garibaldia
15.05.11, 11:12
Moi rodzice żyli jak pies z kotem. Mama DDA wiecznie nieszczęśliwa i przepracowana przy gromadce dzieci, biorąca na siebie za dużo obowiązków, pozwalająca się źle traktować. Ojciec pracoholik przydzielający wszystkim co mają zrobić,wściekły gdy ktoś nic nie robi lub 'marnuje czas' na przyjemności. Jako dziecko trzęsłam się ze strachu na dzwięk kroków ojca. Rodzice latami warczeli na siebie,lub nie odzywali. Matka nie umiała nic zmienić, płakała przez ojca ale robiła co kazał. Obgadywała go do znajomych i do dzieci jak nią pomiata, jaki z niego niedobry człowiek, całe dzieciństwo jej współczułam i byłam przekonana że faceci krzywdzą a kobiety są poświęcające się.Nadal jest w niej nienawiść, nie umie się do niego odezwać normalnym życzliwym tonem, czepia się go przy byle okazji choć upłynęło wiele lat i ojciec jest obecnie fajnym staruszkiem. Z domu wyniosłam w głowie ścisły podział na 'męskie' i 'damskie' role codzienne (men te ważne, kobieta te nieważne a konieczne)do tego wyniosłam wstyd przed mężczyznami. Nawet brata się wstydzę i nie ma między nami zażyłości, z siostrą mogę plotkować o wszystkim a do brata się krępuję.
Wyjechałam na studia i zaczęły się kontakty mężczyznami. Spotykałam całkiem fajnych gości, ale oddawałam im całą inicjiatywę w poznawaniu i nie podtrzymywałam znajomości aż facet się zrażał bo myślał, że go nie chcę. Jeden chłopak zakochał się na zabój, dzięki jego upartości byliśmy razem prawie rok, próbował mnie otworzyć, proponował małżeństwo ale ja uciekłam od niego. Czułam się bardzo źle samotna, ale odrzucałam związki. Takie rozdwojenie Nie wyobrażałam sobie być już żoną bo to odczuwałam jak koniec życia i wolności, a początek pasma nieszczęść. Dopiero mając 29 lat poczułam że chcę założyć rodzinę. Akurat ktoś się mną zainteresował więc zaczęliśmy się spotykać. Byliśmy zakochani. Czułam że przed nami ślub i cieszyłam się na to. Były różne złe rzeczy które mi się nie podobały, obsesyjna zazdrość, brak szczerej rozmowy, jego kompleksy za które mnie karał, różnice naszych upodobań, jego milczenie a potem awantury z powodu czegoś co sobie sam wymyślił, na początku je bagatelizowałam, potem czara się przebrała. Zrozumiałam, że ten mój wybór jest wg schematu rodzinnego, że powielilibyśmy błędy z domów rodzinnych. On był dzieckiem alkoholika i niepracującej wiecznie wrzeszczącej matki. Nie miał lekkiego życia, za to miał w sobie dużo nienawiści i agresji która kiedyś by znalazła ujście. Znowu odeszłam, tym razem traktując to jako ogromną swoją porażkę całego dotychczasowego życia i wartości w które przez 30 lat święcie wierzyłam.
Będąc w depresji poznałam miłego pana. Sporo starszy ode mnie, mieliśmy te same pasje więc przy tej okazji zaczęliśmy spędzać czas razem,panu się spodobałam i zaczęliśmy się spotykać. Pan bardzo się zaangażował w docenianie mnie, komplementy, codzienne telefony,objawy uwielbienia, tak idawnej daty dzentelmen który adoruje swoją księżniczkę. Ja łykałam wszystko jak gąska, wygłodzona dobrego słowa. Pana wcześniej brzydko porzuciła kobieta a bardzo chciał założyć prawdziwy związek oparty na lojalności i pełnym zaufaniu, ma prawie dorosłe dziecko. Wyszłam z depresji, stanęłam na nogi, pan się zaczął deklarować że chciałby ze mną na poważnie, zamieszkać razem, dociekał czy na pewno traktuję go jako swojego chłopaka. Więc ja w skowronkach, że po tylu cierpieniach wreszcie złapałam boga za nogi i trafiłąm na kogoś z kim stworzymy fajny dynamiczny związek. Czekałam kiedy oboje się na tyle upewnimy co do siebie, ze zostanę oficjalnie przedstawiona dziecku. Nie śpieszyłam się do tego, chciałam by to było już po naszych deklaracjach.
Długo się nie nacieszyłam bo okazało się że pan generalnie mówił mi prawdę o byłych swoich związkach z kolejnymi kobietami ale nie powiedział, że cały czas był i jest żonaty a obecnie mieszka u żony i dziecka, a oni nic nie wiedzą o tym że małżeństwo nie istnieje a rozwod 'to mało ważna formalnosc' którą wystarczy byle kiedy przyklepać w sądzie..
