fifi0001
13.10.10, 11:45
Pani Agnieszko,
Nie mam już pomysłu jak komunikować rodzinie, że sami decydujemy o sprawach dot. naszego dziecka i nasze decyzje nie są "grą" wymierzoną w kogokolwiek. Tak, by to odniosło skutek - by przestali nas napastować o odwiedziny i komentować nasze wychowywanie dziecka.
Szczegółowy rys sytuacji:
jesteśmy 9 lat po ślubie, od 7 staraliśmy się o dziecko i leczyliśmy. Ja wtajemniczyłam swoją rodzinę w problemy, po licznych uwagach i domaganiach się potomka, mąż powiedział swojemu rodzeństwu (rodzice nie żyją od wielu lat) o wiele później - tak zadecydował. Potem nagle zaszłam w upragnioną ciążę, która była trudna - byłam w szpitalu, sporo leżałam, potem musiałam się oszczędzać.
Mieszkamy daleko od rodzin (300km) i dotychczas jeździliśmy na odwiedziny co dwa miesiące. Jednak jesteśmy tutaj sami, nie mamy nikogo , wiec mąż mnie nie chciał zostawiać i na urodziny rodzeństwa nie jeździł jak byłam w ciąży, był u nich w sumie dwa razy - pogadać co słychać i na 1 listopada, objechał w jeden dzień. Potem urodziła się Kruszyna, miała trochę problemów, wypisali nas a potem ona znowu trafiła do szpitala. Nie ukrywam, ze nie chowam jej 'sterylnie', ale unikam niepotrzebnych obciążeń (tłumy, ciągłe zmiany).
Ponieważ znam nadopiekuńczość własnej rodziny, a w mojej ciąży panikowali okrutnie codziennie przez telefon 'co to będzie' (wcale mi nie pomagając tą histerią), poprosiłam żeby wstrzymali się z odwiedzinami aż mała skończy miesiąc. Tak też zrobili. Ja się z małą oswoiłam, ustawiłyśmy ładnie karmienie piersią, mąż miał urlop i był z nami 3 tygodnie, no i nikt nam się nie wtrącał i nie narzucał swoich metod czy porządków. Podzieliliśmy się obowiązkami i to działa, choć mąż wraca z pracy dopiero ok. 18.00 i tylko godzinkę bawi się z małą oraz szykuje do snu, dlatego weekendy nadrabia przejmując główną opiekę nad małą. I tak nam dobrze.
Teraz mała ma 7 miesięcy i jej dziadkowie oraz szczęśliwi pradziadkowie przyjeżdżają do nas na zmianę, co 5-6 tygodni na kilka dni. Jednak rodzina męża raczej nie przyjeżdża tylko oczekuje, że my przyjedziemy. Zwykle im było ciężko, przez cały czas naszego mieszkania tutaj (6 lat) była u nas 4 razy jedna siostra, druga była raz, a dwaj bracia z rodzinami nie byli. Proponujemy nocleg (mamy osobny pokój), zapraszamy, mieszkamy w ładnej okolicy dobrej na spacery, ale zawsze coś się im wydarza, że nie przyjadą: a to kasy nie ma, a to czasu nie ma, a to małżonek źle się czuje, a to dziecko (dorosłe, student) chore. Wszyscy byli u nas raz, na kilka godzin, na chrzcinach. Mała miała 2.5 mca i zmęczyła się tłumem 18 osób , tato chciał się nią pochwalić i nosił po sali, każdy gugał i gruchał, muzyka w restauracji grała, potrawy pachniały na 1000 sposobów, podobnie perfumy gości, zatem mała się popłakała i nie dała uspokoić. Dopiero zabrana do osobnej sali zaczęła fikać, choć obok były 4 osoby (ja, ciocia i chrzestni) i bawiły się z nią. Co myśmy się nasłuchali, żeby dziecko przynieść, nie izolować, a w ogóle nie chować pod kloszem tylko brać do ludzi bo ma się przyzwyczaić do życia towarzyskiego.
