kobietka_29
30.11.10, 08:33
I znow mam stres z mezem. Na dobra sprawe, to nie jego wina. Ale wkurza mnie, ze on niczego nie rozumie i wyladowuje moja zlosc na nim. Pisalam juz, ze tesciowie niby do tej pory byli smiertelnie obrazeni a tydzien temu ni z tego ni z owego tesc zapytal meza przez telefon, kiedy to moj maz go wreszcie odwiedzi. Wtedy jeszcze sie smialam z tego. I z tego, ze tesc wymienil tylko meza w swoim "zaproszeniu". Ale powoli staje sie to nie do zniesienia. Juz nawet nie moge tego zniesc. Wczoraj przylaczyla sie do tych "zaproszen" tesciowa. Bedziemy Boze Narodzenie spedzac u moich siostr. W tym celu przejedziemy 500km (mieszkamy od wszystkich bardzo daleko). tesciowa pyta, czy maz nie znajdzie w tym czasie jednego (!) wolnego dnia, zeby przyjechac na rodzinne spotkanie u babci w Hamburgu (!). To jest kolejne ponad 200km. Na jeden dzien? watpie w to bardzo, zeby to mialo sens pedzic tyle kilometrow w zime na rodzinna kolacje. I to samemu. Bo ja oczywiscie nie jestem zaproszona... A moj, za przeproszeniem, glupkowaty maz zamiast od razu to skwitowac, to zeby nie urazic mamusi, odparl, ze sie zastanowi. Jak dla mnie masakra! Do mnie mowi, ze chce spedzic swieta ze mna i ze nie pojedzie do swojej rodziny. Ale on nie potrafi zrozumiec, ze nie o to chodzi. I nie potrafi tez wtedy opieprzyc rodzicow. Dla mnie to potwarz, zeby tesciowie po 6 latach nadal sie w ten sposob zachowywali, jakby mnie wogole w jego zyciu nie bylo. Ja go doskonale rozumiem, ze jego ciagnie do wlasnej rodziny. Ale niechze on zrozumie, ze dopoki oni nie zmienia swojego stosunku do mnie, to ja nie mam zamiaru nawet kawy z nimi pic. A on tego jakos nie czai. On sie poswieca dla mnie, ze nie pojedzie do nich. Ale nie potrafi zrozumiec, ze ja nie oczekuje tego poswiecenia, tylko konkretnej reakcji z jego strony, gdy oni w taki pokretny sposob probuja stanac miedzy nami. Rece mi opadaja.