Gdzie są te granice....

22.06.11, 13:01
W zasadzie piszę to ponieważ potrzebuję się wygadać, a nie za bardzo mam komu...

Gdzie są granice pomiędzy hobby a związkiem? Czy hobby może/powinno przesłaniać cały świat?

Zacznę od początku. W zasadzie od 3 m-cy czuję się bardzo samotna w moim związku. Zbiegło się to z kilkoma sprawami, tj. zaangażowaniem mojego NM-a w budowę garażu i odnowienie motoru. Praktycznie ostatnimi czasy non stop jest czymś zajęty tzn swoim hobby, bo z rzeczy, które wymagają jego interwencji, jak np. pomalowanie i wykończenie domu (przynajmniej dołu) od 3,5 roku (tyle ile tam mieszkamy) nie są priorytetem.

Na początku tej sytuacji zaczęłam od siebie:
- zapisałam się na kursy jężykowe 2x w tyg.,
- schudłam, zmieniłam sposób ubierania na bardziej sexowny
- wzięłam psa sobie do towarzystwa
- wróciłam do planów o kontynuowaniu nauki (zaczęłam się uczyć do pewnego egzaminu, po którym mogę mieć lepsze perspektywy w pracy).
Generalnie zaczęłam mocno żyć swoim życiem. I co? Nic. Zero reakcji. Dopiero na zadane pytanie czy kogoś ma, bo tak zachowują się raczej mężczyźni, którym nie zależy na ich partnerkach. Wtedy dopiero stwierdził, że zauważył moje zmiany i o innej kobiecie nie ma mowy (byłoby to tylko możliwe w trakcie pracy, bo wraca do domu normalnie jak zawsze). Wielokrotnie próbowałam rozmawiać, że czuję się zaniedbywana, niechciana, samotna - albo nie chciał rozmawiać albo kończyło się to tym, że stwierdzał, że to jest mój wyimaginowany problem. On w sobie nie widzi żadnego problemu. On nic złego nie robi.

Seks? Raz na miesiąc - półtora. Bo albo nie było czasu albo sposobności, ponieważ od pewnego czasu prawie na stałe przebywa z nami jego 16-letni syn z pierwszego małżeństwa, ewentualnie szybki numerek z nasłuchiwaniem wróci do domu/wyjdzie z pokoju czy nie. Od kilku miesięcy nie mieliśmy praktycznie żadnego wspólnego wieczoru. Zawsze był Młody w domu.

Czułości? Brak. Bo nie ma czasu. Często w tygodniu prawie się nie widujemy. On pracuje zmianowo, a ja w stałych godzinach. W tygodniu może są ze 2 dwa dni, kiedy mamy wspólne popołudnie. Na ogół ja wychodzę do pracy - on śpi, on wraca z pracy - ja śpię. W soboty różnie bywa - ostatnio nawet nie było mowy o wspólnych zakupach, bo był zajęty swoim hobby. Jak jedziemy razem po zakupy, to i tak później cały dzień spędza w garażu (dopóki się nie ściemni). W niedzielę też ma swoje rytuały i nie będzie siedział ze mną cały dzień w domu. Ja też staram się nie trzymać go na siłę, bo wiem że ma inny temperament i potrzebuje ruchu i kontaktu z ludźmi.

Teraz po pracy pierwsze co, to garaż i motor i to do późnego wieczora.

I gdzie w tym wszystkim jestem ja?
    • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 13:05
      I non stop stały tekst "bo wszystko jest na mojej głowie" - tzn. gotowanie i drobne zakupy w tygodniu, choć wcale nie musi po nie jeździć, tak jakby życie domowe na tym się kończyło i zaczynało.
    • triss_merigold6 Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 13:35
      Twierdzisz, że jesteś w związku?! Cóż, pora się obudzić i przestać tkać iluzje.
    • tully.makker Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 14:26
      Bardzo sie ciesze, ze moj chlop ma tzw slomiany zapal i nawet pasja motorowa nie trwa u niego zbyt dlugo. A jedynym chyba na nia lekarstwem jest sie w nia wlaczyc. Tak, bywalam nawet na zlotach harleyowcow itp.
      U nas niestety ta pasja wyewoluowala w kosztowniejsza pt terenowki i wyscigowki subaru. Korzyscia uboczna bylo, ze dostalam w prezencie impreze na gwiazdke :-).

