zmieniłam się...

04.12.10, 01:01
mija już 11 miesiąc, a ja wciąż jestem zmieniona. to, że moje życie nie będzie takie jak wcześniej to wiem. jednak ja wciąż izoluję się od ludzi, wogóle nie mam potrzeby kontaktowania się nawet z moimi przyjaciółkami. dobrze mi samej. znaczy nie jestem jakimś odludkiem, mam sporadyczne kontakty ze znajomymi/przyjaciółmi, stały kontakt z moja rodziną, przypadkowymi osobami i z osobami, które były obecne w jakiś sposób przy mojej tragedii albo z osobami, które przeżywają to co ja.
na początku wszyscy moi przyjaciele, znajomi i bliscy mówili, że rozumieją moje milczenie i będą na mnie czekać. co jakiś czas odzywają się bądź odzywali,a ja im mówiłam, że nie jestem gotowa do spotkań, rozmów, że później. tyle, że to później nie nadchodzi. nie mam takiej potrzeby. ja nie inicjuje raczej spotkań, rzadko na nie odpowiadam, kiedy mi się chce lub nie jestem zmęczona.
kiedyś byłam bardzo słowną osobą, ludzie byli dla mnie ważni, nawet z racji mojego zawodu. teraz nie odbieram telefonów albo odbieram kiedy mi się chce, nie oddzwaniam, odpisuję na maile i smsy kiedy mi się chce albo wcale. nawet nie mam żadnych wyrzutów sumienia.

wiele razy zastanawiałam się nad moim nastawieniem do ludzi. napewno częściowo wynika to z mojej natury, że w sytuacjach trudnych wolałam być sama, chociaż prowadziliśmy bogate życie towarzyskie i mam duzo znajomych i przyjaciół.
inny powód to taki, że zawiodłam się na paru osobach. wypadek zdarzył się 30 grudnia, bliska mi osoba rozmawiała ze mną 18 marca i powiedziała, że zadzwoni za tydzień do dziś nie zadzwoniła. ja w przypływie dobrego nastroju zadzwoniłam do niej w maju, nie odebrała, nie oddzwoniła, nie odpisała na smsa. boli to.
czasem jak dałam się namówić na spotkanie z zaprzyjaźnionymi małżeństwami to później chorowałam przez kolejne dni. innych mężów porównywałam z moim, oczywiście na niekorzyść tych innych i frustrowałam się tym, że są tacy beznadziejni, np.ja z brzuchem w 7 miesiącu i nie domyślą się, że trzeba mi pomóc wsadzić starszego synka do auta.
innym powodem może być to, że przy dwójce małych dzieci mam tyle bodźców na codzień, że już nie ma miejsca na nowe zdarzenia. jestem zmęczona i od godziny 20 wreszcie chcę mieć czas dla siebie, w ciszy i spokoju.
no i pewnie inna przyczyna jest taka, że każdy ma problemy jakie ma życie i inne problemy moich koleżanek typu krzywo położone płytki w łazience albo jakieś problemy z egoistycznym mężczyzną albo szefem, który wrzeszczy na pracowników wogóle mnie nie interesują.
ja już nie przejmuję się osobami, sytuacjami jak wcześniej.tylko przy moim starszym synku czasem tracę cierpliwość ;) to co najgorsze to już mnie spotkało.
byłam ze starszym synkiem u chirurga, który miał wykonać zabieg. lekarz niekompetentny, olewczy stosunek do pacjentów itd. opowiadam mojej mamie o spotkaniu, na to moja mama, " to przykro mi bo musiałaś się strasznie zdenerwować, nie martw sie itd." ja jej na to wcale. nawet nie zwróciłam uwagi lekarzowi, żaden problem Warszawa jest duża pójdę do innego. kiedyś to co było dla mnie dosyć ważne stało się nieważne. i to dobrze. niepotrzebnie jest w życiu tracić nerwy przez jakieś głupoty, nic nie znaczące dla nas osoby, sytuacje.
mam bardzo trudną sytuację z moim teściem. wszyscy wkoło przeżywają ją, denerwują się za mnie. ja w sumie trochę też, ale bardziej żal mi mojego teścia, który stracił kochanego syna i nie potrafi w wnukach dojrzeć cząstki syna. może kiedyś opiszę Wam sytuację bo byłabym ciekawa Waszych postaw w takiej sytuacji jakiej ja jestem od śmierci G.
chciałam się Was zapytać, dłuższych stażem żałoby, czy Wy też zmieniłyście stosunek do ludzi? czy to jest jakaś faza przejściowa? czy to tak już będzie?
w sumie dzieci kiedyś pójdą w świat i smutna byłaby taka starość bez ludzi. hmm... skoro napisałam to zdanie, to może gdzieś ta potrzeba jeszcze we mnie śpi i kiedyś się obudzi.
jak to jest u Was? co się w Was zmieniło?
Pozdrawiam
Karolina
    • grosz-ek Odczuwam niejakie pokrewieństwo .. 04.12.10, 17:39
      .. z Twoją sytuacją. Też moja żona była duszą towarzystwa, Ona organizowała nasze życie społeczne, wyjścia z domu, wycieczki, wyjazdy. Dzięki niej byłem otwarty na innych ludzi. Teraz, po jej śmierci, nie mam na to wszystko ochoty. Wracam do starych moich introwertycznych zwyczajów. Najlepiej czuję się w domu, w swoim gronie z czwórką dzieci. Tak naprawdę, tylko przy nich jestem w stanie śmiać się szczerze. Inni ludzie mnie męczą, nawet moja dalsza rodzina. Utrzymuję z nimi kontakty, bo tak trzeba, ale jakoś tak bez zapału. Do pracy także nabrałem dystansu. Kiedyś chętniej pracowałem, teraz muszę się zmuszać, żeby zrobić to co do mnie należy. Choć, nie ukrywam, powoli zaczynam dostrzegać ten zew zapomnienia, jakie daje intensywne pogrążenie się w pracy. Mam podobną, jak Ty sytuację, ale z teściową. Też bardzo przeżywa śmierć córki, ignorując fakt, że wnuki ją potrzebują. Była częstym gościem w naszym życiu rodzinnym (choć mieszka 300 km od nas), teraz na własne życzenie wypisuje się z niego. Doszło do tego, że zapowiedziałem, że przyjadę do niej na święta, czy tego chce, czy nie chce.

