malgorzata.brzezinka
18.03.11, 14:38
Witam wszystkich.
Mam taki może dla Was się wydać banalny problem, ale jednak jest.
Otóż, 5 miesięcy temu urodziłam córeczkę. Mieszkamy z mężem i Malutką osobno. Jest nam dobrze, dziecko wychowujemy jak najlepiej umiemy, jak każdy rodzic z resztą. Jest naszym upragnionym maleństwem o które dość długo się staraliśmy (pomimo mojego młodego wieku) z powodu moich problemów z jajnikami. Kochamy Ją szalenie.
No i żeby nie było za piękne, pojawia się wątek mojej mamy. Od początku nie była przychylnie naszemu małżeństwu (które wynikło z miłości, nie z musu, dziecko pojawiło się półtorej roku po ślubie) nastawiona, aczkolwiek mojego męża ponoć lubi.
Gdy przekazałam Jej wiadomość o ciąży, zamiast się ucieszyć, że drugie wnuczątko przyjdzie na świat, mama mnie... Opieprzyła. I to delikatnie mówiąc. Wrzeszczała, że jak ja mogłam do TEGO dopuścić, przede mną życie, nauka!!! A ja sobie pozwoliłam na ciążę! Nie muszę chyba nikomu opisywać, jakie uczucia mną wtedy zawładnęły :( Później to jakoś przetrawiła, ale słowa "przepraszam" od Niej do dziś dnia nie usłyszałam. Z resztą jak zawsze. To słowo nie leży w Jej słowniku.
No i jak Mała przyszła na świat, rozkochała w sobie wszystkich. Tyle, że ja byłam w tym wszystkim jak jakaś kukiełka, która miała robić co innym się podoba. Szczególnie mojej Matce. No i się zaczęło. "Nie rób tego tak" "Wyciągnij jej tego smoczka" "Zakryj ją pod same uszy" "Zrób to tak" "Ugotuj jej zupkę z mięskiem" (dziecko miało wtedy jakieś 4 i pół miesiąca) "Daj jej skórkę od chleba do jedzenia" "Nie całuj jej tyle" "Nie noś" "Nie bujaj" etc. Mogłabym jeszcze tysiące takich irracjonalnych poleceń, komentarzy wymienić, ale po co. Moja mama nie przyjeżdża do nas często, bo nie w smak Jej autobusem 3 przystanki dalej jechać. Ma prawo jazdy, ale nie jeżdziła chyba z 30 lat; każdy Ją chciał poduczyć, mąż proponował pomoc w zakupie samochodu, naprawy by miała za darmo, mąż jest mechanikiem samochodowym. Ale Ona wciąż jak Klara z "Zemsty": "i chciałabym i boję się" Jak już dajemy Jej spokój, żeby nie naciskać, ta ma pretensje, że każdy Ją olewa... Ręce i nie powiem co jeszcze, opadają...
Jak już przyjedzie, to właśnie około raz w miesiącu i zawsze albo ja, albo mąż Ją odwozimy do domu samochodem, żeby nie musiała się autobusem tłuc.
Wczoraj była i znów się zaczęło... "Daj Jej soczku" (nie daję bo nie lubi a poza tym coś Ją uczula, dochodzę co). "A niech przymierzy tą czapeczkę którą jej kupiłam" (miesiąc temu) "czemu ją tak trzymasz" A już największy błąd popełniłam, jak przy niej trzymając córkę na rękach córci ślinka poleciała i nie chcąc, żeby się opluła, szybciutko wciągnęłam w locie do swoich ust Jej tą ślinkę... Ło matko najświętsza... To mi się nie opłaciło... O-pe-er z góry na dół, że świnia jestem, obrzydliwa, jak mogę ślinę dziecka zjeść , jak mogę ją "lizać"... Do jasnej ciasnej, to chyba moje dziecko tak? Jakby trzeba było to i pupkę Jej bym wylizała... Co jak co ale wydaje mi się, że moja matka przesadziła. A może ja przesadziłam? Choć nie wydaje mi się... Przecież nosiłam Ją pod sercem tyle miesięcy, jest ciałkiem z mojego ciała, to czego się mam brzydzić?