monikaz77
13.12.10, 22:19
zakladam kolejny wątek typu po zajsciu w ciążę wszystko się rozpada :(
trollem nie jestem od razu mowie..
piszę do was ponieważ nie wiem już jak postąpic, co myślec i co robic dalej, zagmatwałam się w tym wszystkim. jestem ledwo po studiach, z moim facetem jestem 5lat, 2 miesiace temu urodzilam synka.. zamieszkalismy razem niedlugo przed zaplanowaniem ciąży u jego rodzicow , bardzo oboje chcelismy tego dziecka. juz w polowie ciąży nie ukladalo sie najlepiej, wychodzil czesto do kolegów, ze mną spędzał malo.. jednak ciagle obiecywal poprawe, 3 ostatnie miesiace ciazy musialam lezec w lozku ze wzgledu na zagrozenie. jednak gdy pogotowie mnie zabrało z podejrzeniem porodu przedwczesnego w 30tyg, on byl w szpitalu szybciej niz karetka.. potem juz staral sie bardziej i uspokoil, byl przy porodzie cieszyl sie niezmiernie z syna ale juz tydzien po porodzie poszedł na 'pepkowe' .. 2 dni potem poszedl drugi raz i tak chyba 3 tygodnie opijal tego syna z kolegami bo pisali :ze mną się jeszcze nie napiles. A ja siedzialam w domu sluchając smsów i telefonow 'juz wracam' a wrocil np rano ...3 tyg temu nie wrocil do domu 2 dni, bo cytuje "bal sie i bylo mu glupio ze znow wyszedl na noc" dodal jeszcze "ze to moja wina bo go wkurzam ze pytam go za ile wroci". oczywiscie nie dalam zwalic winy na mnie i wytumaczylam mu ze tak dalej byc nei moze, ze nie jesli sie nie zmieni to go zostawie, ze powinien dotrzymywac danego mi swowa i mnie szanowac. jednak to nie dalo efektu tydzien pozniej wrocil w nocy (obiecal ze wroci za godzine a wyszedl o 18).. tak pijany ze zasnąl na podlodze.. tak bardzo bylam zla ze gdy go zobaczylam rano jak wchodzi do pokoju zaczelam krzyczec i zrobilam mu awanture stulecia mowiac ze jest nieodpowiedzialny ze jest najgorszym facetem ojcem i wiele innych jeszcze gorszych slow uzylam nie bede tu ich wymieniac. Udezyl mnie, i powiedzial ze on juz nie chce ze mną byc, po czym nastepnego dnia gdy ja juz sie pakowalam przepraszal mnie mowiac ze jest idiotą i ze on nie pamieta tego tylko jak przez mgłę ze nie wie jak mogl i nigdy wiecej tego nie zrobi.. wybaczylam bo kocham tego czlowieka choc myslalam ze czegos takiego nigdy nikomu nie wybacze. Tydzien pozniej sytuacja sie powtorzyla nie wrocil 2 dni do domu, jednak nie pil wtedy.. wrocil trzezwy, powiedzial ze on nie wie czemu to robi ze ginie, ze klamie ze wraca ze jest tu a jest gdzies indziej, ze to robi niekontolowanie ze powinien isc na terapie ze chce isc ze mną. wiem tez ze przez te ciagle wyjscia ma dlugi nieduze ale jednak czego oczywiscie sam nie powiedzial, tylko umiejetnie to wyciagnelam od niego.. Jednak tu sie problem nie konczy..
szef go zwolnil bo nie przyszedl do pracy, do tego jego ojciec go wywalil z domu no a przeciez nie bede na utrzymaniu obcych ludzi dlatego tez sie postanowilam wyprowadzic..
musimy wynajac mieszkanie, ale on sie do tego nie zabiera mial isc szukac zcegos a skonczylo sie na tym ze z kims mial awanture i pol nocy siedzial z kolegą.
ja wiem ze sie w bagno wpakowalam, ale chcialabym byc z nim bo kocham go mimo wszystko to co mi zrobil. jednak nie wiem czy warto inwestowac w czlowieka ktory obiecuje zmiany a za 5 dni np robi to samo.
moze on ma rzeczywiscie jakis problem? moze powinnam mu pomoc ale jak skoro on mowi mi tylko 'ja nie wiem czemu to robie' 'w głebi czuje inaczej ale nie umiem tego pokazac ze jestescie dla mnie ważni' 'wiem ze marnuje ci zycie, ale ja naprawde nie chce zle, potem mi glupio i dlatego nie wracam' on mowi ze ma tez zaburzenia jakies ze on beze mnie sobie nie poradzi a bedzie jeszcze gorzej.
co powinnam zrobic? starac sie mu pomoc? jak?
juz wiele probowalam razy tlumaczylam ze tak rodzina nie wyglada ze trzeba sie wpierac, ze trzeba ufac mowic prawde w oczy, dotrzymywac slowa i szanowac siebie.. krzyczalam, obrazalam sie no naprawde juz zrobilam wszystko, teraz mi rece opadaja. moze to we mnie tkwi problem ? co robie zle ?
ja go nigdy nie oszukalam, nieskrzywdzilam tak jak on mnie, zawsze bylam fair i gdy mnie potrzebowal bylam obok.. mysle ze on jest troche pewien ze jestem od niego uzalezniona co poniekad jest prawda bo czasem staralam sie za wszelką cene by z nim byc choc to on zle robil potem ja sie staralam tlumaczylam prosilam by sie zmienil itp..
nie wiem czy chce dalej brnąc w ten związek i czy to ma sens ? juz nie mysle obiektywnie za mocno sie wplątalam w to i wyjsc nie umiem sama.. moze dlatego tez ze troche boje sie zostac sama bez niego nie wiem dlaczego tak jest ale boje się ze zostane sama juz na zawsze, ze nie dam sobie rady ani finansowo ani psychicznie..
jestem ladna, zgrabna, mloda zawsze sie faceci za mną oglądali zaczepiali, moj facet byl bardzo kiedys zazdrosny o mnie przez to. a jednak chyba brak mi wiary w siebie ze sama dam sobie rade ze umiem sie od niego odciąc i pokazac ze jetem silna i dotrzymac tez slowa , bo tylko mowie i mowie ze go zostawie a wciaz przy nim jestem, odbieram telefony, odpisuje na smsy..
pomozcie poradzcie cos..