Jakoś mi specjalnie tych ich odwiedzin tu nie brakuje, od studiów sami sobie radzimy, do rozmów o życiu, pogaduszek i 'nagłej' pomocy mam własną rodzinę, życzliwych znajomych, mój kontakt z rodziną męża nigdy nie był zbyt bliski i zażyły (lubili się na mnie wyzłośliwić bez powodu, nie podoba im się to nasze 'samostanowienie', sądząc po uwagach mam wrażenie że zazdroszczą dobrego statusu materialnego na który ciężko pracowaliśmy m.in. idąc z domu na drugi kraniec kraju:-). Ale odkąd mała skończyła 5 miesięcy co tydzień są telefony: "Przyjedźcie, czemu nie przyjedziecie, nie możecie jej wychowywać jak dzikiej, tak sterylnie, pod kloszem, odseparowanej od ludzi". Na zaproszenie ich do nas i tłumaczenie, że nam ciężko przyjechać, sami mówią, że im o wiele ciężej przyjechać. Bez sensu takie licytacje. Nie chcemy jechać, bo mąż nie ma urlopu i wyjazd wchodzi w grę na weekend. A to jest pogoń - odwiedzić wszystkich którzy się domagają w sobotę (5 rodzin) i jeszcze wracając wstąpić do 2 domów. Tak zawsze jeździliśmy, ale byliśmy sami i było to męczące, ale do zrobienia. Teraz nie chcemy zaburzać pogodnemu dziecku rutyny, planu dnia z okazji takiej 'wycieczki'. Mała pije pierś i dwa razy dziennie je słoiczek, śpi o 9.00, 11.30 i 16.00 - jak mamy to niby zorganizować w pogoni od domu do domu? Zaburzenie rytmu to nocne pobudki i nerwowość - ja potem sama z tym zostaję i muszę się uporać. Po co mi to? I to palenie papierosów podczas spotkań (przesadzali mnie i męża (pod moim wpływem rzucił palenie) zawsze "na róg", bo ja nie palę i bardzo nieprzyjemnie i bardzo mocno nieprzyjemnie odbieram dym, znajdywali miejsce gdzie niby dym nie leciał, ale po powrocie i tak wszystko prałam i myłam włosy, jednak zawsze to znosiłam widząc potrzebę rodzinnych kontaktów u męża).
Nie chronię małej przed światem, ale ją traktuje jak dziecko - ma swoje pory i ich przestrzegamy z mężem. Byliśmy na wczasach nad morzem, 450km, ale jechaliśmy dwa dni na miejsce i tak wracaliśmy, po to by małej nie zburzyć rozkładu dnia i żeby sen, jedzenie, kąpanie były plus minus w podobnych porach, a na miejscu nie lataliśmy nadmiernie, tylko był wypoczynek i leniwienie się z małą. Małą biorę w wózku na zakupy (choć hipermarketów jej oszczędzamy), do kawiarni i do restauracji (sale dla niepalących), bywam u znajomych w domach, koleżanki biorą małą na ręce (myte, ona wszystko nadal ładuje do buzi, rączki również). Jednak upewniam się, że ludzie są zdrowi zanim się spotkamy (sama w ciąży wylądowałam w szpitalu bo chorzy przyjechali znajomi i się nie przyznali, dopiero potem, jak już leżałam powiedzieli).
Nie chcę teraz, żeby dziecko lądowało w 3 dni na kolanach i rekach 16 osób (bo tyle osób odwiedzamy), kiedy w cudzym domu nie mam wpływu czy ktoś mył ręce czy nie (przecież nie nakażę wchodząc do kogoś, by najpierw umył ręce). A jak nie pozwolę brać małą na ręce takiej liczbie osób (w każdym domu kilka osób), to znowu będzie kontynuowane obecne gadanie o 'chowaniu pod kloszem'. Uważam, że mała ma czas na "wyjścia w ludzi" i takie wyjazdy od drugiego roku życia, ale i wtedy nie na 3 dni tylko na dłużej, żeby to nie był wyścig. Teraz to jest jeszcze nie siedzący nawet niemowlak na piersi, dla mnie to mordęga. No ale to nie dociera.
Telefony robią się coraz mniej przyjemne, sprawa postawiona wprost (to jest dla nas zbyt męczące dlatego, że...) wywołuje jakiś dziwny skomasowany atak: "My ci powiemy czemu ty nie chcesz przyjechać, bo ty się boisz że ją ciotki wezmą na ręce! Ty ją chcesz chować pod kloszem!", "Przecież nie przyjedziesz dopiero, jak ona skończy rok, czy półtorej, nie zachowuj się tak nienormalnie!" i inne uwagi, równie mało przyjemne. I tysiąc przykładów jak brat, siostra, ciotka, kuzynka, chowali dzieci w otwarciu dla świata. Z opowieści wynika, ze w rodzinie męża wszyscy niemal od pierwszych dni jeździli z dzieckiem wszędzie, co jest oczywiście nieprawdą, bo do dziś mają styl życia nie ruszający się z domu, wszyscy do nich chodzą i jeżdżą a nie oni (bo za ciężko). po ostatniej rozmowie się zdenerwowałam, bo zaczynają się oskarżenia: "Bo ty nie chcesz nam pokazać dziecka, ty je od nas izolujesz". Jak mąż powiedział: "Przyjedźcie wy, wam prościej niż nam zabierać cały majdan" brat wykrzyknął oburzony tonem, jakby mąż go strasznie obraził: "No popatrz, powiedział co wiedział!". Uważam - zaczyna się obrażanie nas: "Jesteście niepoważni", "robisz głupoty", "Słuchaj starszych i mądrzejszych" etc.
Jak sobie z tym poradzić?
W sezonie grypowym na pewno nie będziemy nigdzie wyruszać w dalsze podróże i w pielgrzymkę po cudzych domach. Zimę mamy piękną na naszej "wsi", mąż w weekendy łapie oddech po dzikim pędzie tygodnia i skupia ten czas na Małej, zapraszamy innych serdecznie do nas a nie chcemy nigdzie jechać , bo ktoś na nas wywiera presję w coraz ostrzejszy sposób.
Co z tym zrobić, pani Agnieszko?