best_bej
20.05.11, 10:37
Witam,
Potrzebuję Waszego obiektywnego spojrzenia na sytuację w jakiej się znalazłam.
Zacznę od końca- może tak będzie łatwiej
Mój młodszy o trzy lata brat (26 lat) wczoraj w nocy zadzwonił do mnie, z pytaniem czy może do mnie przyjechać zostawić ubrania. Na moje pytanie czy chodzi o pranie (czasem wpadał zrobić) powiedział, że został wyrzucony przez właścicielkę mieszkania u której mieszkał. Powiedziałam mu żeby przyjechał, że jest materac i może spać. Powiedział, że jeszcze zobaczy, bo teraz czeka na kolegę i da znać. Zadzwonił 10 min później, że prześpi się u kolegi.
O żadną konkretną pomoc nie prosił- oprócz możliwości zostawienia ubrań. Jednak gdy powiedziałam że może się przespać u mnie wyraźnie się ucieszył.
A teraz zacznę od początku.
Wychowywaliśmy się w rodzinie gdzie ojciec pił, matka była współuzależniona. Ja ojca nigdy zbytnio nie szanowałam, sam zapracował na to, ale mama też nas w tym bardzo mocno utwierdzała, czułam że moje pozytywne uczucia wobec ojca mogłyby zranić matkę. Jednym słowem brzydziłam się go. Teraz rodzice są po rozwodzie, od kilku lat z ojcem nie utrzymuję kontaktów, poza sms z jego strony na święta itd. Oczywiście wszystko w tajemnicą przed mamą żeby jej przykro nie było. Aktualnie ojciec jest mi obojętny.
Inaczej było z bratem. On zawsze był za obojgiem m rodziców. Kochał matkę i ojca i przez to był między młotem a kowadłem. Nie mogę mówić za mamę- ale mam wrażenie że za to że jest taki podobny do ojca i tak pragnie z nim kontaktu w jej przekonaniu był gorszy. Na pewno w moim. Brat miał problemy z nauką i wagarowaniem. Często nie chodził do szkoły bo się umówił z ojcem, że ten przyjdzie, po czym czekał na niego przez 3 dni w oknie. Ojciec oczywiście nie przychodził, albo przychodził po 5 dniach od umówionego terminu. Rezultat- brat nieobecny w szkole przez tydzień, bo czekał na ojca. A ja się z niego śmiałam, że naiwniak. W rezultacie brat skończył jedynie tzw. OHP, czyli gimnazjum dla dorosłych.
Przez ten czas kilkakrotnie ojciec był bez mieszkania i pomieszkiwał w przedziwnych miejscach. Wtedy nasiliły się kradzieże w domu, brat wynosił wszystko co miało jakakolwiek wartość, podejrzewamy żeby pomóc ojcu, ale tego nie wiemy. Niemiej jednak okradał nas. (Ojciec podczas trwania małżeństwa też to robił).
Potem wyjechałam na studia na drugi koniec Polski i odżyłam. To była moja ucieczka choć przypłacona nawracającą depresją (podjęłam leczenie farmakologiczne i terapię).
Niedługo potem do miasta, w którym studiowałam przyjechał brat. Znaleźliśmy mu pokój przy starszej Pani i pracę. U Pani pomieszkał przez 2 miesiące („bo ciągle się czepiała”, w jej relacji- brudas). Potem mieszkał u kolegi przez kolejne 2 miesiące i znów się wyprowadził (bo niby nie mógł z nim wytrzymać). Pracę utrzymał może przez 4-5 miesięcy, po czym stwierdził, że nie może wytrzymać, bo wszyscy są tacy i owacy, rzucił. Jak było naprawdę wie tylko on i szef W każdym razie za namową mamy wrócił do rodzinnego miasta. Podejrzewam, że mama po naszym wyjeździe miała syndrom opuszczonego gniazda i powrót brata był jej niejako na rękę. W domu brat nie mógł znaleźć pracy więc po długich namowach wyjechał do pracy za granicę. Znowu tam był przez jakieś 4-5 miesięcy po czym znowu wrócił po nie mógł już z nimi wytrzymać,” bo byli tacy i owacy”. Myślę ze i ten powrót był za namową mamy. Podczas pobytu brat wysłał mi pieniądze (to była niespodzianka, nie prosiłam o nie, nawet nie wspominałam, że przydałyby mi się), które bardzo mi pomogły w kompletowaniu ubioru do pierwszej, biurowej pracy.
