rybusia12
29.05.11, 17:21
Jestem dojrzałą kobietą, która większość swojego życia podporządkowała rodzicom. Zawsze robiłam to, co oni uważali za słuszne (nawet jeżeli było to dla mnie niewygodne). Buntowałam się po cichu, a czasami i głośno, ale zawsze postępowałam tak, aby oni byli zadowoleni. Matka przez większą część mojego życia wypominała mi staropanieństwo, które po części było moim wyborem (wiedziałam, że nie mogę mieć dzieci - wada wrodzona, więc nie chciałam nikomu marnować życia). Nie miałam odwagi porozmawiać z nią o tym, nie chciałam jej ranić i wypominać, że taką mnie urodziła. W pewnym momencie jednak nie wytrzymałam i wylałam z siebie to, co przez wiele,...... wiele lat dusiłam w sobie. Matka nie okazała najmniejszego współczucia, to tak jakbym opowiadała jej o pogodzie za oknem. Dodam jeszcze, że nie przypominam sobie, aby matka jak i ojciec (nie żyje) kiedykolwiek w życiu mnie pochwalili, zawsze tylko krytykowali. Czasami zastanawiałam się nad tym, że gdybym miała własne dzieci, czy potrafiłabym je kochać?......, więc może i lepiej, że ich nie mam........
Kilka lat temu na mojej drodze stanął wspaniały człowiek (aktualnie mąż), który okazał mi tak wiele miłości i ciepła jakiego nigdy nie doznałam, a na które czekałam przez tyle lat. Bardzo często mnie chwali i na każdym kroku podkreśla jaką to jestem wspaniałą i wartościową osobą (rumienię się wewnętrznie, gdyż nigdy nie usłyszałam od osób bliskich, mam tu na myśli rodziców, takich słów pod moim adresem). Wydaje się, że nareszcie powinnam być szczęśliwa ......., a jednak tak nie jest! Składa się na to kilka czynników:
- Matka nie toleruje mojego męża za to, że mamy ślub cywilny, a nie kościelny. Powtarza wciąż, że inaczej mnie wychowała i nigdy nie zaakceptuje związku na "kocią łapę" (nie była również na naszym ślubie).
- Wszystko co robi mój mąż jest przez nią krytykowane (pomaga jej w tym mój młodszy brat, który przyjeżdża do niej co niedzielę na obiadek i ploteczki!).
- Nie zgadza się również na wprowadzenie się męża do mnie (zajmuję jeden poziom rodzinnej kamienicy, której jest właścicielką).
- Mąż mieszka z niepełnosprawną (fizycznie), samotną siostrą, którą opiekuje się od kiedy jej stan zdrowia się pogorszył. Chciałam zamieszkać u niego, ale jego siostra wykańcza wszystkich psychicznie swoja zaborczością i stwierdzeniem, że jej się wszystko należy bo jest chora. Akceptuje tylko jedna opiekunkę, która przychodzi 2 razy dziennie, a jak ona nie może, to mąż musi zostać w domu. On jest już u kresu wytrzymałości psychicznej. Najgorsze jest to, że on tyle dla niej robi, a nigdy nie usłyszy nawet słowa DZIĘKUJĘ.
Akceptuję ten stan rzeczy już 5 lat, ale z każdym dniem staje się to coraz trudniejsze.
Bardzo się z mężem kochamy, ale nasze ZABORCZE rodziny budują między nami coraz wyższy mur na drodze naszego szczęścia! Czy musi tak być?