      Myślę, że tak się dzieje, gdy opłakujemy ukochaną osobę. Żal, smutek, depresja, spadek aktywności, problemy rodzinne ... to jest po prostu żałoba.
    • abi-23 Re: zmieniłam się... 04.12.10, 20:10
      ja ten najgorszy dzień w życiu przeżywam juz rok, cztery miesiące i dwanaście dni,
      prawdą jest to, że takie wydarzenia weryfikują tak zwanych przyjaciół, zostawiają tylko tych, którzy nimi faktycznie są. ja również nie potrzebowałam nikogo, większość czasu spędzałam na cmentarzu, najbliżsi pomagali mi w codziennych czynnościach, pracuję w szkole i to jest jedyne pole towarzyskie, kocham pracę z dziećmi, do tego są spotkania z rodzicami, innymi nauczycielami itd. mam kilka fantantastycznych osób, które czasem mnie przygarniają na herbatkę albo plotki, ale nienatarczywie, a ja się boję innych kontaktów, jestem zazdrosna o te wszystkie pary, nie umiem patrzec na ich szczęście a jeszcze bardziej nie mogę kiedy słyszę jak piszesz o takich durnych kłopotach, jak to że mąż znowu nie zatankował samochodu np. mam fantastycznych rodziców, kotrzy są moją opoką i ostoją i z nimi wolę spędzać czas. jestem trochę w innej sytuacji ponieważ nie mam dzieci, samotność jest jeszcze bardziej przerażająca i dojmująca, mieszkam sama, istne szaleństwo,
      czasem patrzę na dawne zdjęcia, na te iskry w oczach, które miałam, świat stał przede mną otwore, nic nie mogło zatrzymać nie było nierozwiązywalnych problemów a teraz pustka w oczach, przerażenie i ta cholernie gruba skorupa, która mimo zapewnień ludzi, że czas leczy rany wcale się nie zmniejsza, pozdrawiam gorąco, spokoju życzę
      • tilia7 Re: zmieniłam się... 04.12.10, 23:22
        4 dni temu minęło 20 miesięcy.Zawsze byłam introwertyczką i samotnicą więc nawet,jeśli wychodziłam do ludzi z chęcią,to szybko mnie męczyli i wolałam wrócić do książki.Ale nie zmienia to faktu,że ten stan się nasilił.Szczerze mówiąc nie mam zamiaru tego zmieniać i akceptuję siebie taką.
        To,co nas spotkało jest prawdziwym wstrząsem,zetknięciem się z tragedią,nieodwracalnością śmierci,to jest żałoba,trauma.Nasz świat się zawalił i moim zdaniem ten czas na bycie ze sobą samą i swoimi przeżyciami,refleksjami jest konieczny.Jest taka potrzeba,żeby skupić się na swoim wnętrzu,na wspomnieniach,na własnych reakcjach.Ludzie,nawet ci bliscy,przeszkadzają w tym,rozpraszają,ich zwykłe codzienne sprawy wydają nam się głupie i płytkie a na dodatek mało kto rozumie,co naprawdę przeżywamy.Ludzie mogą nas zranić,czasem nawet nieświadomie,chowanie się w tym odosobnieniu to taka forma zadbania o własne bezpieczeństwo.Wbrew temu,co niektórzy na ten temat myślą,ja uważam,że jeśli mimo to potrafimy jakoś funkcjonować,to nie ma w tym wycofaniu nic złego.Może przyjdzie czas,kiedy pojawi się potrzeba wyjścia z tego ukrycia.Ale nic na siłę.Trzeba nabrać sił,nowej odporności na świat a do tego długa droga.
        Moja osobista refleksja jest też taka,że ta samotność bez Niego boli tak nieznośnie i dotkliwie,że paradoksalnie,tylko w samotności potrafię to jakoś znosić.
      • smutna_26 Re: zmieniłam się... 04.12.10, 23:33
        U mnie 18 września minął rok i mam tak samo jak Wy. Najczęściej (poza moja najbliższą rodz) spotykam się z rodziną męża. Zawsze też mogę na nich liczyć. Mam też paru sprawdzonych znajomych. Innych ludzi nie lubię. Tak samo drażnią mnie ich problemy które nie są problemami a najbardziej boli mnie widok szczęśliwych par, rodzin.
        Bardzo się zmieniłam, zrobiłam się nerwowa i niestety cierpią na tym moje dzieci. Czasem już po prostu nie daję rady. Mam wszystkiego serdecznie dość. Kiedyś byłam wierzącą i praktykującą katoliczką a teraz juz w nic nie wierzę bo jeżeli Bóg istnieje to dlaczego zostawił mnie samą z 2letnią (wtedy) córeczką i w 3 m-cu ciąży? Dlaczego pozbawił ojca moje córeczki? Całe życie starałam się być uczciwą osobą, chętnie pomagałam innym i ogólnie starałam się byc dobrym człowiekiem i co mnie za to spotkało? Całe życie miałam pod górkę i jak w końcu znalazłam szczęście to zostało mi ono zabrane... I jak tu wierzyć że istnieje jakaś sprawiedliwość?

