aglaonike77
29.03.11, 22:06
Witajcie,
Witajcie,
Sprawa jak w temacie. Mam toksyczną matkę, która dla zachowania dobrego mniemania/ wyobrażenia o sobie samej jest gotowa ze mnie zrobić żmiję wyhodowaną na łonie matki-rodzicielki. Miałam dziś kolejną paskudną rozmowę telefoniczną z mamą i potrzebuję się wygadać.
Ale może od początku.
Od 7 miesięcy chodzę na terapię do psychoterapeuty. Poszłam tam bo: przez rok miałam pogarszające się problemy ze snem aż w końcu doszło do bezsenności; nienawidziłam siebie samej, także za to jaką jestem matką - a uważałam się za najgorszą matkę pod słońcem; wybuchy złości i gniewu nie adekwatne do sytuacji; odreagowywanie frustracji na rodzinie .... można by mnożyć w nieskończoność. Krótko mówiąc wypaliłam się emocjonalnie i psychicznie.
Za nim trafiłam na 1 spotkanie z moją psycholożką już gdzieś przeczuwałam, że to może chodzić o matkę. Psycholog powiedziała wprost " przyszła się Pani uwolnić od matki".
A ja się popłakałam... bo wiedziałam że mówi prawdę.
Rodziców się nie wybiera, a szkoda... Moja rodzina to taka patologia ... ojciec odszedł do kochanki jak miałam 7 lat (mój brat 5) , na początku jakoś się z nami kontaktował, ale z czasem coraz rzadziej aż w końcu przez 3 lata w ogóle nie wiedzieliśmy czy żyje. Matka do dzisiaj mentalnie się nie rozwiodła z ojcem (każda rozmowa o nim - bo teraz są poprawne między mną a nim stosunki- to wylewanie żółci na ojca w stylu: on nigdy się nie zmieni, zawsze umiał się ustawić, jak ktoś pluł mu w twarz to twierdził że deszcz pada itd.). Wychowywała nas sama ... a raczej wytresowała... nie ułożyła sobie życia z innym partnerem. Jako dzieci byliśmy baaardzo surowo traktowani, jeszcze do niedawna uważałam że to dlatego że byliśmy trudnymi dziecmi... ale ja sama mam 2 i w końcu do mnie dotarło że na to nie ma wytłumaczenia. Jako dzieci do 10-12 roku wychowywani byliśmy za pomocą pasa, nie było tłumaczenia tylko lanie (pasem, kablem, ręką po twarzy); szybko się nauczyliśmy że lepiej spokojnie leżec na kanapie i dostać 3-6-9 batów w tyłek niż uciekać bo wtedy waliła gdzie popadnie. Nie raz miałam sińce na udach i plecach. Nie mieliśmy czasu na dzieciństwo: obowiązki domowe (odkurzanie, przygotowanie obiadu, zakupy) + lekcje więc mieliśmy mało kolegów;mama nie uznawała błędów (awantura mogła być o nie umytą szklankę) dyskusji i sprzeciwu- zero własnego zdania i domyślanie się o co może chodzić bo ona nie mówiła tylko śmiertelnie się obrażała. Ani czasu ani miejsca na bycie dzieckiem nie miałam, za to miałam być dobrą, wspierajaca matkę córką,która nie sprawia kłopotów, dobrze się uczy, szacunek matce okazuje poprzez całkowite podporządkowanie. Kiedy zaczęłam dorastac było coraz trudniej: "dla mojego dobra" poniżała przy koleżankach, narzucała swoje zdanie bez prawa sprzeciwu z mojej strony, nauczyłam się nie płakać przy mamie aby nie dać jej satysfakcji. Jako nastolatka już umiałam się obracać w świecie jaki stanowił mój dom, ale też były momenty buntu. Ulubionym tekstem mamy w tym czasie było "dopóki trzymasz nogi pod moim stołem, będziesz robić co ci karzę" lub "jak ci się nie podoba to się wyprowadź" - w końcu mając 18 lat zwinęłam się na tydzień spać do ojca. Potem poznałam mojego obecnego męża. Były pretensje o to że weekendy spędzam z nim a ona sama w domu siedzi, że nie poświęcam jej więcej uwagi. Nawet kiedy zapadła decyzja o ślubie nie zapytała czy w czymś może pomóc, nie chciała( choć baaardzo ją o to prosiłam) pomóc mi w wyborze sukni ślubnej (robiłam to z przyszłą teściową), a w dniu ślubu zachowywała się tak jak by to był jej najważniejszy dzień a nie mój. Całe moje życie wiedziałam, że nie mogę być dla niej ciężarem,że mam dawać a nie brać coś od niej, bo ciężkie życie miała; bo jak to powiedziała mi "poświęciła się dla nas".Wielokrotnie mi powtarzała, że wie że na starość się nią zajmę i tak mnie wychowywała. Całe moje życie moja matka była egoistką, która nie dawała mi wsparcia kiedy tego potrzebowałam, dla której moje potrzeby, lęki, emocje, pragnienia były mniej ważne od jej potrzeby bycia zaopiekowaną, wspieraną, tą najważniejszą.
