lynka81
04.12.10, 01:01
mija już 11 miesiąc, a ja wciąż jestem zmieniona. to, że moje życie nie będzie takie jak wcześniej to wiem. jednak ja wciąż izoluję się od ludzi, wogóle nie mam potrzeby kontaktowania się nawet z moimi przyjaciółkami. dobrze mi samej. znaczy nie jestem jakimś odludkiem, mam sporadyczne kontakty ze znajomymi/przyjaciółmi, stały kontakt z moja rodziną, przypadkowymi osobami i z osobami, które były obecne w jakiś sposób przy mojej tragedii albo z osobami, które przeżywają to co ja.
na początku wszyscy moi przyjaciele, znajomi i bliscy mówili, że rozumieją moje milczenie i będą na mnie czekać. co jakiś czas odzywają się bądź odzywali,a ja im mówiłam, że nie jestem gotowa do spotkań, rozmów, że później. tyle, że to później nie nadchodzi. nie mam takiej potrzeby. ja nie inicjuje raczej spotkań, rzadko na nie odpowiadam, kiedy mi się chce lub nie jestem zmęczona.
kiedyś byłam bardzo słowną osobą, ludzie byli dla mnie ważni, nawet z racji mojego zawodu. teraz nie odbieram telefonów albo odbieram kiedy mi się chce, nie oddzwaniam, odpisuję na maile i smsy kiedy mi się chce albo wcale. nawet nie mam żadnych wyrzutów sumienia.
wiele razy zastanawiałam się nad moim nastawieniem do ludzi. napewno częściowo wynika to z mojej natury, że w sytuacjach trudnych wolałam być sama, chociaż prowadziliśmy bogate życie towarzyskie i mam duzo znajomych i przyjaciół.
inny powód to taki, że zawiodłam się na paru osobach. wypadek zdarzył się 30 grudnia, bliska mi osoba rozmawiała ze mną 18 marca i powiedziała, że zadzwoni za tydzień do dziś nie zadzwoniła. ja w przypływie dobrego nastroju zadzwoniłam do niej w maju, nie odebrała, nie oddzwoniła, nie odpisała na smsa. boli to.
czasem jak dałam się namówić na spotkanie z zaprzyjaźnionymi małżeństwami to później chorowałam przez kolejne dni. innych mężów porównywałam z moim, oczywiście na niekorzyść tych innych i frustrowałam się tym, że są tacy beznadziejni, np.ja z brzuchem w 7 miesiącu i nie domyślą się, że trzeba mi pomóc wsadzić starszego synka do auta.
innym powodem może być to, że przy dwójce małych dzieci mam tyle bodźców na codzień, że już nie ma miejsca na nowe zdarzenia. jestem zmęczona i od godziny 20 wreszcie chcę mieć czas dla siebie, w ciszy i spokoju.
no i pewnie inna przyczyna jest taka, że każdy ma problemy jakie ma życie i inne problemy moich koleżanek typu krzywo położone płytki w łazience albo jakieś problemy z egoistycznym mężczyzną albo szefem, który wrzeszczy na pracowników wogóle mnie nie interesują.
ja już nie przejmuję się osobami, sytuacjami jak wcześniej.tylko przy moim starszym synku czasem tracę cierpliwość ;) to co najgorsze to już mnie spotkało.
byłam ze starszym synkiem u chirurga, który miał wykonać zabieg. lekarz niekompetentny, olewczy stosunek do pacjentów itd. opowiadam mojej mamie o spotkaniu, na to moja mama, " to przykro mi bo musiałaś się strasznie zdenerwować, nie martw sie itd." ja jej na to wcale. nawet nie zwróciłam uwagi lekarzowi, żaden problem Warszawa jest duża pójdę do innego. kiedyś to co było dla mnie dosyć ważne stało się nieważne. i to dobrze. niepotrzebnie jest w życiu tracić nerwy przez jakieś głupoty, nic nie znaczące dla nas osoby, sytuacje.
mam bardzo trudną sytuację z moim teściem. wszyscy wkoło przeżywają ją, denerwują się za mnie. ja w sumie trochę też, ale bardziej żal mi mojego teścia, który stracił kochanego syna i nie potrafi w wnukach dojrzeć cząstki syna. może kiedyś opiszę Wam sytuację bo byłabym ciekawa Waszych postaw w takiej sytuacji jakiej ja jestem od śmierci G.
chciałam się Was zapytać, dłuższych stażem żałoby, czy Wy też zmieniłyście stosunek do ludzi? czy to jest jakaś faza przejściowa? czy to tak już będzie?
w sumie dzieci kiedyś pójdą w świat i smutna byłaby taka starość bez ludzi. hmm... skoro napisałam to zdanie, to może gdzieś ta potrzeba jeszcze we mnie śpi i kiedyś się obudzi.
jak to jest u Was? co się w Was zmieniło?
Pozdrawiam
Karolina