Znowu mi się życie zatrzęsło, nigdy nie byłam zdradzona, a teraz tak się poczułam, wykorzystana, oszukana, zmanipulowana. Chciałam odejść- płakał, błagał bym została- uległam. Zostałam będąc pewna, że 'coś z tym robi' bo uwazałam, że skoro zaczęłam się spotykać z 'wolnym' facetem to ma być 'wolny' bez mojego zajmowania się jego rozwodem.Cierpliwość mi się wyczerpała, gdy po roku okazało się, że facet pozwu nie złożył. Powiedziałm, ze mam dość spotkan z cudzym mężem. Odeszłam, po paru dniach już z inną dziewczyną go spotkałam, po miesiącu wrócił do mnie tłumacząc że tak nagle podle i bez wyjaśnienia go zostawiłam, ze musiał miec koło siebie jakieś osoby by to znieść. Że złożył pozew. Ja już nieufna i zdystansowana, próbowaliśmy jednak coś jeszcze z tego bycia razem odzyskać, on nie był tak zaangażowany jak do tej pory,ustawił się na stanowisku 'teraz ty mi udowodnij ze warto z tobą być'.Przy okazji wspominał,ze gdy nie będziemy razem to chciałby przychodzić do mnie na pieszczoty. Ze powinnam miec młodszego faceta,ze dla niego za późno na dzieci, czyli zaczął anulować w półżartach wszystkie dotychczasowe swoje deklaracje. Czułam się dziwnie nie wiedząc na czym stoję,podczas jednej z rozmów usłyszałam też tekst 'a na co liczyłaś po tym jak mnie rzuciłaś'.. aż zadzwonił że już się rozwiódł(żona dała mu wycisk). Ok, myślę, teraz może zaczniemy budować normalny związek bez tych wszystkich gier i niedopowiedzeń, można zacząć z czystą kartą. A on zwyczajnie zrejterował, były święta gdzie wyjechał 'do znajomej' i wyłączył komórkę, i tym podobne numery. Wiedziałam już ostatecznie, że ja mam dość. Pożegnałam się z nim i uznałam że to koniec. A za jakiś czas się zaczęło..... nękanie. 'bo ON tęskni'... głuche telefony w dzien i w nocy, skrzynka zasypana erotycznymi mailami, kilkanascie obcych numerów i adresów..., śledzenie w internecie i na portalach randkowych gdzie się zarejestroiwałam, podszywanie się pod inne osoby by ze mną na forach rozmawiac... Zmasowany atak, aż się bałam, że zaraz z lodówki wyskoczy... Prosiłam by się odczepił, nie działało. postanowiłam ignorować-nie działało. Robił co chciał, smsy z wyznaniami miłości-nie pójdę z tym przecież na policję.. Wpadłam w depresję i pół roku tylko wegetowałam a dzwięk telefonu powodował fontanny łez. Odpuścił nieco gdy po 3 latach głuchych telefonów zwyzywałam go w smsie jak burą sukę. W międzyciasie widywałam go z kolejnymi młodymi kobietami, udawał że mnie nie widzi a potem w mailach wypisywał jak tęskni i jak mu mnie brakuje..a gdy mówiłam wprost że to nie fair obściskiwać jedną a pisać takie teksty do drugiej to od razu robił się nieprzyjemny i złośliwy wobec mnie. A ja bałam się pisać na portalach randkowych i forach bo wydawało mi się, że każdy nick może być jego podszywką i robieniem sobie ze mnie jaj. Odpuściłam szukanie nowego związku.
Dopiero 5 lat po rozstaniu udało mi się wzmocnić na tyle, by go z głowy wyrzucić. Próbowałam nawiązać nowe związki, szukałam na portalach bo mało mam możliwości w innych miejscach, ale emocjonalnie czułam się niegotowa, wypalona. Na tym etapie chciałam na początek przyjaźni a spotykani faceci od razu małżeństwa lub seksu. Znajomości zdychały, na przygody chętna nie jestem, wielu panów z internetu jest nieatrakcyjnych do których nie potrafię się przemóc. Obecnie nawet już mi się nie chce wychodzić na spotkania zapoznawcze. Rodzina, ciotki, znajomi w pracy patrzą trochę zdziwieni co taka fajna dziewczyna robi sama, bez dzieci, bez rodziny. Żałuję, że nie urodzę dziecka.
Parę miesięcy temu kupiłam sobie pierscionek-złotą obrączkę i założyłam na palec. Poczułam się dużo lepiej. Bezpieczniejsza, chroniona przed męską napastliwością, oraz pogardliwymi uśmieszkami obcych kobiet. Pewniejsza siebie. Ale właściwie nie wiem dlaczego aż tak mi ona poprawiła nastrój? Ostatnio śnią mi się znajome z dawnych lat, w sytuacjach spotkania po latach wszystkie z nastoletnimi dziećmi.., z rodziną.., z dorobkiem materialnym.