W końcu to do mnie dotarło, zobaczyłam moją mamę taką jaką jest naprawdę a nie taką jaką bym chciała aby była (troskliwa, wspierająca, ciepła). Jeszcze rok temu tego nie widziałam, chciałam się z nią razem budować. Kiedy doznałam tego swoistego "objawienia" (bolało jak cholera, ale wyryczałam ten ból) zrozumiałam, że już nie chcę się z nią budować i postanowiłam o tym porozmawiać z mamą, a także powiedzieć jej o tym wszystkim co pamiętam , jak to wpłynęło na moje życie, co wtedy czułam, co dziś czuję. Pierwszy raz mojej mamie powiedziałam o swoich uczuciach, emocjach, strachach, bólach i pragnieniach. Powiedziałam, że nie zgodze się więcej na takie jak do tej pory traktowanie, że ją bardzo kocham ale chcę budować z nią normalne dorosłe stosunki. Nie spodobało jej się to. Skupiła się na nie budowaniu domu, tak jak bym o niczym innym wtedy 20 marca nie mówiła. To zabolało mnie bardzo. Ale rozumiem z czego wynikało. Ze strachu, który mama czuje przed zobaczeniem siebie samej jaka jest naprawdę. Nie zmienia to jednak faktu, że ja już nie jestem tą małą dziewczynką, która skupiała się na uczuciach matki i dbała o nie w większym stopniu niż o własne czy własnych dzieci.
Rozumiem też, że to decyzja mojej mamy czy zechce budować ze mną normalne stosunki, i pracowac ciężko nad tym czy też nie ze chce. Nie zamierzam tkwić przez resztę życia w oczekiwaniu na to że zechce. Teraz zyskałam spokój, poczucie władania własnym życiem, poczucie harmonii i równowagi wewnętrznej - nie zamierzam tego trwonić na humory mojej mamy.
Moje rozterki dotyczą czego innego. Moja mama przybrała bardzo agresywną postawę. Sądziłam, i na to byłam przygotowana, że mnie wyklnie z rodziny, obrazi się na śmierć i życie po tej rozmowie, będzie próbowała napuścic na mnie mojego brata (mieszka w angli od 7 lat). Ale nie. Zrobiła się bardzo agresywna. Zadzwoniła do mnie od rozmowy 2 razy. Za pierwszym razem i za drugim celem tel. nie byla rozmowa ze mną tylko udowadnianie mi jak złą córką jestem, że powinnam się opamiętać co robię, że oczekuje ode mnie decyzji co robimy z działką, że mam zrzec się swoich praw spadkowych itd. Za pierwszym razem prawie krzyczała i chociaż próbowałm nie dało się znią normalnie rozmawiac, w końcu, uprzedziwszy ją że tak zrobię jeśli się nie uspokoi, rozłączyłam się w trakcie rozmowy. Przysyłała mi sms-y, głuche telefony itp. To była trudna rozmowa, z bardzo silnym ładunkiem nienawiści z jej strony , tak silnym że zrozumiałam, że ona jest gotowa znienawidzić mnie aby ratować swoją dotychczasową pozycję.
Dziś miałam drugą podobną do pierwszej rozmowę, z tekstami typu wbiłaś mi nóż w serce, opanuj się dziecko (jak bym miała 3 lata i tupała nożkami bo ja chcę loda!), zmień lekarza bo ten ci namieszał w głowie itp.
Dochodzę do wniosku, że być moze nie uda mi się tych normalnych kontaktów z matką budować- choć bardzo bym tego chciała. Boję się także, że ta napastliwość, nękanie jakie stosuje moja mama obecnie jest ponad moje siły. Rozważam czy nie zaprzestać na dłuższy czas całkowicie jakichkolwiek kontaktów z nią - odseparować się od niej dla ochrony siebie samej, żeby chronić ten spokój i równowagę którą zaczęłam łapać? CO o tym myślicie?
I sorki że takie długie to wyszło... ale ja po prostu musiałam się przed kimś wygadać.