        Świeta... Najchętniej uciekłabym gdzieś gdzie ich nie ma. Drażnią mnie i wszystko to co się z nimi wiąże. Umarły razem z Marcinem...

        Żebym chociaż mogła się upić i choć na chwilę zapomnieć o wszystkim - nie mogę bo nadal karmię małą.

        Już nigdy nie będę tą osoba którą byłam a czas wcale nie leczy ran - wręcz przeciwnie - tylko je pogłębia.

        Pozdrowienia, szczególnie dla osób które są tu od niedawna.
        • abi-23 Re: zmieniłam się... 05.12.10, 13:40
          no właśnie jeszcze jest to ciągłe zastanawianie się dlaczego ja czym sobie zasłużyłam,
          najgorsze że teraz często łapię się na tym że jakie to ma znaczenie jakim jestem człowiekiem, co za różnica, że przejdę obojętnie wobec krzywdy innych, przecież życie rozdaje niesprawiedliwie, wypracowałam u siebie mechanizm obronny, staram się uśmiechać żeby nikomu nie przyszło do głowy to cholerne pytanie jak się trzymasz, tyle czasu już minęło....
          nigdy nie wymagałam od siebie żeby żyć według mody innych a teraz tym bardziej, mam wrażenie że oswoiłam swoją samotnię, musiałam ją polubić i tak jest trochę łatwiej pozdrawiam
    • isiogrze Re: zmieniłam się... 04.12.10, 23:36
      ...Dbaj o ludzi wartościowych... wykreślaj z pamięci.. tych co nie są warci zaufania. Po stracie wiele się zmienia. Nowi znajomi... utrata części starych. Nie trać czasu na to czego się nie da naprawić... idź dalej.. świat jest pełen wartościowych ludzi... i warto ich poznawać. Nie jest to łatwe... czasem najbliżsi.. są w stanie zranić tak, ze padniesz na kolana... ale to tylko oddziela wartość od jej braku. Nigdy się nie przekonasz co jest za rogiem... póki nie zajrzysz zań. Ja ciągle zaglądam... obuty w zbroję permanentnego braku zaufania do otoczenia :-). Niektóre osoby czasem, choć przez chwilę sprawić, że zbroję zawieszam na kołku... Powodzenia w dalszej wędrówce.
      • corka.bossa ... 08.12.10, 23:05
        Zmiana? bardzo delikatnie powiedziane...czasem mam wrażenie że jestem niby takla sama,a jednak zmieniona o 360 stopni.
        Znajomi? szkoda pisac,życie towarzyskie?... telefony mało co kiedy odbieram,a już dodzwonić sie do nie z innego numeru? nie ma mowy!!! nie odbieram-czasem jak odbiore nr znajomy pierwsze pytanie-co się stało??? CO AŻ TAK ZLEGO ŻE DO MNIE DZWONISZ??? (wtedy też odebrałam telefon i dowiedziałam sie tego, czego nikt nie chciał by usłyszeć) Żyję od wyznaczonego celu-do wyznaczonego celu..Wcześniej dni wyznaczałam kolejnymi rozprawami-teraz odliczam dni do końca wyroku. I to mnie trzyma przy życiu ,tylko to..
    • fiambala Re: zmieniłam się... 28.12.10, 15:14
      U mnie minęło. Nie wiem dokładnie po jakim czasie, ale minęło.

