciągle się wtrąca do jego wychowania,ciągle mnie poucza,krytykuje.
Najgorsze jest to,że nawet nie zauważyła,że uzależniła mnie od siebie finansowo.Gdy zachorowała i była na długim zwolnieniu,ja szukałam pracy po studiach.Matka zaproponowała mnie na zastępstwo.Powinnam była odmówić,ale wydawało mi się,że to dobry pomysł.I na swoje nieszczęście związałam się z firmą,w której ona pracuje i ona jest moją przeLożoną.W ten weekend się pokłóciłyśmy i ona mnie szantażuje,że stracę pracę.Dodam,że od początku płaciłam jej haracz,część mojej pensji.Boże,jak to sama czytam,to w głowie mi się nie mieści,że tak się ustawiłam:( Chcę odejść z tej pracy,bo mam dość upokorzeń,szantażu i manipulacji.Wiem też,że będzie jej bardzo trudno,bo teraz ja robię wszystko,także za nią,a jest nowe oprogramowanie,które znam dużo lepiej niż ona.Miałabym satysfakcję.Ale z drugiej strony jesteśmy z mężem w fatalnej sytuacji finansowej.Mamy kredyt,długi(wobec moich rodziców),męża praca nie daje dużych dochodów.Myśl o tym,że odeszłabym stąd,mnie uskrzydla,ale boję się co dalej:( W moim mieście jest gigantyczne bezrobocie,mamy małe dziecko,którego nie chcemy oddawać do żłobka.Nie mamy żadnej pomocy ze strony rodziny w opiece na dzieckiem.Nie wiem,co robić.Od pewnego czasu jestem w koszmarnej kondycji psychicznej.Choć tak naprawdę to chyba od zawsze.Chcę się uwolnić,ale boję się,że pójdę na dno,a ze mną moja ukochana rodzinka.Nigdy nie miałam pewności siebie,zawsze czułam się totalnie niezaradna.Jestem jak sparaliżowana...