      Ale wiesz co - ja, choc jestem w stalym zwiazku od 10 lat i dorobilismy sie (prawie) 2 dzieci,m to zawsze sledze rynek i swoja na nim pozycje :-P. Zloty motocyklowe bardzo pomagaly, bo lasek tam malo i zawsze sie zbieral kolo mnie krag "wielbicieli" co chlopu bardzo dobrze robilo na glowe, choc predzej by umarl niz sie szczerze przyznal do zazdrosci.
      • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 14:38
        Tu nie chodzi o wyjazdy na zloty, tylko siedzenie w garażu i dłubanie. To jest motor do bawienia się w mechanika, bo to mu przypomina młode lata.
        Ew. jakieś krótkie przejażdżki, kiedy już będzie odpowiednio wyszykowany.
        • marzeka1 Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 14:47
          Tyle że opisane przez ciebie zachowanie pana wyraźnie komunikuje,że jesteś po motorze, garażu, zlotach, synu z pierwszego małżeństwa, ot- czasem bzyknie jak go przypili- tylko co to ma wspólnego ze związkiem?
        • serendepity Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 14:53
          Rok temu na zlocie samochodowym znajomy mi opowiadal, ze jego "zona" narzeka, ze siedzi wieczorami w garazu.

          W tym roku zapytalam sie jak tam "zona" i czy ciagle narzeka. Powiedzial, ze ostatnio sama go wypchnela do garazu, bo mial bardzo nieszczesliwa mine, ze nie moze robic swojego samochodu.

          Moze jakis kompromis wypracujecie? Swoja droga wyglada na to, ze jego hobby pomoglo Ci ogarnac sie troche i skupic troche na wlasnych celach i edukacji.
          • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 15:02
            Nie jest tak, że mu zabraniam. Tylko chcę, żeby wszystko wypośrodkował czas na hobby, syna, dom i mnie. Tyle, że on wszystko traktuje zamach na swoją osobę, bo on się stara - bo:
            - po 3 latach zaproponował, żebyśmy tylko we 2 spędzili kilki dni wakacji, acz bez żadnych konkretów,
            - gotuje (ja czasami też)
            - robi zakupy (nie zawsze potrzebne, bo równie dobrze można je zrobić raz a porządnie
            Może coś jeszcze, ale w tej chwili nie pamiętam.

            I no przecież spędza czas ze mną... przed TV i to moja wina, bo ja nic nie organizuję i nie wymyślam. Aczkolwiek kiedyś parokrotnie proponowałam w niedzielę wypad do kina albo na kawę. Ale a to nie chciało mu się, a to pogoda była zbyt ładna i jakoś nigdy do niczego nie doszło. Tyle, że teraz nie pamięta o tym.
      • edw-ina Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 15:06
        hm..., ciekawe czy miałyśmy okazję spotkać się na jakimś zlocie... ;)
        • tully.makker Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 18:37
          Zawsze jezdzilismy z Wscieklencem, wiec przy pomnij sobie, czy jakiegos pieknego wielkookiego dlugorzesego malucha tam nie widzialas. Wtedy i my sie pewnie krecilismy w okolicy.
          • edw-ina Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 23:06
            to będę wypatrywała malucha z długimi rzęsami :D
      • truskaweczka78 Re: Gdzie są te granice.... 24.06.11, 11:39
        Zloty motoc
        > yklowe bardzo pomagaly, bo lasek tam malo i zawsze sie zbieral kolo mnie krag "
        > wielbicieli" co chlopu bardzo dobrze robilo na glowe, choc predzej by umarl ni
        > z sie szczerze przyznal do zazdrosci.