      A było podobnie. Przez długi czas po śmierci Grześka jedynymi osobami, z którymi miałam jakąkolwiek ochotę się spotykać rozmawiać były osoby, które albo poznałam po jego śmierci, albo znałam wcześniej, ale bardzo luźno. I Jego rodzina – strasznie potrzebowałam wtedy kontaktu z nimi. Podejmowałam szereg prób pod tytułem „przecież powinnam” żeby spotykać się z moimi przyjaciółkami czy też z zaprzyjaźnionymi parami, ale sprawiało mi to głównie ból (kontrast sytuacji życiowych – u niech wszystko się zaczynało – związki, małżeństwa, dzieci, a u mnie był koniec wszystkiego… zanim nawet się zaczęło…). Stwierdziłam wtedy, że nic na siłę. Że poczekam. Że żałoba to jest czas, kiedy mam chronić siebie. Przyjaciele, jeśli są przyjaciółmi, to zrozumieją i poczekają aż będę gotowa. Myślę, że trwało to prawie dwa lata. W tym czasie, tak jak piszesz, generalnie lepiej było mi samej.

      Zobojętnienie na życie jako takie też trwało dość długo, takie wewnętrzne zmrożenie na wydarzenia zewnętrzne. Jeśli chodzi o pracę to wróciłam do starej (3 miesiące przed wypadkiem zmieniłam), bo tak było łatwiej, no a trzeba było się z czegoś utrzymywać. Ludzie na ulicy, w pracy – mniej lub bardziej spokojnie dało się uśmiechać przez te godziny, które spędzałam poza domem.

      Miałam żal do niektórych ludzi, którzy byli mi bliscy i nie umieli mi pomóc, ale z czasem i tutaj przyszła świadomość, że ja właściwie nie chciałam im na to pozwolić. Bo w gruncie rzeczy wolałam lizać swoje rany w samotności. Z czasem też pojawiła się wyrozumiałość wobec nich, bo bycie z i obok osoby w żałobie jest trudne. I każdy ma prawo sobie z tym nie poradzić. Nie wiem czy ja bym sobie poradziła… Niekoniecznie…

      I przeskalowanie problemów – nauczyłam się oszczędzać energię na to, co istotne. Szkoda prądu na krzywe kafelki, na robienie awantur niekompetentnym specjalistom. Większość wydarzeń, które ludzie wrzucali do kategorii „problem” dla mnie mieściło się pod hasłem „drobna komplikacja”. Problemy to życie i zdrowie bliskich, kompletny brak środków do życia połączony z brakiem pomocy i nadziei. Reszta to komplikacje, w przeważającej większości przemijające…

      Parę miesięcy temu minęło 3 lata od śmierci Grześka. Większość objawów minęła. Dzisiaj spokojnie spotykam się z bliższymi i dalszymi znajomymi – w tym z niektórymi spośród tych, do których praktycznie się wtedy nie odzywałam. Zrozumieli. Nie usiłowałam za to odtwarzać wszystkich znajomości. Pogodziłam się z tym, że czasami jest tak, że dana znajomość trwa tylko określony czas – szkoła, studia, jedna praca, inna praca, kurs językowy. Mam za to nowych znajomych, bo w czasie żałoby miałam takie momenty, że potrzebowałam znaleźć sobie dodatkowe zajęcie. Spodobało mi się, a przy okazji zyskałam nowych znajomych.

      Dzisiaj również moje kontakty z ludźmi są czasem bardziej, czasem mniej intensywne – i jest to akceptowane przez nich i przeze mnie. Tak jest dobrze. Bardzo pomogło mi to, że znowu kogoś pokochałam. Niespodziewanie. Pewnie bez tego też wróciłabym do pełnego życia, ale podejrzewam, że mogłoby to trwać dłużej…

      Pozdrawiam serdecznie.

Pełna wersja