Po powrocie z zagranicy zaczął się horror. Brat stał się bardzo agresywny w stosunku do mamy, pokój w rodzinnym domu zamienił w melinę (pety, puszki po piwie, brudne naczynia, świerszczyki). Dodam, że w identycznych warunkach mieszkał ojciec zanim się ostatecznie wyprowadził (co trwało parę lat). Po długich moich namowach (trwało to jakieś pół roku) mama złożyła w końcu w sądzie pozew o wymeldowanie go. Tłumaczyłam, że to nie musi oznaczać że on nie może mieszkać. Może, ale na jej warunkach. Trudne to było, ale udało się- brat wymeldowany, od razu się zmienił. (ja okupiłam to kolejnym nawrotem depresji). W tzw. międzyczasie szukał niby pracy, ale jej nie mógł jej znaleźć, pomimo że twierdził że jest zarejestrowany w urzędzie pracy. (Okazało się że to kłamstwo i że zarejestrowany był tylko raz- 6 lat wcześniej).
Dokładnie rok temu mama zadzwoniła czy brat może do mnie przyjechać, żeby szukać pracy. Zgodziłam się pomimo że mieszkałam w kawalerce, byłam w galopującej depresji i pisałam mgr. To było dla mnie pierwszy raz kiedy normalnie go potraktowałam. Wcześniej widziałam w nim ojca (czyli złodzieja, parszywca itd.). Nigdy wcześniej nie spędzaliśmy czasu, nie rozmawialiśmy ze sobą itd. Brat mieszkał u mnie 3 miesiące, znalazł pracę. W tym czasie całą pensję oddawał mi, ja nią dysponowałam (m.in. po latach zmusiłam go do wyleczenia zębów). Po jakimś czasie dogadałam się z koleżanką, że chcemy poszukać razem mieszkania i wyprowadziłam się z kawalerki, już bez brata. Nie chciałam z nim mieszkać, bałam się że będę go utrzymywała do końca życia (wiedziałam że pewnie pracy długo nie utrzyma), zresztą jestem dorosła i chcę robić i żyć tak jak chcę, bez brata nad głową. Brat znowu znalazł pokój przy starszej pani, która okazała się alkoholiczką, Tak jak myślałam wkrótce brat zwolnił się/stracił pracę. Jak było- znowu nie wiem. Mama oczywiście chciała żeby wrócił do domu rodzinnego. Sprzeciwiłam się temu, bo wiedziałam, że brat nic a nic się nie zmienił i że znowu może być agresywny itd. Czułam się w obowiązku mu pomóc (za to że naśmiewałam się z niego, za to że go nie akceptowałam, że go odrzucałam). Przez kilka miesięcy utrzymywałam go (opłacałam mu mieszkanie, kupowałam bilet miesięczny, dawałam pieniądze na jedzenie, spłacałam komornika, kupiłam mu buty na zimę etc.), nie chciałam żeby wrócił do domu. W międzyczasie wysyłałam jego CV i podsyłałam numery telefonów z ogłoszeń o pracę. Brat chodził na spotkania, dni próbne, ale zawsze jak twierdził miał pecha. Nie wiem czy sam szukał pracy. Czasem żaliłam się mamie, ale mama trochę go tłumaczyła, ze przecież nie ma dostępu do komputera, że nie umie z niego korzystać itd. A ja dorabiałam po godzinach, żeby jakoś to wszystko utrzymać. W święta zaproponowałam, że może dorobimy jako Mikołaj i Śnieżynka, zarobi kasę na życie, powiedział, że on się krępuje i nie poradzi sobie.
W końcu w marcu tego roku powiedziałam dość- od kwietnia radzisz sobie sam. Tym bardziej że mieszkamy w mieście w którym podobno prawie nie ma bezrobocia. A ja po raz kolejny wyczułam od niego alkohol. (Może trudność w znalezieniu pracy polegała też na tym, że potencjalni pracodawcy też go wyczuwali? Nie wiem, może przesadzam)
W tym miesiącu pierwszy raz udało mi się odłożyć pieniądze na pierwsze zagraniczne wakacje (cały czas dorabiałam po pracy) zaczęłam snuć plany o studiach podyplomowych. Pierwszy raz miałam tak duże pieniądze tylko dla siebie!
A wczoraj właśnie zadzwonił, ze nie ma gdzie mieszkać… czuję że historia znowu zatacza krąg…
Proszę o komentarz, co w takiej sytuacji zrobić. Nie chcę się okazać się podłą s…, która odwraca się od chłopaka w potrzebie.