        To dobry sposób na otwarcie oczu partnerowi i świeże spojrzenie na swoją kobietę.
    • marianka_marianka Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 14:59
      Hobby nie ma znaczenia.
      Mnie się rzuciło w oczy brak zainteresowania Tobą, brak seksu (raz w miesiącu?), zero wspólnego spędzania czasu.
      I na dokładkę facet z bagażem w postaci nastolatka na Twojej głowie. Kolejny powód do kłotni.
      Jesteś zapewne młoda, zadbana, niezależna, rozwijasz się. Szukaj sobie nowego mężczyzny.
      Twój aktualny mężczyzna chyba już wszystko w życiu osiągnął, czyli stabilizację w związku, hobby, dziecko też posiada, a gdzieś na szarym końcu jesteś Ty i Twoje potrzeby. On już nie musi się starać, ba nawet nie interesują go Twoje zmiany i starania.
      Acha, a dom rozumiem jest jego, a Ty ty tylko partycypujesz w kosztach typu remonty itp?
      • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 15:06
        Remonty nie, ale składam się po połowie na opłaty i koszty jedzenia, mimo że jego syn przez ostatnie 2 m-ce mieszkał z nami prawie non stop, a wcześniej był w każdy weekend.

        Nawet nie chodzi o jego dziecko, bo prawie nie ma go w domu - przychodzi jak do hotelu - zero obowiązków itp, ale o brak refleksji, że poniekąd dokładam się jakoś do jego dziecka i piorę jego gacie też, choć nie muszę. Nie robię scen o kontakty, co najwyżej chcę od czasu do czasu mieć czas tylko sam na sam z NM.
        • kroliczyca80 Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 15:27
          Oj, ustawił się ten Twoj NM... A Ty mloda, może ładna, atrakcyjna, intelignentna, z pracą i możliwościami, blagasz go o chwilę czasu dla siebie? Dziewczyno, zwariowalaś? On ma wszystko - dom, wyrośniętego syna, pracę, kasę, hobby, bzykanie jak mu się zachce. Za dobrze mu, żeby chcial to zmienić. Nie męcz się w tym pseudozwiązku, nie blagaj go o uwagę, nie proś żeby zauważył zmiany w Twoim wyglądzie, nie licz że doceni że się dokształcasz - on ma to gdzieś. Zrób coś dla siebie - wynajmij mieszkanie, zamieszkaj sama ze swoim psem i powoli rozglądaj się za innym facetem. Albo się nie rozglądaj, sam się pewnie zaraz napatoczy. Faceci lubią samodzielne, atrakcyjne kobiety. Płaszczących się konkubin jak widać nie lubią... :/
          • marzeka1 Re: Gdzie są te granice.... 22.06.11, 16:00
            Założę się, że jesteś młodsza i to pewnie dużo od pana, ciekawa tylko jestem, kiedy sama zauważysz, że nie warto było wiązać się z kimś takim. Bo jak zauważyła Tully, niepokojące jest, że pan poświęca ci mało czasu, nie tworzycie w sumie związku, ty jesteś na dalekim miejscu w jego zainteresowaniach.
          • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 24.06.11, 08:13
            Na razie rozglądam się za mieszkaniem. Do tej pory myślałam o nim jako o lokacie kapitału, ale teraz coraz częściej wyobrażam sobie, jak to będzie się w nim mieszkać.

            Jeśli chodzi o seks, to trochę w tym i mojej winy, bo sama sobie odpuściłam, ale z konkretnego powodu. Po prostu przestał mnie bawić szybki seks z nasłuchiwaniem czy jego syn wchodzi do domu/wychodzi z pokoju itp., zastanawiając się czy nas słychać czy nie. Ale z drugiej strony taka przerwa chyba mu odpowiadała, bo ani razu nie spytał o co chodzi. Tak samo ze zmianą mojego zachowania. Na inicjowane rozmowy, że coś się dzieje z nami złego, że się oddalamy odpowiadał, że albo wymyślam albo że to normalne po pewnym czasie w związku. Ew. czemu sama czegoś nie zainicjuję.

            Czemu sama nie inicjuję? Bo do tej pory tak zawsze było. To ja się starałam. Proponowałam wyjścia, kino, kurs tańca, kurs językowy (tam gdzie się uczę w mojej grupie są 2 małżeństwa). Jak odpuściłam to się okazało, że on o mnie zabiegał nie będzie. Nie zależy mu, choć słownie deklaruje co innego (ba, ostatnio nawet małżeństwo). Ale to tylko słowa, bo jak przychodzi co do czego to wspólny czas polega na siedzeniu przed TV i/lub drzemaniu.

