wiolawarszawa
02.02.11, 21:47
Bardzo wiele w moim życiu zmieniło się lecz jedno pozostało niezmienne…. pamięć a w niej miłość wypełniona po brzegi radością i spełnieniem, ból, smutek po prostu wspomnienia . Dziś znów stanę tam i nie będę nic rozumiała. Nie zadaje już pytań, dlaczego? Czemu? Jaki w tym sens? Niczego to nie zmieni, dziś już to wiem. Cały ten koszmar doskonale pamiętam i odczuwam do dziś każdą chwilę wypełnioną łzami i potwornym bólem… ale przetrwałam, żyję i jestem tu choć jeszcze niedawno wydawało się to zupełnie niemożliwe. Znów pochylam się z zadumą nad Twoim grobem… zapalam znicze i patrzę na Twoje zdjęcie Kochanie i ciągle z tym wszystkim się nie godzę….. .
Każdego dnia o Tobie myślę, wspominam lecz już bez tylu łez a czasem nawet z uśmiechem. Tak wiele rzeczy się wydarzyło, że czasem mam takie wrażenie, że to wszystko nie przypadek lecz skrzętnie zaplanowany scenariusz…
Dziś rozmawiając ze swoim Mężem czy też modląc się do Niego, proszę aby pomagał mi podejmować słuszne decyzje, proszę by czuwał nade mną, moimi bliskimi i nad tą maleńką istotką, którą noszę pod sercem . Kocham i jestem kochana i czuję się znów szczęśliwa. Wszystko tak szybko się potoczyło jakby poza mną czasem mam wrażenie, że nie miałam na to wszystko żadnego wpływu.
Poznałam mężczyznę-choć wcale nie szukałam, spotykałam się z Nim-choć nie dawałam mu żadnych szans, zrywałam znajomość- by pozwalać mu wracać, szukałam przeciwwskazań ale był uparty, bywałam nieznośna ale wykazywał ocean cierpliwości, nie wiedziałam czego chce, czułam się zagubiona….. poprowadził mnie nie poddając się, byłam przekonana, że nie jestem już zdolna do miłości…. myliłam się. Nadał sens mojemu życiu , sprawił, że mam ochotę żyć, sprawił, że poczułam się znów najważniejsza i baaaardzo kochana, dał mi życie, które noszę pod serduszkiem i które ma przyjść na świat w miesiącu w którym zginął mój Mąż….. przypadek? Zbieg okoliczności?
Nie porównuję Go z moim Mężem, to dwie różne osoby, choć wiele cech mają podobnych. Jest czuły, opiekuńczy i wiem, że bardzo mnie kocha. Nazywa nas swoim szczęściem i jak mówi tyle lat musiał przeżyć aby mnie spotkać na swojej drodze i poczuć sens życia- wierzę , że tak jest. Czasem zastanawiam się , tzn dopadają mnie takie myśli czy…. to wszystko może się udać? Czy trafiłam na mężczyznę, który mnie, nas nie skrzywdzi ? czy starczy mu miłości na długie lata? Czy będzie potrafił kochać tak mocno jak mój Mąż (i to jest jedyne porównanie). To trudne pytania na które dziś nie znam odpowiedzi ale staram się wierzyć, że jeszcze wiele dobrego przede mną , że ta znajomość i wszystko co z nią związane miała mi dać motywację do życia ale przede wszystkim pomóc wyjść z mojego świata, świata smutku, rozpaczy, bezsilności po prostu z żałoby. Zadziwiające ….
Teraz wstając rano z łóżka czy wieczorem się do niego kładąc…. Uśmiecham się ….Dlaczego?
…bo budzę się i zasypiam w objęciach mężczyzny, który delikatnie gładzi mój już całkiem spory brzuszek… a Malutka wdzięcznie się pręży i z każdym naszym dotknięciem domaga się pieszczot…
…bo czuję Jego bliskość i ciepło..
…bo uwielbiam sposób w jaki do mnie mówi…
…bo wróciłam z bardzo dalekiej podróży i znów potrafię się uśmiechać.
Pamiętam jak bardzo złościłam się na dziewczyny, które starały się pomóc, mówiąc, że wszystko się ułoży, że trzeba czasu…. dziś wiem, że miały rację. I choć jednym potrzeba mniej innym więcej to jeszcze jedną bardzo ważną rzeczą jest to aby dać sobie szansę i zacząć spoglądać na świat i ludzi… po prostu chcieć zacząć ich zauważać…. ale na wszystko potrzebny jest…. Czas…. . To forum bardzo mi pomogło, tu poznałam wspaniałych ludzi z którymi do dziś utrzymuję kontakt, to tu mogłam dać upust swoim emocjom …. Tu również poznałam mężczyznę, który w swoim czasie podał mi swoją dłoń – wspólnie dzielnie przechodziliśmy przez to piekło… dwie okaleczone dusze, które mocno się wspierały, razem – za co dziękuję.
Dziś jest rocznica…. To już 3 lata jak nie ma mojego Kochanie przy mnie…. bardzo za Nim tęsknie. Byłam na cmentarzu zapalić znicze…. Patrząc na Jego zdjęcie… uśmiechnęłam się… lecz serce zabolało, oczy zaszkliły się…. a umysł dał znać, że nigdy nie pogodzi się ze śmiercią mojego Męża… bo jak wspomniałam już kiedyś… ten kto kochał prawdziwie nigdy się z tym nie pogodzi….. bo ze śmiercią najukochańszego człowieka po prostu nie można się pogodzić…. . Spojrzałam w niebo…. czy tak miało to być ? wzięłam głęboki oddech i z całego serca podziękowałam swojemu Robercikowi za wszystkie wspólnie spędzone lata… za to, że codziennie odczuwam Jego obecność …za to, że dziś nie przyszłam na cmentarz sama….. że kocham i jestem kochana… że pod sercem noszę maleństwo i już nie mogę się doczekać aby je mocno przytulić… .