bionikle
11.02.11, 00:33
Mam dwoje dzieci, jestem 8 lat po slubie. Zawsze starałam się życ dobrze z teściami. Odwiedzałam ich co tydzień, nawet, jak maż wyjeżdżał na miesiące. Układałam tak plan tygodniowy, by przynajmniej raz w tygodniu mogli widzieć wnuki. Ale im od poczatku bylo mało. Gdyby mogli, zabraliby mi dzieci na zawsze. Nagabywali telefonicznie męża, że ja im nie daje wnuków, ograniczam kontakty. A przecież widzieli sie z nimi minimum raz w tygodniu i to na kilka godzin. Zaczęli przychodzić do nas bez zapowiedzi( "bo do wnuków oni nawet w nocy mogą"). Mąż, zapracowany, nie widział w tym nic złego. Teściowa potrafiła dzwonic trzy razy dziennie domagając się odbioru dzieci z przedszkola, szkoły. Zaczęli być coraz bardziej zaborczy - jak mąż byl już w domu stale, wymagali cotygodniowych wizyt niedzielnych. prócz tego tesciowa co dwa dni gotowała "frykasy" i kazała mezowi przyjezdżać i odbierać, bo "dzieci lubią". Co z tego, ze nikt z nas nie je smazonych na smalcu pączków w ilosciach hurtowych, gołąbków, itp. ma przyjechać. Mąż z poczucia obowiazku i wrodzonej spolegliwości jeżdził i brał.
Po tych niedzielach miałam nerwy jak postronki, bo usadzano mnie przy stole, a dzieci, doslownie, zamykano w drugim pokoju i siedziałam sama.
Jestem kulturalna, unikam awantur, mam wielu przyjaciół, jestem najstarsza z dwojki rodzeństwa. Jedyną moją "dysfunkcją" jest to, że moi rodzice się rozwiedli. Nauczona jestem ustepowania i dbania o dobre samopoczucie innych :) jak każdy najstarszy :)
Jako narzeczona byłam głaskana, chwalona, pokazywana ( jestem z dobrej, wykształconej rodziny, z nazwiskiem), bo rodzina męża ma chłopskie korzenie. Przyjęto mnie bardzo milo, polubiłam ich wszystkich niesamowicie.
Problemy zaczęły sie tuż po urodzeniu pierwszego dziecka. Zabieranie z rąk, wracanie ze spaceru 3 godziny po czasie itp. Potem poroniłam drugą ciążę, musialam leżeć. Teściowa stwierdziła, że wiedziala, ze tak będzie, bo sniła jej się szmata i brudna breja.
jak urodzilo sie drugie dziecko, to już był koszmar. codziennie po dwa, trzy telefony. Męża nie ma, ja sama z dwójka i nie można się rozłączyć, bo tesciowa nawija. jak kończyłam rozmowę asertywnie, to po pół godziny byli u mnie w domu z propozycją, że wezmą starsze.
Mąż Nie widział problemu, kazał zrozumieć itp.
Sedno.
Teraz mąz miał wypadek, który okazał sie niegroźny. Byliśmy we dwoje zdala od domu, a dziećmi zajmowała się wtedy moja mama. Nie powiadomiłam tesciów, ze mąż jest w szpitalu, gdzyż teściowa właśnie przechodzi chemioterapię po mastektomii. ja sama nie nie wiedziałam, co mężowi jest, nie chciałam ich martwić. po dobie mąz zadzwonił do rodziców i chciał ich poinformowac i uspokoić. Musiał, bo bylismy w rodzinnej miejscowości tesciowej i praktycznie cała rodzina juz wiedziała.
Przyjechali, nie odezwali się do mnie słowem, obrazeni. Zaczęli całą rodzinę nastawiać przeciwko mnie, a co gorsza, męża. Mąz wział moją, nasza, stronę.
W moje urodziny, niedługo po wypadku, przyszli bez zapowiedzi do nas i teściowa zrobiła mi karc zemną awanturę, z wyzwiskami, konfabulacjami, pomówieniami i rzekomymi moimi cytatami. To przelało czarę goryczy i wywaliłam ich z domu.
Chciałabym żeby to była nasza ostatnia rozmowa. Mam dosyć, znienawidziłam ich. Myslałam, ze to uczucie jest mi obce, ale jednak tak czuję.
Co robić??? Minęło kilka tygodni i dzwonią. Nie odbieram. Mąz z nimi rozmawia, ale nie widzi chceci pojednania czy skruchy. Pozwolić na kontakty z dziećmi? Ale jeżeli nie szanuja ich matki, to czy nie będą ich nastawiać przeciwko mnie? Już wcześniej zawłaszczali pewne rytuały rodzinne np. wiedząc, ze poszłam kupić choinkę, ubierali z dziecmi swoją, a potem juz dzieci nie miały z naszą frajdy :((