            Więc teraz i ja odpuściłam. Już nie daję gwarancji, że jeśli kogoś spotkam, to się nie zapomnę.
            • tully.makker Re: Gdzie są te granice.... 24.06.11, 16:16
              Po prostu przestał mnie bawić szybki seks z nasłuchiwan
              > iem czy jego syn wchodzi do domu/wychodzi z pokoju itp., zastanawiając się czy
              > nas słychać czy nie.

              Lacze sie z toba w bolu, ale niestety tak wyglada sex ludzi, ktorzy maja dzieci. nawet jak dzieci ma tylko jedno z nich. Czy mlody nie chodzi na imprezy? Nie nocuje u kolegow? Babci, cioci, kogokolwiek? Nie wiem, czy planujecie miec dzieci, ale takie meki czekaja was wtedy przez jakies 20 lat...
              Pamietam niezliczone wakacje podczas ktorych wysylalismy rano dzieciaki po bulki, zeby cokolwiek w ogole moglo ie odbyc. To bylo, zanim dorobilismy sie Wscieklaka, bo wtedy to juz byla porazka totalna.
    • bonamibo Re: Gdzie są te granice.... 24.06.11, 15:22
      A nie jest tak, że od początku to tobie bardziej zależało na tym facecie? Wprowadziłaś się do mieszkania dzieciatego faceta - mogłaś się liczyć z tym, że sytuacja ulegnie zmianie i jego syn będzie z wami mieszkał, przynajmniej przez pewien czas.
      • blondgirl Re: Gdzie są te granice.... 27.06.11, 07:09
        To nie tak. Zanim zamieszkaliśmy razem pracowałam przez prawie 2 lata poza swoim rodzinnym miastem, a zarazem miastem gdzie mieszkamy razem (żeby nie było zaczęliśmy się spotykać na długo zanim wyjechałam). Miałam tam całkiem niezłą pracę. Jednakże rosnące koszty utrzymania, oddalenie od rodziny i brak jasnych perspektyw finansowych skłoniły mnie do powrotu. Po prostu przekalkulowałam, że suma sumarum na powrocie niewiele stracę finansowo.

        Początkowo chciałam mieszkać z powrotem u rodziców przynajmniej przez rok, żeby spokojnie odłożyć sobie na zakup mieszkania. Jednak wtedy to on nalegał na wspólne zamieszkanie, bo przecież jest dom i skoro planujemy wspólną przyszłość, to jak to będzie wyglądało, a poza tym ja mam już ileś tam lat itp.. No i uległam. I to był - myślę - mój błąd.

        mogłaś się liczyć z tym, że sytu
        > acja ulegnie zmianie i jego syn będzie z wami mieszkał, przynajmniej przez pewi
        > en czas.
        Owszem liczyłam się. Ale kiedy wówczas rozmawialiśmy na różne tematy on mówił bardzo rozsądnie. To jego słowa, że o związek trzeba dbać, że dzieci to nie wszystko, że bycie ze sobą tylko we dwoje raz na jakiś czas jest też ważne itp. I tyle było w teorii, a praktyka pokazuje inaczej.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Gdzie są te granice.... 29.06.11, 22:59
      Z tego co Pani napisała Pani partner prezentuje dość spójny sposób zachowania. Mało jest odporny na zmiany u Pani i chyba niechętny na zmiany wobec siebie.
      Obserwuje to Pani już od, zdaje się, 3 lat. Jest to czas wystarczający na wyciągnięcie wniosków. Czy to jest partner dla Pani? Z jego przeszłością, która nie ulegnie zmianie, nawykami, hobby, temperamentem, możliwościami , reaktywnością, itp.
      Wygląda też na to, że partner jest w wieku, gdzie zmiany w opisanych wyżej obszarach nie są oczywiste, a o elastyczność trudniej niż kiedyś
      Teraz czas na bilans i wnioski. Albo decyduje się Pani na związek z takim mężczyzną i na konsekwencje tego. Zmiany w pożądanym przez Panią kierunku mogą nadejść, ale nie muszą. Albo Pani odchodzi, bo nie jest Pani w stanie tego wytrzymać.
      Agnieszka Iwaszkiewicz
Inne wątki na temat:
Pełna wersja